Wybrane reportaże

Newsweek, 18 grudnia 2005 roku

                         Agenci do spraw beznadziejnych

Słupek rtęci zatrzymał się na 10 stopniach poniżej zera, świeciło słońce. Telefon na biurku oficera dyżurnego krakowskiej komendy policji zadzwonił koło południa: „W śrubę pchacza Łoś zacumowanego na brzegu Wisły wkręciło się coś dziwnego”.

„Jedźcie tam” – przekazał za chwilę dyżurny ekipie dochodzeniowej. Kilku facetów z dochodzeniówki rozcierało zmarznięte dłonie i patrzyło na strzępy czegoś, co mogło – mieli jeszcze nadzieję – być resztkami zwierzęcia. Ale patolodzy z zakładu medycyny sądowej nie mieli wątpliwości: to była ludzka skóra. Precyzyjnie zdjęta z człowieka. Ostrym narzędziem oddzielona od tkanek, jakby zabójca chciał sobie zrobić z niej kamizelkę.

Gliniarze patrzyli na znalezisko, a oczami wyobraźni widzieli wykrzywioną szaleństwem twarz psychopatycznego mordercy Hannibala Lectera z „Milczenia owiec”. Ale to nie była fikcja, to był ślad po łowcy skór w polskim wydaniu.

Minęło siedem lat. Według policyjnych psychologów zabójca może kogoś zamordować jeszcze w tym roku. Wskazuje na to analiza zachowań psychopatycznych morderców, którzy dokonują czynów na tle seksualnym.

Policjanci z Archiwum X nerwowo przerzucają akta sprawy, wracają do niej każdego dnia: jedynej, jakiej nie udało im się rozwikłać przez siedem lat działalności wydziału do zadań specjalnych. To ich największa klęska wśród pasma sukcesów. Są specjalistami od spraw beznadziejnych i zagmatwanych.

– Wiem, kogo szukamy. Wiem nawet, jak będzie wyglądało mieszkanie tego zabójcy. Wiem o nim chyba wszystko. Teraz tylko musimy go złapać – mówi szef zespołu, w którego skład wchodzi pięciu krakowskich policjantów. Funkcjonariusze z Archiwum X pozwolili nam przyjrzeć się swojej pracy, ale postawili warunek: muszą pozostać anonimowi. Żadnych nazwisk, twarzy na zdjęciach.

– Pracujemy operacyjnie, w terenie – tłumaczą. – Musimy pozostać w cieniu.

W Polsce każdego roku dokonywanych jest około 1200 zabójstw, sprawcy ponad stu nie zostają wykryci. Na to, że mordercy bywają bezkarni, wpływa wiele okoliczności: błędy w śledztwie, niedostatek dowodów, zły sprzęt, a czasem brak ciała ofiary – dla wielu prokuratorów równoznaczny z „brakiem znamion zaistnienia przestępstwa”. Akta spraw niewykrytych po roku wędrują do policyjnych archiwów. Obrastają kurzem, by po 30 latach trafić na przemiał. Aby tak się nie działo, powołano wydziały specjalne, takie jak Archiwum X. Pierwszy powstał przed siedmiu laty w Krakowie. Rok temu podobne utworzono w Gdańsku, Katowicach i Poznaniu.

– Policjanci, którzy w nich pracują, to świetni analitycy i kryminolodzy, po specjalistycznych szkoleniach w kraju i za granicą – tłumaczy komisarz Paweł Biedziak z Komendy Głównej Policji. Mają dziś do dyspozycji nowoczesną technikę, najnowsze narzędzia kryminalistyczne, a tym samym lepsze możliwości analizy materiału zebranego podczas dochodzenia. Na przykład przed 15 laty nie było możliwości badania śladów biologicznych (np. DNA), a jeszcze przed trzema – korzystania z bazy linii papilarnych AFIS.

Agenci w Krakowie rozwiązali właśnie 16. zagadkę kryminalną: historię trzech kobiet, które dla pieniędzy zabiły radcę prawnego z Chrzanowa. Ta historia to prawdziwa makabra: córka radcy, dwudziestoparolatka, i jej dwie koleżanki zamordowały go, pocięły ciało na drobniutkie kawałeczki, przewiozły w plecakach do innego miasta i zakopały szczątki na przestrzeni kilku kilometrów. Przez pięć lat pozostawały bezkarne. Aż do teraz. Przyznały się do winy. Sprawa jest jeszcze w toku, nie ma nawet aktu oskarżenia, za wcześnie więc mówić o szczegółach. Ale to dzięki funkcjonariuszom z Archiwum X zabójczynie trafiły do aresztu.

Rozmawiamy z policjantami z Archiwum X w małym pokoju na piętrze krakowskiej komendy przy ul. Mogilskiej: metalowa szafa pancerna, biurko, tablica korkowa ze zdjęciami ofiar i zaginionych. Wśród nich zdjęcie Katarzyny, studentki psychologii, która w styczniu 1999 roku padła ofiarą łowcy skór. Kilka miesięcy później powstało Archiwum X, początkowo dwuosobowe. Nad sprawami beznadziejnymi siedzieli po godzinach pracy. Społecznie, dla satysfakcji. Już pierwsza prowadzona przez nich sprawa zakończyła się sukcesem. Nim akta trafiły na ich biurka, bębniły o niej wszystkie media: zamordowano dziewczynę w dziewiątym miesiącu ciąży. Napastnik uderzył siekierą w głowę. Ciało zostawił nad potokiem koło Rabki. Policjanci jeszcze raz próbowali poskładać puzzle kryminalnej układanki: biedna góralska rodzina, dziewczyna zachodzi w ciążę, chłopak nie chce się żenić. Matka popłakuje po kątach. Ojczym boi się wstydu i wydatków. Jeden typował chłopaka, drugi ojczyma. Obaj twierdzą, że z wytypowaniem mordercy nie mają problemów.

– Wystarczy uważnie przejrzeć akta i połączyć fakty w logiczną całość – tłumaczą.

Trzeba mieć oczy szeroko otwarte i myśleć. Tak właśnie było w przypadku zabójstwa dziewczyny spod Rabki. Sprawie poświęcili całe dwa lata. Co parę dni jeździli między Krakowem a Rabką, przeprowadzili setki rozmów. Dziesiątki razy przesłuchiwali podejrzewanych. Wreszcie narzeczony dziewczyny nie wytrzymał napięcia psychicznego. Pękł. Przyznał się do zabójstwa. Twierdzi, że zabijali razem z niedoszłym teściem (zdaniem agentów tak właśnie mogło być). Ale sąd nie dał wiary jego wyjaśnieniom: tylko jego skazał na 25 lat. Prasa odtrąbiła sukces.

– Sukces? Gdybyśmy mieli takie możliwości jak oni i tyle czasu na grzebanie w papierach, też odnosilibyśmy sukcesy – mówi z przekąsem śląski policjant. I tłumaczy, że zwykły dochodzeniowiec prowadzi jednocześnie cztery, pięć poważnych śledztw. I do tego wciąż patrzy na zegarek, pogania go przełożony, prokurator. Tych z Archiwum X nikt nie goni, na sprawę mogą przeznaczyć choćby kilka lat. Jeśli wyjdzie, to wszyscy głaszczą ich po głowach i chwalą.

Na korytarzach komendy koledzy często witają ich z przekąsem: „Cześć agenci”. Nie da się ukryć, zwyczajni policjanci zazdroszczą im sukcesów i uznania zwierzchników. Funkcjonariusze z Archiwum X znają te opinie, nie polemizują. Taką przyjęli zasadę: robić swoje i siedzieć cicho. Rozgłos może im tylko zaszkodzi. Stąd o pracy mówią enigmatycznie, że każdy przestępca zostawia ślady: to może być odcisk linii papilarnych, słowo przechwałki rzucone kumplom, przedmiot z miejsca przestępstwa zostawiony sobie na pamiątkę. A prowadzenie śledztwa to rutynowe czynności: przesłuchiwanie świadków, przeszukania, podsłuchy. Mają też do dyspozycji środki techniczne, po które rzadko sięgają policjanci z normalnych jednostek: georadary (np. do szukania zamurowanych lub zakopanych w ziemi zwłok), helikoptery czy płetwonurków lub brygadę antyterrorystyczną. Inna rzecz, że są lepiej przygotowani do prowadzenia najtrudniejszych śledztw niż większość ich kolegów z mniejszych jednostek. Dwóch z nich skończyło prawo, dwóch wyższą szkołę policyjną, jeden politologię. W wyciąganiu wniosków z zebranego materiału dowodowego pomagają im supernowoczesne programy komputerowe.

 – Sprawy, które trafiają do funkcjonariuszy z Archiwum X, obrastają dziesiątkami teczek pełnych akt, protokołów przesłuchań, telefonicznych billingów – tłumaczy Paweł Biedziak.

Przeanalizowanie tego wszystkiego jednemu człowiekowi zabrałoby mnóstwo czasu. A tak wprowadza się do komputera dane, a on łączy ze sobą np. powtarzające się w zeznaniach świadków nazwiska, numery telefonów, miejsca, w których bohaterowie zdarzeń pojawiali się w jednym czasie itd. Potem trzeba z tego schematu opracowanego przez komputer wysnuć właściwe wnioski. Wtedy agenci siadają w swoim pokoju i robią burzę mózgów. Kłócą się, przekonują do swoich wizji, bywa, że któryś wychodzi, trzaskając drzwiami. Wypalają przy tym setki papierosów. Ale tak ma być, uzupełniają się nawzajem, potrafią współpracować.

Jednak są sprawy, które nie wymagają ani stosowania nowoczesnych technik kryminalistycznych, ani wytężonej pracy analitycznej. To te, które zostały, jak mówią, skopane od samego początku. Zniknięcie matki z dwojgiem synów w małej wsi Michalczowa koło Łosiny w sierpniu 1999 r. Zabrali się za nią dwa miesiące po zaginięciu kobiety i dzieci. Takie zresztą, najtrudniejsze sprawy, dostają najczęściej: nie ma ludzi, nie ma ich ciał, brakuje punktu zaczepienia.

Ta wydała im się niepokojąco dziwna od samego początku. Matka bierze dzieci za ręce i wszelki ślad po nich ginie? A jeszcze kobieta była znana jako zrównoważona osoba, pójście w Polskę raczej nie wchodziło w grę. Zabójstwo? W okolicy nie zdarzało się nawet, by sąsiad ukradł sąsiadowi kurę.

– I znów przejrzeliśmy dokładnie akta sprawy, porozmawialiśmy z ludźmi – nie bez dumy opowiadają agenci. Okazało się, że w jej domu nie było takiej sielanki, jaką próbował rysować najstarszy syn kobiety, jeszcze z pierwszego małżeństwa. To jego zaraz wytypowali jako prawdopodobnego zabójcę matki i rodzeństwa.

Policjanci, którzy zaczęli prowadzić to śledztwo, ograniczyli się do przeszukania domu i zabudowań gospodarczych. Agenci wiedzieli, że muszą dokładnie rozejrzeć się też po okolicy. Niby oczywiste, ale jak widać nie dla każdego. I faktycznie, w pobliskim sadzie zauważyli niedawno wzruszoną ziemię. Pod nią leżały ciała całej zaginionej trójki. Znaleźli też materialne dowody łączące sprawcę z zabójstwem. Ale prócz nich do sukcesu niezbędna jest znajomość psychologii. Agenci próbują zrozumieć, jak myślał morderca, w jaki sposób narodził się w nim zamiar zabójstwa, jakie okoliczności uznał za najbardziej mu sprzyjające, analizują mentalność osób ze środowiska, gdzie doszło do zbrodni. Kiedy to się uda – podkreślają policjanci – w czasie przesłuchań między śledczym a sprawcą nawiązuje się specyficzna relacja: przestępca zaczyna wierzyć, że gliniarz po drugiej stronie biurka siedzi mu w głowie, wie o nim wszystko, a przy tym nie jest jego wrogiem i chce mu pomóc zrzucić z siebie ciężar zbrodni. Wtedy łatwiej skłonić podejrzewanego, by otworzył się, przyznał i wyjawił wszystkie okoliczności sprawy. Tamten mężczyzna potwierdził: popełnił potrójne zabójstwo. Opowiedział, że był zazdrosny o przyrodnich braci, z czasem ich znienawidził. Odsiaduje wyrok 25 lat więzienia.

Sukcesy policjantów z Archiwum X są znane nie tylko w kraju – ich sława już dawno przekroczyła granice Polski.Dostają setki listów z prośbą o pomoc, o odnalezienie zaginionych osób – z Gdańska, Warszawy, ale też z Pragi czy Chicago. Telefon ich wydziału (jego numer widnieje na stronie www.malopolska.policja.gov.pl) dzwoni przez całą dobę. Czasem ludzie twierdzą, że mają informacje ważne w prowadzonych przez agentów śledztwach.

W sprawie łowcy skór żadna z tych rewelacji nie posunęła ich wiedzy do przodu. Wciąż też nie wytypowali sprawcy ani ewentualnych świadków. Brak śladów, miejsce przestępstwa nieznane. Wszystko, co mają, to ta makabryczna „kamizelka” i inne szczątki ciała dziewczyny wyłowione tydzień później z rzeki. Ale nie odpuszczą, to dla nich punkt honoru. Za wszelką cenę chcą pojmać zabójcę Katarzyny.

Była spokojną studentką psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pisała wiersze, dużo czytała. Nikt ze znajomych ani rodziny nie przypomina sobie, żeby w jej życiu tuż przed zniknięciem wydarzyło się coś znaczącego. Nikogo nowego nie poznała, wciąż słuchała swojego ulubionego zespołu The Grateful Dead, biegała na zajęcia, nie zakochała się, nie miała depresji.

 – Będę wiedział, jak udowodnić, że to ten człowiek, a nie inny ją zabił. Muszę go tylko znaleźć – mówi tajemniczo jeden z prowadzących sprawę. – W każdym z nas jest ciekawość mordercy. Niepohamowana chęć spojrzenia mu w oczy i zapytania: dlaczego? – dodaje jego kolega.

Pamięta, jak siedział naprzeciw niego chłopak i spokojnie, rzeczowo, jakby to nie jego dotyczyło, opowiadał o tym, jak zabijał: „Chwyciłem nóż, zamachnąłem się, uderzyłem w plecy”. Niektórzy zabójcy zachowują się tak, jakby chcieli być schwytani. Iwona z Białego Dunajca przez cztery lata chodziła po podłodze, pod którą ukryła ciało swojego chłopaka. Przez ten czas zdążyła wyjść za mąż, urodzić dziecko. Kiedy zabiła, miała zaledwie 20 lat. Czuła się osaczona przez dużo starszego od siebie narzeczonego, nie potrafiła mu się przeciwstawić ani go odrzucić. Tymczasem pojawił się nowy mężczyzna: rówieśnik zakochany w niej po uszy. Policjanci odtworzyli prawdopodobny ciąg zdarzeń: kobieta zabija niewygodnego mężczyznę. Jest drobna, nie ma pomocników, więc ciało ukrywa w pobliżu mieszkania. Za pomocą georadaru szukali zwłok. Znaleźli je pod drewnianą podłogą. Wtedy kobieta opowiedziała im wszystko.

– Była zadowolona, że w końcu odkryliśmy prawdę – mówi agent numer jeden Archiwum X. – Nie radziła sobie psychicznie, planowała zabić swoje dziecko i popełnić samobójstwo. Sąd znalazł okoliczności łagodzące, dostała cztery lata wzrusza ramionami.

Poznanie motywów, które mogą kierować mordercą, i jego cech charakteru to połowa sukcesu. Dlatego w najtrudniejszych sprawach agenci proszą o pomoc fachowców. Ze sporządzonego przez psychologów portretu psychologicznego łowcy skór wynika, że zakładając „kamizelkę”, chciał wejść w tożsamość ofiary. Tak było z Hannibalem Lecterem, bohaterem mrocznych thrillerów Thomasa Harrisa. Pewnie znał „Milczenie owiec”, może też rozczytywał się w historii amerykańskiego seryjnego mordercy Edwarda Geina, u którego znaleziono strój kobiecy sporządzony z pozszywanych kawałków ludzkiej skóry. Zapewne miał coś wspólnego z medycyną, mógł też być rzeźnikiem – skóra była fachowo oddzielona od ciała. Działał z pobudek czysto seksualnych, Kasia była jego przypadkową ofiarą. Po zabiciu poczuł się zaspokojony, wyciszony. Do tej pory nie zabił już nikogo. Może być tak, że już nie zabije. Ale badania nad zachowaniami zabójców na tle seksualnym wykazują, że okres wyciszenia między jednym a kolejnym zabójstwem trwa maksymalnie siedem lat. A ten czas właśnie dobiega końca. Wiedza o tym nie pozwala agentom spokojnie spać.

– Litera zabija, duch ożywia – powtarza filozoficznie jeden z policjantów z Archiwum X. – Jeszcze więc zobaczymy.

 

Newsweek, 10 maja 2006 roku

                                   Zawód: fotoreporter prasowy

Piątek, 5 maja: O dwunastej w Kancelarii Premiera zaczyna się posiedzenie rządu. Wiadomo już, że wejdzie do niego Samoobrona i Liga Polskich Rodzin. Czekają przed salą. Ich telefony komórkowe dzwonią przeróżnymi melodyjkami.

– Masz zdjęcia? – krzyczą do słuchawki edytorzy. Zniecierpliwieni każą biec na 17.00 do Pałacu Prezydenckiego. Lech Kaczyński wręcza nominacje nowym ministrom. To potencjalna okładka.

Poniedziałek, 8 maja: Zbigniew Religia składa dymisję. Czekają na niego przed ministerstwem cztery godziny. Religa nie przyjeżdża. Następnego dnia idą w gazetach stare zdjęcia.

Wtorek 9, maja: Wprowadzenie nowych ministrów. Anna Fatyga, nowy szef MSZ, uśmiecha się do obiektywów. W środę jest na pierwszych stronach gazet.

Donald Tusk pije piwo na prawyborach prezydenckich we Wrześni, Lech Kaczyński się uśmiecha, Waldemar Pawlak dąsa, Leszek Balcerowicz irytuje, Zyta Gilowska śmiesznie marszczy czoło.

W ciągu ostatniego roku powstało więcej zdjęć politycznych, niż w ciągu ostatnich dwóch lat, a liczba fotografów, którzy je robią wzrosła o połowę. Dzisiaj każde ważniejsze wydarzenie obsługuje w sejmowej sali obrad blisko 25 facetów z aparatami przy boku. Popyt na polityczne twarze jest tak duży, że do Sejmu wchodzą powoli „kotleciarze”, bo tak w środowisku fotografów nazywani są ci, którzy do tej pory biegali po warszawskich salonach i robili fotki gwiazdom wcinającym sałatki. Jakby na przeciw społecznym i wydawniczym oczekiwaniom pół roku temu zainstalowano w Sejmie WIFI – szybkie radiowe łącze. Dzięki niemu, już po minucie od zrobienia zdjęcia fotograf wysyła je z laptopa, a po dwóch – edytor konkretnej redakcji lub agencji fotograficznej otwiera obraz w swoim komputerze. Chyba że, jak to było w przypadku podpisania paktu stabilizacyjnego między PiS, LPR i Samoobroną, na konferencję prasową zostaje zaproszony wyłącznie „Nasz Dziennik” i telewizja Trwam (nazywana w środowisku dziennikarskim Al-Dżazirą). Jak mówią fotoreporterzy, scena polityczna powoli zaczyna przypominać wybieg dla kapryśnych modelek, a życie polityczne – rozpędzony pociąg, z którego, co rusz, ktoś wypada, żeby zwolnić miejsce podróżnych wsiadającym na następnej stacji. Im nie zostaje nic innego, jak w odpowiednim momencie nacisnąć migawkę.

– Do takiej sytuacji doprowadzili sami politycy. Bo czy ktoś ogląda zdjęcia z prac skandynawskich parlamentów? – pyta retorycznie Czarek Sokołowski, reporter amerykańskiej agencji AP. – Nie, ale też tam nic się nie dzieje. U nas nawet politycy, którzy nie lubią mediów , robią wszystko, abyśmy mieli robotę.

Sejm

Rządzi się swoimi prawami. Jest kilka niepisanych zasad, których każdy fotoreporter musi przestrzegać. Nie wolno mu zrobić zdjęcia w sejmowej restauracji Hawełka. Wchodząc do środka zostawia aparat przy wejściu, bo to jedyne miejsce w Sejmie, w którym politycy mogą czuć się bezpiecznie (w ubikacji już takiego komfortu nie mają, ale o tym za chwile).

– Tak było od zawsze. Nikt nie robi z tego problemu. Nie chodzi przecież o to, żeby ośmieszyć człowieka robiąc mu fotę podczas gdy sos ścieka takiemu po brodzie – opowiada Witek Rozbicki, fotograf agencji Reporter, sejmowy wyjadacz.

Żaden poseł nie pozwoli sobie, aby w gazecie ukazało się jego zdjęcie z papierosem w ustach. Papierosy świadczą o braku politycznej poprawności i społecznej ignorancji. Więc fotoreporterzy, co najwyżej wypalą z takim „Malboro”, ale migawki nie nacisną.

Nawet ci posiadający sejmową przepustkę na tzw. kuluary nie mogą wejść na salę obrad. Linią graniczną jest linia drzwi. Zawsze podczas obrad można je otworzyć, chociaż posłowie coraz częściej narzekają na przeciągi. Wszystkie pozostałe chwyty są dozwolone.

– Musimy ich stosować coraz więcej – ocenia Witek Rozbicki. – Obecny rząd nie rozumie roli mediów, a z drugiej strony zdjęć jest tak dużo, że coraz trudniej zrobić coś nowego.

Ale też żaden z nich nie przypomina sobie tak barwnych kadencji, jak dwie ostatnie. W czasach peerelu wszystko co działo się w Sejmie było przewidywalne, więc nudne. Jedyna historia, jaką wspominają, to numer fotografa Adama Cebuli. Cebula z aparatem na szyi wszedł do toalety męskiej, która znajduje się tuż obok stolika dla dziennikarzy. Zaraz po nim do ubikacji dumnie wkroczył towarzysz Wojciech Jaruzelski. Wstrzymali oddech. Po pięciu minutach ich kolega wyszedł z miną, która nie pozostawiała złudzeń: Miał tą klatkę!. Plotka o zdjęciu pierwszego sekretarza skupionego nad pisuarem lotem błyskawicy obiegła Sejm. W miasto ruszyli tajniacy. Mieli schwytać Cebule i zniszczyć kompromitujący władzę film. Na tym historia się kończy, bo Cebula blefował. Nie zrobił zdjęcia. Chciał jedynie, nieświadom konsekwencji, popisać się przed kolegami.

Czasy okrągłego stołu i politycznych przemian wspominają z rozrzewnieniem.

Czarek Sokołowki: Premierem został właśnie Tadeusz Mazowiecki. Kręciłem się po Sejmie i zobaczyłem radość na twarzach jednego z pracowników straży marszałkowskiej. Zdziwiłem się. Przecież wiadomo, kto tam wtedy pracował. Ale ten człowiek, robiąc do mnie oko, odchylił kołnierzyk od koszuli. Miał tak przypięty znaczek „Solidarności”. Nacisnąłem migawkę.

Wtedy szli się do Sejmu zrobić zdjęcie z pomysłem. Dzisiaj, jak mówią, cieszą się, jak zrobią cokolwiek.

 Politycy

Większość sejmowych fotografów mogłaby wielu z nich mówić po imieniu. Ale poprzestają na „Witam, panie pośle”.

– Nikt nie chce wiązać sobie rąk. Zbytnia zażyłość zobowiązuje – tłumaczy Maciek Macierzyński z agencji Reporter, w Sejmie od 23 lat. Choć przyznaje, że będąc blisko polityków, można poznać ich największe sekrety. Przykłady? Andrzej Lepper nosi w kieszeniach drogich garniturów pokrojone kabanosy i kiedy tylko nadarzy się okazja – podjada, Jarosław Kaczyński ssie tic-tacki, poseł Janusz Lisak ogląda na obradach gazety z gołymi panienkami.

Znają kilka prawd o polskich politykach. Pierwsza – ci najbardziej lubią media podczas kampanii parlamentarnej i prezydenckiej, na początku i końcu kadencji Sejmu. Filip Ćwik, fotograf „Newsweeka”, przez twa tygodnie towarzyszył Donaldowi Tuskowi podczas kampanii prezydenckiej. Tusk zapamiętał go,  rozpoznawał, czasami ustawiał do zdjęcia.

– Po przegranych wyborach spotkałem go na ulicy. Rozmawiał z kolegą. Automatycznie wyciągnąłem aparat. Tusk mruknął: „Co to powtórne wybory?” – mówi fotograf. Nie było w tym pytaniu ani żartu ani cienia sympatii.

Prawda druga – im bardziej na lewo, tym większy luz. Witek Rozbicki przypomina sobie posiedzenie Rady Krajowej SLD, zaraz po tym, jak minister zdrowia Andrzej Łapiński i jego zastępca Aleksander Nauman zaatakowali Adama Truchlińskiego, fotografa Newsweeka, gdy ten chciał im zrobić zdjęcie. Miller grzmiał z mównicy: „Jeżeli komuś nie podoba się, że fotograf robi mu zdjęcie, niech zmieni partię. Bo oni pracy nie zmienią”. Tu miał wskazać na obecnych na sali fotografów.

– Ludzie lewicy są lepiej przygotowani do pracy z mediami. Wiedzą, że my zależy od nich, a oni od nas – mówi Maciek Macierzyński. Potrafią zapozować, nie boją się śmieszności, są bardziej naturalni.

Posłanka Katarzyna Piekarska poproszona przez Witka Rozbickiego, aby zjadała leżącą na talerzu truskawkę, spełniła prośbę tak sugestywnie, że jak głosi plotka, musiała się potem tłumaczyć mężowi.

– Zdjęcie ociekało ponoć erotyzmem – śmieje się Rozbicki.

Albo słynna afera ze skarpetkami. Kiedy posłanka Anita Błochowiak w czasie przesłuchań przed sejmową komisją śledczą w sprawie afery Rywina palnęła, że w kolorowych skarpetkach chodzą pedały, biegali po Sejmie i kazali posłom podciągać nogawki do góry. Ryszard Kalisz bez chwili wahania pokazał im, co ma na nogach, Andrzej Łapiński z uśmiechem zakasał spodnie, ale już Jan Maria Rokita wydął wargi: on się nie będzie wygłupiał.

– Sztywni, poważni, nie czują bluesa – ocenia jeden z fotografów. Za najbardziej antypatycznego uchodzi Jarosław Kaczyński. Konsekwentny, zdecydowany, ale mediów nie cierpi. Biega po Sejmie w otoczeniu pracowników BOR-u (ochronę przydzielił mu brat, bo Jarosław jest do niego podobny, a więc to narażony na niebezpieczeństwo) i mruczy pod nosem, że trzeba coś z tym zrobić. Mruczy tak zawsze, kiedy chcą mu zrobić zdjęcie.

Roman Giertych ma opinię sztywniaka, Waldemar Pawlak (to nie prawica, ale środek kręcący się wokół władzy) nosi pseudonim „list gończy”: nie uśmiecha się, zawsze wygląda tak, jakby pozował do legitymacyjnego zdjęcia.

– Politycy prawicy nie umieją z mediami współpracować, a co gorsza, nie chcą się tego nauczyć – ocenia jeden z sejmowych fotoreporterów. I dodaje, że jemu ich zachowanie (przeprasza, że tak to widzi) przypomina zachowanie dziewicy chwilę przed nocą poślubną. Bo taka chciałaby, a boi się. Oni też niby zdają sobie sprawę, że powinni pojawiać się w mediach, ale z drugiej strony przed nimi uciekają. I jako anegdotę podaje zdarzenie z ostatnich dni, kiedy to poseł Przemysław Gosiewski (PiS) obraził się na jednego z fotografów za to, że ten zrobił mu zdjęcie, jak czesze się przed wejściem na wizję. Jakby nie o czesanie chodziło, ale co najmniej jazdę po pijanemu.

Mistrzowie

Wiedzą, jak dzięki mediom kreować swój wizerunek. I rozumieją, że czasami trzeba urządzić dla nich małe przedstawienia. Mistrzem w autokreacji jest wicepremier Andrzej Lepper. Na ich oczach przepoczwarzył się z nieokrzesanego, biegającego po blokadach rolnika w wicepremiera o twarzy opalonej solaryjnym słońcem. Lepper media czaruje, kokietuje, odgania od siebie i zaprasza na pokoje. Jego słynne: „Panoooowie, ale ja nie rozumię po co tle szumu”, by zaraz potem, niby mimochodem, strzelić minę „robiącą” im zdjęcie, przeszły do historii.

– Jest ludzki – opowiada Witek Rozbicki. Nie dalej, jak kilka dni temu pognali za wicepremierem do ministerstwa rolnictwa, które przejmował po Krzysztofie Jurgielu. Przed ministerstwem zatrzymała ich ochrona. Zaczęli krzyczeć do Leppera, żeby wpuścił ich do gabinetu. Wicepremier zatrzymał się na chwilę, odwrócił i machnął do nich ręką.

– Chodźcie chłopaki – szepnął konspiracyjnie. Dał im pięć minut. Każdy zdążył zrobić zdjęcie, które dzień później było we wszystkich gazetach. Lepper potrafi ich zaskoczyć. Nigdy nie wiadomo, co zrobi ani jak się zachowa. Po Sejmie porusza się wyłącznie w otoczeniu świty.

– Reguła jest prosta: kto idzie najbliżej szefa, ten ma największe wpływy – mówi jeden z fotografów.

Marek Borowski chętnie pozuje z rodziną i wnukami, a nawet z kulą do gry w kręgle, Jerzy Stefaniuk, poseł PSL i zapalony pszczelarz, ze słoikiem miodu. łudzie lewicy, jak mówią fotografowie, wiedzą o co chodzi w tej zabawie.  prezydent Aleksander Kwaśniewski także doskonale rozumiał potrzeby mediów, chociaż nie docenił ich składając chwiejnym krokiem wieniec pod krzyżem w Katyniu.

– To była wpadka, ale poza tym, potrafił tak się ustawić, tak zagrać, żebyśmy mogli coś sensowego zrobić – opowiada Maciek Macierzyński. Podczas jakieś uroczystości prezydent Kwaśniewski odwrócił się od nich i pomachał ręką. A on, gapa, nie nacisnął migawki. I wtedy Czarek Sokołowski krzyknął: „Panie prezydencie, Maciek nie zdążył zrobić zdjęcia”. Kwaśniewski odwrócił się i pomachał jeszcze raz.

Grzegorz Kołodko urządzał dla nich prawdziwe show. Kiedy na sali obrad czytał „The Ekonomist” sprawdzał wzrokiem, czy to widzą i czy zdążyli zrobić zdjęcia. Kiedy podczas konferencji prasowej mówił o budżecie, położył na stole bochen chleba i kroił go, obrazowo pokazując jak podzieli państwowe pieniądze. Mistrz.

Praca

Jest coraz cięższa i przypomina wyścig szczurów. Po tym, jak zrobią zdjęcie, musią, jak najszybciej dobiec do laptopa i wysłać je do redakcji lub agencji. Bo ludzie, którzy siedzą po drugiej stronie komputera, często wybierają to, co przychodzi pierwsze.

– Lub, co gorsza, w ogóle nie znają się na zdjęciach – padają oskarżenia. Chcą mieć takie same, jak konkurencyjne gazety i agencje. Więc zdjęcia ukazujące się prasie są podobne, albo wręcz takie same.

Bo w Sejmie wciąż przybywa młodych, głodnych sukcesu fotografów. Stłoczeni w jednym miejscu robią foty jeden przez drugiego, albo wchodząc drugiemu na plecy, albo przewracają o własne tory ze sprzętem, bo takie sytuacje też się zdarzają.

– Kiedyś, to był zawód elitarny, dostać się do gazety było wielkim sukcesem – mówi Maciek Macierzyński. On, jak wszyscy fotografowie po czterdziestce, zaczynał w „laboratorium” i zajmował się obróbką zdjęć. Na wejście do Sejmu musiał zapracować. Dzisiaj po galerii (miejsce na piętrze sali obrad przeznaczone dla prezydenta oraz korpusu dyplomatycznego) i kuluarach biega młodzież.

– Której największym problemem jest to, że nie zna ludzi, nazwisk i nie rozumie polityki. Zdarza mi się tłumaczyć swoim chłopakom, co powinni danego dnia uchwycić na zdjęciach w Sejmie – opowiada Rozbicki, bo oprócz Witka Rozbickiego fotografuje jego dwóch synów: Adam i Michał. Jako anegdotę powtarzają sobie taką sytuację: na salę rozpraw, na której toczy się proces zabójców Grzegorza Przemyka przybiega młody niespełna dwudziestoletni fotograf (z uprzejmości nie chcą podać jego nazwiska) i pyta, który to Przemyk. Zatkało ich, ale któryś ze starszych kolegów opowiedział mu historię śmierci Grzegorza Przemyka.

A wtedy ten odpalił: „Ja tu jestem tylko na zastępstwie.”

Wojtek Barczyński, trzydziestolatek, fotoreporter „Dziennika”, opowiada, że Sejm pęka w szwach. Kiedy do niego przychodzi, a fotoreporterzy przeglądają w laptopach zdjęcia, jest pewny, że nic się nie dzieje. Jeśli ich nie ma, chwyta za telefon i obdzwania znajomych, bo najprawdopodobniej, coś właśnie się wydarzyło. A od kilku tygodni dzieje się nieustannie.

Wprawdzie klubu PiS i PO, a także Centrum Informacyjne Rządu wysyłają im esemesy o organizowanych konferencjach, czy spotkaniach, ale praca fotoreportera coraz częściej przypomina śledztwo.

– Trzeba myśleć i kombinować, kto z kim, gdzie może się spotkać – opowiada Witek Rozbicki. Najciężej było podczas, jak to określają, „tajnych rozmów koalicyjnych”. Prawdziwa konspira: ciche szepty, kontrolowane przecieki, ciągła gonitwa między siedzibami poszczególnych partii. Telefony do sejmowych informatorów.

– Ludzie w rządzie nie rozumieją, że i tak zrobimy zdjęcie – mówi. Po odrzuceniu przez Sejm wotum nieufności wobec rządu Kazimierza Marcinkiewicza politycy PiS schowali się w sali kolumnowej. Zaciągnęli zasłony we wszystkich oknach. Na drugi dzień w prasie ukazały się kameralne zdjęcia, a na nich rozpoznawalne cienie za firankami i strzelający w górę szampan.

– Ci ludzie mogliby się uczyć od zachodu – mówi Macierzyński. Zanim przebywający w Polsce prezydent George Bush zrobił w Gabinecie Owalny „pięć minut dla fotoreporterów”, wyszła do nich kobieta i poinstruowała, jakie jest w pokoju światło. Tak, aby nie mieli problemu z ustawieniem przysłon. Kiedy prezydent Bush pojechał do Obozu Auschwitz przygotowali im miejsce przy bramie wejściowej. Ale tak pechowo, że mogli zrobić prezydenta tylko od tył i w dodatku prosto pod światło. Kiedy poprosili polską ochronę, aby zmienili im miejsce i ustawili po drugiej stronie bramy, ci stwierdzili krótko: „Nie da rady”. Pobiegli do amerykańskiej ochrony. Po minucie przestawiono im stanowisko. Mieli George Busha przodem, a słońce za plecami.

– O takim szczególe, że prezydent szedł sam, bez stu zasłaniających go ochroniarzy, prawie się o nas ocierając, nie będę już wspominał – dodaje.

Zdjęcie

Musi mieć w sobie to coś. Opowiadać historię. Czarek Sokołowski przypomina sobie luty 1981 roku. Z agencji AP, w której pracował, przyjechał do niego Sixten Johansen, fiński fotograf, też zatrudniony w AP. Pojechali do Stoczni Gdańskiej, ale okazało się, że właśnie skończył się strajk.

– Johasena wcale to nie załamało. Chodził, oglądał i pstryknął zdjęcie z szatni. Na pustych wieszakach wisiały kwiaty – opowiada Sokołowski. Kiedy wywołał to zdjęcie w Warszawie wstrzymał oddech. To było to.

Sokołowski nie rozstaje się z aparatem. Żeby potem nie płakać.

Wojtek Barczyński do dziś nie może sobie darować tej sytuacji. Rok temu wracał z Łomianek do Warszawy, kiedy zobaczył przedziwny obrazek. Z naprzeciwka środkiem ulicy szedł jakiś wysoki facet w garniturze i wysyłał esemesa, a pięciu gości pchało za nim ogromnego srebrnego chryslera. Poseł Roman Giertych, dziś minister edukacji (bo to on dowodził tym konwojem), nawet go nie zauważył. Automatycznie zaczął wymacywać siedzenie pasażera w poszukiwaniu torby z aparatem, kiedy ręka zamarła mu w bezruchu. Nie miał przy sobie sprzętu.

Każdy z nich ma swoją traumę. Jako anegdota krąży w tym środowisku opowieść o amerykańskim fotografie, który przez kilka godzin rozmawiał na dachu wieżowca z niedoszłym samobójcą. Człowiek skoczył w dół, a fotograf cały czas naciskał migawkę. Gdy chwilę potem zorientował się, że nie ma w aparacie filmu, skoczył za samobójcą.

– W tym zawodzie trzeba mieć szczęście – uważa Witek Rozbicki. Czasami po prostu musisz się znaleźć w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze. Pamięta, któreś z kolei rozmowy koalicyjne. Tłum dziennikarzy czekał po pokojem, w którym prawdopodobnie, według ich informacji, Jarosław Kaczyński rozmawiał z Janem Marią Rokitą. Czekali kilka godzin. Zrezygnowany poszedł po kurtkę do szatni i zobaczył, jak politycy wychodzą tylnymi drzwiami. Nacisnął migawkę.

I co dalej?

Często zadają sobie to pytanie. Czarek Sokołowski mówi, że nie wróży sukcesu nowemu rządowi. Mówiąc szczerze, każdego dnia spodziewa się kolejnej afery. Zastanawia się, czemu ludzie dochodząc do władzy tak szybko się zmieniają. I opowiada historię swoich kolegów z „Solidarności”, którym po ministerialnych nominacjach, woda sodowa uderzyła do głowy.

– Chociaż zdarza się, że polityk ich zaskoczy. I pokaże z zupełnie ludzkiej strony, ale to rzadkie przypadki – mówi.

Barczyński pamięta, jak poszedł na wywiad do prezydenta Lecha Kaczyńskiego. To był pierwszy dzień jego prezydentury, a oni byli ostatnimi, którzy mieli z nim spotkanie. Prezydent Kaczyński poprosił swojego asystenta, żeby nalał mu piwa.

– Coś zagaiłem, że może nie będę robił zdjęć z tym piwem, a prezydent na to: A niby czemu nie? Co to się już nie można napić szklaneczki piwa wieczorem? – opowiada fotograf „Dziennika”.

Fotografowie sejmowi mówią, że zdjęcia najlepiej robi się  na wieczornych posiedzeniach sejmu. Posłowie są wtedy zmęczeni, pozwalają sobie na większy luz, zachowują naturalniej. Przestają dbać o pozory zmęczeni całodzienną grą.

Witek Rozbicki przypomina sobie taką scenę: wychodził wieczorem z sejmu i zobaczył przed sobą Andrzeja Leppera. Szedł zgrabiony, powłóczył nogami. Styrany życiem starszy człowiek.

Polska The Times, 12 marca 2008 roku

                                      Błędy, które zabiły Krzysztofa Olewnika

O porwaniu Krzysztofa Olewnika powstaje książka i pewnie powstanie ich jeszcze kilka. W tej historii jest bowiem wszystko, co uczyni ją bestsellerem: niewiarygodna wręcz niekompetencja organów ścigania, zrozpaczeni bliscy, którzy na własną rękę desperacko szukają 24-letniego Krzysztofa, wreszcie dramat samego porwanego przez dwa lata przykutego łańcuchami do ścian piwnicy. Są bandyci, którzy, jak to określił jeden z dziennikarzy „po dziesięciokroć ukrzyżowali Chrystusa”, bo nie można inaczej nazwać ich okrucieństwa. Dwa zagadkowe samobójstwa w super strzeżonych celach więziennych. Są wreszcie pytania, na które nie znamy dzisiaj odpowiedzi i może nigdy ich nie poznamy.

To, co wiemy na pewno, to to, że chyba jeszcze nigdy dotąd przedstawiciele polskich organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości nie wystawili zaufania społecznego na tak wielką próbę, bo wykazali się nieudolnością, albo co gorsza współpracowali z przestępcami. Jeden z prokuratorów, który doprowadził do ujęcia sprawców porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika, powiedział, że ta dramatyczna historia jest porażką państwa. A jedyne, co można zrobić dla ratowania jego honoru, to poznać prawdę.

Nie przedstawimy jej w tym artykule, ale postaramy się ujawnić być może nieznane czytelnikom fakty, przedstawić wersje zdarzenia, których nigdy nie badali śledczy i zadać pytania, na które odpowiedzi przybliżą nas do rozwiązania zagadki porwania i zabójstwa Krzysztofa Olejnika.

Ostatni widział go policjant

Krzysztof Olewnik, to syn Włodzimierza Olewnika, właściciela dużej firmy przeróbstwa mięsnego w Drobinie koło Płocka. Młody, bogaty, wykształcony, chce pójść własną drogą. Nie wchodzi do biznesu ojca, ale razem ze wspólnikiem Jackiem Krupińskim zamierza handlować stalą. Są z Kępińskim podobni jak dwie krople wody. Jeżdżą nawet tymi samymi markami samochodów, a ich numery rejestracyjne różnią się tylko jedną cyfrą.

Na początku października 2001 roku stary Olewnik odbiera telefon od swojego przyjaciela, policjanta Wojciecha Kęsickiego. Jacek Krupiński miał obrazić jednego z miejscowych policjantów i Kęsicki sugeruje, że może warto by załagodzić sprawę. Stary Olewnik jest w Drobinie osobą znaną i szanowaną, ma świetne kontakty z policją i nie chce tego zmieniać. Policjant Kęsicki sam robi listę gości i wyznacza datę przeprosinowej imprezy na 26 października. Tego dnia w domu Krzysztofa Olewnika bawi się dwunastu miejscowy gliniarzy. Oprócz Kęsickiego, jest Bogdan Kuchta, naczelnik wydziału kryminalnego komendy miejskiej z Płocka. Nie ma za to obrażonego policjanta, dla którego przyjęcie zostało ponoć zorganizowane. Około godz. 23.00 młody Olewnik odwozi samochodem Kuchtę do domu. Kuchta widzi go jako ostatni.
Rano rodzina nie może znaleźć Krzysztofa. Jego telefon milczy, więc idą do jego domu. W mieszkaniu widać ślady walki – poprzewracane sprzęty, krew na ścianach, meblach i ubraniach. Na podłodze leży łuska pocisku z pistoletu. Drzwi łączące dom z basenem, są otwarte. Krzysztof Olewnik zawsze dbał o bezpieczeństwo. Włodzimierz Olewnik dzwoni na policję. Następnego dnia odbiera pierwszy telefon z żądaniem okupu. Porywacze chcą 300 tys. euro.

Pierwsze dni śledztwa

Sprawami porwań zazwyczaj zajmują się policjanci z Centralnego Biura Śledczego. W tym przypadku grupą utworzoną z policjantów z Płocka i Radomia, którzy nigdy wcześniej nie mieli do czynienia z porwaniami, kieruje Remigiusz Minda, naczelnik wydziału kryminalnego KWP w Radomiu. Akta nie trafiają do Prokuratury Okręgowej, ale na biurko prokuratora Leszka Wawrzyniaka z Prokuratury Rejonowej w Sierpcu, który nigdy jeszcze nie prowadził sprawy o porwanie.

27 października w domu Krzysztofa Olewnika pojawiają się śledczy. Dowodzi nimi Bogdan Kuchta, ten, który jako ostatni widział Krzysztofa i który powinien być pierwszym podejrzanym. Policjanci zabezpieczają ślady, ale ich nie badają. Odciski palców nie trafiają do badań w Centralnej Bazie Daktyloskopijnej. Nikt nie analizuje składu zebranych z podłogi włosów, chociaż dzisiaj wiadomo, że jeden z nich należał do Sławomira Kościuka, jednego ze sprawców porwania. Żaden z policjantów nie przejmuje się śladami biologicznymi. Nikt nie podsłuchuje rozmów, które porywacze już w pierwszych dniach po porwaniu z prowadzą z rodziną Olewników. Portrety pamięciowe sporządzone na podstawie relacji żony Jacka Krupińskiego, która widziała w noc porwania dwóch mężczyzn w zaparkowanym obok domu Olewnika samochodzie, nie ma żaden patrolujący miasto policjant. Sześć lat później tych dwóch mężczyzn zostanie oskarżonych o zabójstwo Krzysztofa Olewnika. Anonim, w którym ktoś podaje pseudonim człowieka zamieszanego w porwanie Krzysztofa Olewnika, też nie wzbudza żadnego zainteresowania śledczych.

– Wtedy niczemu się nie dziwiliśmy. Byliśmy zbyt zszokowani – opowiada Olewnik. Są bogatymi, ale prostymi ludźmi. Wszystkiego dorobili się sami. Porwanie Krzyśka było dla nich czymś nierealnym. Chodzą w kąta w kąt. Ewa, matka Krzysztofa, nic tylko płacze. – Ale nie mieliśmy podstaw, aby nie wierzyć w uczciwość policji. Albo przypuszczać, że mogą mieć z tym coś wspólnego – dodaje. Tym bardziej, że policjanci zapewniają, iż śledztwo jest na dobrej drodze i lada dzień zatrzymają bandziorów. Ale to nieprawda.

Bogdan Kuchta sporządza notatkę, w której sugeruje, że najprawdopodobniej to samo uprowadzenie, a Krzysztof Olewnik chce wyłudzić pieniądze od swego ojca. Nie wiadomo co skłania Kuchtę do takiej hipotezy. Może fakt, że Olewnik zwraca się o pomoc do detektywa Rutkowskiego. Wiadomo, że od tej pory ta hipoteza będzie jedyną obowiązującą wśród większości śledczych, którzy zajmą się tą sprawą. Prokurator Leszek Wawrzyniak, jako pierwszy uzna ją za wiarygodną. Dlaczego? Dzisiaj nie chce rozmawiać z dziennikarzami. Odsyła do rzecznika prasowego prokuratury. Nie odpowie zatem na pytania, czemu nie powierzył sprawy oficerom Centralnego Biura Śledczego, nie powołał biegłych i nie przekazał im do analizy tych śladów, które zebrano na miejscu zdarzenia. Dlaczego nie wydał postanowienia o zwolnieniu z tajemnicy służbowej operatorów telefonii komórkowej i nie zażądał billingów rozmów prowadzonych przez gości(również policjantów) przyjęcia z 26 października bezpośrednio poprzedzającego porwanie. Wreszcie nie wytłumaczy, jak to możliwe, że nie sprawdzał informacji od rodziny Krzysztofa Olewnika, która prowadziła śledztwo na własną rękę.

Tylko jedna możliwa wersja

Rodzina pięć razy wozi okup w wyznaczone przez przestępców miejsce, ale nikt go nie podejmuje. Policja nie obstawia miejsc przekazania pieniędzy, chociaż normalnie w takich akcjach bierze udział około 50 funkcjonariuszy. Za to przestępcy doskonale wiedzą, co dzieje się w domu Olewników. Kiedy podczas jednego z przekazań żądają, aby okup przywiozła Iwona Krupińska, Danuta Olewnik, siostra Krzysztofa, przebiera się za nią i sama jedzie we wskazane miejsce. Bandyci nie pojawiają się po pieniądze, a na drugi dzień Olewnik dostaje anonim, w którym porywacze piszą: „Nie wysyłaj im przebierańców”.

– Bezsilność – wzdycha Włodzimierz Olewnik. Mówi o sobie: Jestem twardy w zamiarach, ale uczuciowo miękki. Serce mam miękkie. Wylałem wiadro łez. Jak baba. Ale płakałem nocami, nie przy żonie.

Widzi, że w sprawie nie ma postępów. Śle pisma i zażalenia. Akta wędrują z prokuratury do prokuratury. Od końca listopada 2002 roku do marca 2003 porwaniem Krzysztofa Olewnika zajmuje się  Elżbieta Gielo z Wydziału V Śledczego Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Jako pierwsza porzuca hipotezę o samo uprowadzeniu i przygotowuje profesjonalny plan działania: chce, żeby sprawą zajął się Wydział do Walki z Terrorem Kryminalnym KSP, wydaje postanowienie o uznaniu za dowody śladów zabezpieczonych na miejscu zdarzenia. Ale kilka dni po tych decyzjach przełożeni odwołują ją i awansują do Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie. Prokurator Robert Skawiński, który przejmuje sprawę po prokurator Gielo, wypuszcza na wolność Sławomira Kościuka, chociaż ten ma przy sobie telefon, z którego porywacze prowadzili rozmowy z rodziną Olewników. Kościsk tłumaczy, że go znalazł, ale musiał go znajdować kilkakrotnie, bo rozmowy z Olewnikami przeplatają się z jego prywatnymi połączeniami. Mnożą się kolejne błędy. Prokurator nie wydaje polecenia, a policjanci nie wpadają na pomysł, aby w 24 lipca 2003 roku obserwować przekazanie kidnaperom okupu na jednym z warszawskich wiaduktów.

Danuta Olewnik, która wiezie porywaczom pieniądze, na bieżąco informuje przez telefon naczelnika Mindę o poleceniach, które wydają jej kidnaperzy. Jest pewna, że czuwa nad nią przynajmniej setka policjantów. Na wiadukcie nie ma nikogo. Oględziny miejsca wyrzucenia z samochodu 300 tys. euro policja robi dwa dni po zdarzeniu. Po oddaniu okupu, Włodzimierz Olewnik dostaje od porywaczy wiadomość, że Krzysztof zostanie ukarany za ich współpracę z policją. Wróci do domu za dwa lata.

Olewnik już nie płacze. Okrzepł. Pisze kolejne skargi na pracę policji i prokuratorów. Ma za sobą sztab adwokatów, którzy dla niego pracują. Z jego determinacji skwapliwie korzystają hieny. Przychodzą i obiecują, że odnajdą syna. Współpracownik detektywa Rutkowskiego naciąga rodzinę Olewników na 800 tys. złotych. Lokalny polityk z Sierpca obiecuje kontakt z miejscowym gangsterem. Bierze „tylko” 80 tys. złotych. Gangster zapewnia, że przyprowadzi Krzysztofa do domu. Wychodzi od Olewników z wypchanym portfelem.

– Na okup i samych naciągaczy wydałem jakieś 2 miliony złotych – ocenia dzisiaj Olewnik.

Ale swoim uporem i determinacją powoduje, że sprawa trafia do warszawskiego Centralnego Biura Śledczego. Szef CBŚ powołuje specjalną grupę do rozwikłania zagadki, ale nie ma w niej ani jednego fachowca od porwań. Policjanci nie mają nawet sali, w której mogliby spokojnie omawiać postępy śledztwa czy wymieniać się sugestiami, co do jego prowadzenia. Narady odbywają się na korytarzu.

Prokurator Radosław Wasilewski, który przejmuje akta po prokuratorze Skawińskim nie posuwa sprawy do przodu. Właściwie akt nie przejmuje, bo ktoś je kradnie w czerwcu 2004 roku z nieoznakowanego radiowozu, którym policjanci przewożą je z Płocka do Warszawy. Po drodze zatrzymują się, aby przesłuchać świadka, zostawiają samochód w biały dzień pod otwartym kioskiem. Kiedy wracają po 20 minutach, wozu nie ma, a kiosk jest zamknięty. Następnego dnia Włodzimierz Olewnik dostaje anonim: „Akta miały zniknąć. Dobrze, że w chwili kradzieży policjantów nie było przy nich, bo też musieliby zginąć”.

Z pielgrzymką po politykach

Olewnikowie robią slalom po gabinetach polityków. Stary Olewnik zna tych z prawicy i lewicy. Zawsze rozdawał cegiełki po równo, żeby nikt nie czuł się urażony. Więc liczy, że teraz mu pomogą. Idzie do Zbigniewa Siemiątkowskiego, który pochodzi z okolic Płocka.

– Znałem go wcześniej, ale przyjął mnie dość chłodno – mówi Olewnik.

Zbigniew Siemiątkowski: – Nie znałem wcześniej pana Olewnika. Ale kiedy zainteresowano mnie tą sprawą, a potem on sam przyszedł i opowiedział swoją historię,  próbowałem pomóc. Jako szef służb specjalnych chciałem się dowiedzieć od policjnatów, jak ta sprawa wygląda. Dano mi dobrą koleżeńską radę, abym się sprawą nie zajmował, bo nie jest jednoznaczna. Tłumaczono, że chodzi o samo uprowadzenie, albo w porwaniu maczała palce rosyjska mafia. W 2004 roku, już jako poseł z tamtego terenu, złożyłem interpelacje do ministra sprawiedliwości i ministra spraw wewnętrznych. Dostałem dość mętne odpowiedzi.
Olewnikowie błagają o pomoc Ryszarda Kalisza, ówczesnego ministra spraw wewnętrznych.

– Prawie nas wyrzucił. Stwierdził, że wszystko idzie tak jak powinno – twierdzi Olewnik.

Dzisiaj Ryszard Kalisz zarzeka się, że zrobił wszystko, co mógł zrobić.

Docierają do posła Jerzego Dziewulskiego. On, jako jeden nieliczny, zdaniem Olewnika, stara się im pomóc.

– Rozmawiałem o tej sprawie z policjantami, z kierownictwem MSWiA, z jednym z sekretarzy stanu. Słyszałem wszędzie to samo: „Nie bądź upierdliwy. Sprawa jest prowadzona, jak powinna. To pewnie samo uprowadzenie.” – wylicza dzisiaj Dziewulski. Ma do siebie żal, bo zrobił wszystko co mógł, ale widocznie za mało.

Olewnik nie zliczy gabinetów, które odwiedził. W 2006 roku idzie na prelekcję Janusza Karczmarka zorganizowaną przez Stowarzyszenie na Rzecz Bezpieczeństwa Warmii i Mazur. Prelekcja dotyczy porwań.

Karczmarek: – Podszedł do mnie po prelekcji i opowiedział historię, która wydała mi się niewiarygodna. Postanowiłem mu pomóc. Kiedy pytałem o sprawę w CBŚ, usłyszałem, że to samo uprowadzenie. Przeniosłem sprawę do Olsztyna, gdzie pracują doskonali fachowcy od porwań, bo wersja samo uprowadzenia wydawała mi się mało wiarygodna. No i zdziwił mnie fakt, że przez tyle lat nikt nie sprawdził innej.

Zespołem prokuratorów kieruje Piotr Jasiński. W ciągu pół roku zatrzymuje jedenaście osób podejrzanych o porwanie Krzysztofa Olewnika. Bandyci nie wyglądają na przestraszonych. Wydają się pewni siebie i butni. Szefem grupy jest Wojciech Franiewski, złodziej samochodów, jego zaufanym –  Sławomir Kościuk, paser i drobny złodziejaszek. W porwaniu biorą udział m.in. dwaj sąsiedzi Olewników, trzech mężczyzn z Nowego Dworu Mazowieckiego, jeden z Wyszkowa. Ich nazwiska przewijały się w śledztwie, niektórych Włodzimierz Olewnik i jego adwokaci już wcześniej wskazywali jako odpowiedzialnych za porwanie. Grupa wydaje się być stworzona przypadkowo, na potrzeby tego konkretnego porwania. Nikt z jej członków wcześniej nie porywał ludzi.

Podczas przesłuchań Sławomir Kościuk decyduje się na współpracę z policją. Obciąża kolegów i wskazuje miejsce ukrycia zwłok.

Pogrzebany za życia

Olewnik jest przez dwa lata więziony w garażu domu letniskowym Wojciecha Franiewskiego. Siedzi przykuty łańcuchami do ściany. Jeden łańcuch ma na szyi, drugi na nodze. W środku jest jeszcze lampka, telewizor i wiadro na nieczystości. W ciągu dwóch lat dwa razy ostrzyżono mu włosy i ogolono. Wygląda jak zwierz: zarośnięty, brudny, przerażony.

– Przez całe dwa lata woziłem mu jedzenie, może nie codziennie, ale byłem trzy, cztery razy w tygodniu – zeznaje Kościuk.

Karmią go raz dziennie. Faszerują środkami psychotropowymi. Po otrzymaniu okupu przewożą na działkę, którą w okolicy kupuje Kościuk. Miejscowy robotnik robi na niej szambo, do którego wrzucają Olewnika. Pod koniec przesłuchania Kościuk opisuje: „Prawdę powiem: Krzysztof Olewnik nie żyje, jest obok śmietnika, z pięć kilometrów od działki. Robert założył mu na głowę czarne torby, takie na śmieci i przytrzymał, żeby powietrze nie dochodziło. Nie pomagałem dusić. Olewnik leżał na wznak, ja trzymałem go za nogi. Potem długo kopaliśmy dół. Przed wyjazdem z działki wyczyściliśmy szambo”.

Do zabójstwa dochodzi miesiąc po otrzymaniu okupu od rodziny Olewników.

– To niemożliwe, aby sami ułożyli plan tego porwania. Byli tylko jego wykonawcami – mówi o zatrzymanych jedna z osób pracujących nad sprawą. Sylwester Latkowski, dziennikarz, który interesuje się sprawą: – Nie są zbyt „lotni”. Wykonywali czyjeś polecenia.

Czyje? Wojciech Franiewski nie mówi w śledztwie nic. Rok temu w celi aresztu śledczego w Olsztynie strażnicy znajdują jego ciało. Sekcja zwłok wykazuje w krwi Franiewskiego amfetaminę i alkohol. Okazuje się także, że w chwili rzekomego samobójstwa nie działa monitoring. Przed śmiercią Franiewski wysyła list do żony. Skarży się na ból brzucha.

„Zastanawiam się, czy mi tu czegoś nie dosypali do jedzenia” – pisze.

 –  Franiewski nie ma powodu, żeby się wieszać. Czeka dopiero na proces, który bardzo różnie może się potoczyć – mówi nam jeden śledczych.

Niespełna rok później, w piątek 4 kwietnia, w celi Aresztu Śledczego w Płocku ginie Sławomir Kościuk. Podobno miał popełnić samobójstwo. Przynajmniej tak wykazują pierwsze oględziny celi. On też nie miał powodu, żeby się wieszać. Wprawdzie 31 marca sąd skazał go za  udział w porwaniu i zabójstwie Olewnika na dożywocie, ale Kościuk ma doskonałych adwokatów wynajętych przez rodzinę, może się odwoływać. Potem liczyć na kasację.

– Nie żyją dwie osoby, które być może jako jedyne znały zleceniodawcę tego porwania – mówi Janusz Karczmarek, były prokurator krajowy.

Kolejny nieszczęśliwy zbieg okoliczności? Jest ich w tej historii zadziwiająco dużo.

Od w czerwcu 2007 roku prokuratorzy z Olsztyna badają nieprawidłowości w prowadzeniu sprawy Krzysztofa Olewniak.

– Już dziś stwierdziliśmy wiele uchybień w pracy policji i prokuratur – mówi prokurator Krzysztof Stodolny. Nie chce oceniać czy wnikają one z głupoty czy celowego działania policjantów i prokuratorów.

Karczmarek: – Nie wierzę w taki ciąg nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. Porywacze zawsze mają informatorów wśród rodziny, współpracowników albo policji.

Jerzy Dziewulski nie przypomina sobie, aby w historii polskiej milicji a potem policji była tak „zbabrana i śliska” sprawa. Jego zdaniem o tym, że zleceniodawca istnieje świadczy chociażby fakt, że z okupu przekazanego przez rodzinę Olewników, brakuje 200 tys. euro. 70 tys. miał wziąć Franiewski, 23 tys. Kościuk, 2 tys. podzieli między sobą pozostali członkowie grupy. Ponoć przyszli po pieniądze do Frankowskiego, a ten wyniósł im je z domu. Kto zatem zgarnął największą część łupu?

Wersja rodziny

Danuta Olewnik-Cieplińska mówi przed kamerami, że w tej sprawie jest zbyt dużo złych przypadków, a dowody jednoznacznie wskazują, że w porwaniu jej brata maczał palce ktoś z policji lub świata polityki. Jaki miał w tym cel?

– Mam dwie wersje wydarzeń – mówi Włodzimierz Olewnik. Pierwsza: ktoś chciał go pozbawić majątku. W październiku 2001 roku miał zaciągnięte kredyty, które banki cofnęły zaraz po porwaniu syna. Stał się mało wiarygodnym klientem. Zleceniodawca porwania mógł nie wiedzieć, że kredyty ma zabezpieczone lokatami. Myślał, że stary Olewnik będzie musiał sprzedać swoje przedsiębiorstwo, aby wykupić syna. Tylko kto mógł chcieć doprowadzić go do bankructwa?

– Miałem wiele propozycji od decydentów, aby wejść w różne interesy, w które nie wszedłem, bo wydawały mi się nie do końca czyste – odpowiada oględnie. Ale nie poda ani jednego nazwiska. Zmądrzał.

Tylko czy jeden człowiek, nawet potężny, byłby w stanie uknuć taki spisek?

– Nie wiem – odpowiada Olewnik. Jest niemal pewien, że jednym ze wspólników bandytów był jeden z płockich policjantów. Nie poda nazwiska.

Sylwester Latkowski mówi, że Wojciech Franiewski, szef grupy, która porwała Olewnika, miał kontakty ze „starym Wołominem”, grupą przestępczą kierowaną przez Henryka Niewiadomskiego, ps. Dziad. A stary Wołomin, to byli funkcjonariusze służb mający dobre stosunki z politykami. Może zleceniodawcą rzeczywiście był ktoś z tych kręgów? – zastanawia się Latkowski. 

Tylko, że Franiewski nie żyje, jego kumple ze starego Wołomina też poumierali, a sam „Dziad” miał wylew w więzieniu.Druga możliwość, jaką Olewnik bierze pod uwagę, to sytuacja, w której syn nie chciał wejść w jakieś nieczyste interesy związane z handlem stalą.Być może komuś się naraził. Wersji związanej z handlem stalą nikt nie sprawdził. Nikt nie przesłuchał Ukraińca, który miał prowadzić z młodym Olewnikiem jakieś „stalowe” interesy. To nie jedyna wersja, nad którą nie pochylili się śledczy: Krzysztof Olewnik był przystojnym mężczyzną, miał powodzenie wśród kobiet. Może więc jakiś zazdrosny mąż wynajął bandytów do porwania. A przecież mogło być też tak, że raz „spieprzona” sprawa, była kryta przez korporacje policyjno-prokuratorską i nie trzeba było wpływowych osób, aby nic w niej nie zrobiono. Tylko, czy po zagadkowych samobójstwach dwóch osób, które znały zleceniodawcę, możemy jeszcze poznać prawdę?

Włodzimierz Olewnik i jego rodzina założyli fundację im. Krzysztofa Olewniak, która pomaga takim jak oni: ofiarom przestępców i wymiaru sprawiedliwości. Nie zamierzają się poddać, będą dalej szukać odpowiedzialnych za śmierć Krzysztofa. Danuta Olewnika powiedziała w jednym z wywiadów, że nie są świętymi. A tylko święty, mógłby wybaczyć taką zbrodnię.

Polska The Times, 9 lutego 2019 roku

                                                                  Na psim szlaku

Około godz. 8.00 wchodzimy do lasu: ja i mój psiak, dziesięcioletnia Fila. Zabawny kundel z psim ADHD. Piszę „z psim ADHD”, bo jej życie mogłoby być jednym wielkim spacerem: wiecznie niewybiegana, wiecznie gotowa do zabawy. Bez porannego spaceru dzień jest nieważny, a dla mnie właściwie go nie ma. Bo nie ma szans, żebym usiadła przed komputerem – patrzy na mnie tymi wielkimi oczami, kręci się niespokojnie, jakby mówiła: „A ja?!”. Nie odpuści.

Przy wejściu do lasu często spotykamy pana profesora z Mudim, pięknym collie, dzisiaj już posłusznym i dobrze wychowanym, ale jeszcze półtora roku temu można było spotkać profesora biegającego po osiedlu i krzyczącego: „Muuuudi!”. Mudi spuszczony na chwilę ze smyczy uwielbiał zwiewać i potem trzeba go było szukać między domami. Z profesorem, wykładowcą na jednej z uczelni, rozmawiamy o wszystkim: psach, życiu, zdrowiu i o tym, co u innych psiarzy. Bo po lesie o tej samej porannej porze biega jeszcze piękny owczarek niemiecki Lucky ze swoim właścicielem, Cezar – młody wilczur, wiecznie skory do figli i póki co, mało posłuszny swemu panu.

Szybkim krokiem las przemierza pani z dwoma haskimi, które Fila uwielbia i z którymi zrobiliśmy dziesiątki kilometrów. Kiedy moja córka definitywnie zrezygnowała z jedzenia mięsa, to od właścicielki haskich dowiedziałam się, co kupować, co gotować, jak sobie w kuchni radzić. Okazało się, że ona wegetarianką jest od wielu lat i świetnie się z tym czuje. Pewnego razu przyniosła mi nawet do lasu spis książek z najlepszymi przepisami dla wegetarian.

Czasami mijam panią w szarej kurtce ze swoim dużym psem, mówimy sobie „Dzień dobry”, pana z biglem, też jesteśmy na „Dzień dobry”, pana z białą labradorką – zrobiliśmy kilka wspólnych spacerów.

Fila najbardziej wypatruje Nera – dużego czarnego mieszańca, do którego pała wielką, psią miłością. Z czasem poznałam jego właścicielkę – Mariannę. Nasze długie weekendowe spacery (w tygodniu nie ma na nie czasu) to wydarzenie, na które nasze psiaki czekają cały tydzień. Robimy dziesięć, czasami piętnaście kilometrów. Nigdy nie brakuje tematów do rozmów.

Kiedy po godzinie wychodzę z lasu – spotykam tych, którzy wchodzą do niego ze swoimi psiakami. Ci sami ludzie, te same psy. Wszyscy się tu znają, pozdrawiają, rozmawiają ze sobą. Kiedy trzeba, ostrzegają się wzajemnie. Późną wiosną, wchodząc do lasu, zobaczyłam kartkę przywieszoną do drzewa: „Uwaga, po lesie grasuje stado dzików, lochy są bardzo agresywne. Atakują psy i ludzi”. I rzeczywiście, kilka dni później spotkałam właściciela czarnego labradora i suczki, która w zaroślach natknęła się na dziki – nieźle ją pokiereszowały, weterynarz stwierdził, że cudem przeżyła. Założony przez niego szew ciągnął się przez pół pyska.

Na ścianie w gabinecie weterynarza, do którego chodzimy, właściciel napisał na ścianie: „Można żyć bez psa, tylko po co?”. Właśnie. To wypunktujmy korzyści z posiadania psiaka: dzięki psom cieszymy się lepszym zdrowiem – dr Deborah Wells, psycholog z Uniwersytetu Queens w Belfaście stwierdziła, że właściciele psów mają niższe ciśnienia krwi oraz niższy poziomu cholesterolu niż ci, którzy psa nie posiadają. Poza tym, już dawno udowodniono, że obecność psów w naszym życiu pomaga w leczeniu chorób układu krążenia. Pies może zasygnalizować nadchodzący atak choroby, niektóre psy wyczuwają obecność nowotworu. Dzięki psom radzimy sobie ze stresem – pięcioletnie badania na grupie sześciuset dzieci w wieku od 3 do 18 lat wykazały, że dzieci z rodzin posiadających zwierzęta, które mają problem w nauce lub przechodzą rozwód rodziców, łatwiej radzą sobie ze stresem niż te, które nie mają kontaktu ze zwierzętami. Dziecko wychowane z przyjacielskim czworonogiem ma lepiej rozwiniętą empatię, jest bardziej otwarte, spontaniczne i obowiązkowe. I najważniejsze: pies kocha nas takimi, jakimi jesteśmy. Będzie nas całe życie uważać za najlepszego człowieka na świecie.

No i wreszcie to, o czym ten artykuł – dzięki naszym czworonogom łatwiej nawiązujemy znajomości. Pies jest atrakcją także dla innych, więc dzięki niemu mamy szansę na poznanie nowych osób. Dziennikarze gazety „The British Medical Journal” twierdzą nawet, że zwierzęta często działają jako „społeczny katalizator” – przyciągają do siebie ludzi.

Irena, właścicielka Rocky’ego: „Dzięki naszym dwóm kolejnym psom, kundlom z odzysku, poznałam setki ludzi. Czasem nie wiem, jak się nazywają i gdzie pracują. Ale historię psa, jego zwyczajów, chorób i przygód, mogę powtórzyć w środku nocy. »No i wiesz, spotkaliśmy Oskara i gadaliśmy przez pięć kilometrów« – zdarza mi się mówić mężowi po spacerze. »Pani Pontona kazała cię pozdrowić« – rzuca córka, rozbierając psa z szelek. Kiedy kilkuletni syn znajomych ze spacerów zaczynał robić karierę serialowego aktora, chwaliłam się znajomym: »O, Olaf! To młodszy pan kolegi naszego psa«. Z »kolegą naszego psa« zrobiliśmy dużo kilometrów. Zima, skrzący się śnieg, mróz, rozgwieżdżone niebo. A my, dwie kobitki, ja i mama Olafa, z dwoma psami (ten jej to owczarek niemiecki, a mój niby-collie) szłyśmy daleko w las, opowiadając o pracy, o dzieciach, o mężach i o marzeniach. W wakacje odwiedzaliśmy się na działkach, nasze dzieci się polubiły i było super do momentu, kiedy psom coś nie podpasowało i się najzwyczajniej na świecie pogryzły. Awantury się, niestety, powtarzały i nasze stosunki uległy ochłodzeniu. Ale nasze wspólne spacery to jedne z milszych wspomnień ostatnich lat”.

Czasem spotyka kogoś w sklepie albo widzi w kościele. Zwoje pracują, czaszka dymi, bo przecież się znają. Ale skąd?! Na pewno z lasu. Państwo od Brutusa są bardzo fajnym małżeństwem. Szkoda, że nie mają dzieci. Właśnie adoptowali drugiego psa. Pan od Ziuty wyznaje spiskową teorię dziejów. Na wspólnych spacerach opowiada o rządzie światowym i o tym, jak jesteśmy nieustannie inwigilowani. Pan od dwóch czarnych suk utyka, bo któraś go podcięła, przewrócił się i połamał. Pan od Cezara nadal biega tą samą trasą, choć jego pies już dawno nie żyje. Pani od Sary ma syna w Japonii, a pani od Neli – w Holandii. Państwo od Buby mają dom w Portugalii, a doktor od samojedów (to rasa psów) – pod Białowieżą. Nie zawsze ze sobą rozmawiają. Czasem nie widzą się miesiącami, a kiedy się już spotkają, „opowiadają swoje życie”.

Nie wie, jak się ta pani nazywała. Jej suka Nutka i Rocky, spotykając się nad kanałkiem – to w jej dzielnicy, oprócz pobliskiego lasu, ulubione miejsce na spacery z psami – za każdym razem wpadały w euforię. A one wymieniały myśli. To nie były pogawędki ani opowieści, właśnie myśli. Pierwsza rozmowa: pani X pochowała właśnie męża. „I wie pani, jakie to straszne – nie ma się nawet z kim pokłócić”. Kochała tego męża bardzo. Wkrótce zachorowała. Potem z Nutką wychodziła jej siostra, czasem syn, a ona siadywała w ogródku: blada, w peruce, ciężko znosiła chemię. Dzisiaj w domu na rogu, w którym mieszkała, żyją już inni ludzie. Nutka trafiła do syna pani X, który mieszka nad kanałkiem, nie ma tam źle. Z jej psem dają sobie buziaki przez płot, jak dawniej.

– Ważna część życia psiarza to weterynarze. Giełda spacerowa obejmuje zwykłych wetów (tak psiarze mówią o weterynarzach – red.) oraz specjalistów: kardiologów, gastrologów, ortopedów, stomatologów, specjalistów od USG i mierzenia ciśnienia. To nie są proste sprawy. Nawet jeśli na Facebooku mamy znajomych obeznanych w temacie, to i tak żywy człowiek i jego wyleczony pies są najlepszą rekomendacją weterynarza – opowiada Irena.

Poza tym gdyby nie psy, nie wiedziałaby: do kogo na korki z matematyki w trybie last minute, gdzie zamieszkać z kundlem na Dolnym Śląsku, w którym hotelu po drodze do Chorwacji można przenocować z psem, co tam panie w polityce, których miejsc w mieście unikać, bo trują tam psy.

Opowiada: „Luksemburg, 15 sierpnia. W mieście pustki totalne, bo to święto kościelne i zamknięte są nawet kawiarnie. Upał. Puszczamy kundla wolno, bo w okolicy ani żywej duszy. Nagle pojawia się inny pies, a nawet – jak się za chwilę okaże – suka. Zabawa na pół lasu. Greta jest z panią. Pani znalazła kundelkę w Madrycie i przywiozła ją ze służbowej podróży. Żeby dopełnić wszystkich formalności typu szczepienia, chip, paszport, musiała wziąć w Grecji urlop. Dlaczego w Grecji? Mieszka tam, a w Luksemburgu jest z Gretą przejazdem w drodze do Francji. Tak jak my. Skąd jest Rocky? Z Polski? „Super, mój dziadek był z Polski. Nazywał się Cy-lin-ski”.

Holandia, okolice de Efteling. Na ostatnie wakacje z Walkerem, zwanym Pikusiem, wypożyczyli przyczepę kempingową, bo pies musiał mieć warunki i… lodówkę do przechowywania zastrzyków ze sterydem przeciw padaczce. Na ogromnym kempingu koło parku rozrywki Pikuś miał okropny atak. Dostał go na trawniku przed przyczepą, widzieli wszyscy. I słyszeli. Nikt nie powiedział złego słowa, ludzie pytali, ile pies ma lat i życzyli, żeby mu się polepszyło. Następnego dnia wybrali się do Eftelingu, Pikuś został w przyczepie. Z tyłu uchylili okno. Nie było ryzyka, że pies wyskoczy, bo nie był w stanie wejść na kanapę – łapy odmówiły mu już posłuszeństwa. Kiedy wrócili po ładnych paru godzinach, okazało się, że pies cudownie ozdrowiał: wyglądał przez okno, a w fotelu przed przyczepą siedziała pani z sąsiedztwa, czule do niego przemawiając. Po holendersku.

– Gdyby nie Rocky, nie poznałabym m.in.: Joanny z Łodzi, u której nasz pies był „na tymczasie” po tym, jak z trójką rodzeństwa wylądował na ulicy w środku zimy, Michała, którego Rocky bardzo chciał zjeść, kilkunastu osób, które chodziły z nami do psiej szkoły, Swiety z Podola, której zapłaciliśmy 20 hrywien za kurę uprowadzoną przez naszego psa, setek znajomych i nieznajomych, których spotykamy na spacerach – tak podsumowuje.

Maria Rotkiel, psycholożka, właścicielka dwóch psów, doskonale wie, o czym mowa.

– Jeśli ludzi łączy podobny system wartości, pasje, wrażliwość, łatwiej im znaleźć wspólny język. Ktoś, kto ma psa, kocha zwierzęta, ma takie, a nie inne cechy charakteru, jest na przykład empatyczny. Przecież mamy psa, ponieważ jesteśmy określonym typem ludzi. Więc pewnie właścicielom psów łatwiej znaleźć wspólny język, bo są tacy, a nie inni, mają podobny system wartości – tłumaczy.

Ona osobiście najlepiej lubi rozmawiać o książkach, zwierzętach i dzieciach i takie właśnie rozmowy prowadzi z innymi psiarzami.

Mira, właścicielka labradorki – Amby i doga niemieckiego – Saszy. Codzienne spacery z psami to dla niej bardziej przyjemność niż obowiązek.

– Oczywiście, że psy zbliżają ludzi. Gdybym chodziła z kijkami, nie podeszłabym do kogoś i nie zagadała. Kiedy idziesz z psem, a naprzeciwko ciebie idzie inny właściciel czworonoga, zawsze jest powód, żeby otworzyć usta – mówi. – Ludzie chodzą na spacery wspólnie, bo, podobnie jak psy, są istotami stadnymi – dodaje jeszcze.

To trochę tak, jak matki małych dzieci, które biegają na place zabaw albo w miejsca, w których można spotkać inne matki z małymi dziećmi. Wszystko po to, żeby ich pociechy miały towarzystwo. Psiarze też szukają towarzystwa – dla siebie i swoich psów.

Dorota Sumińska, weterynarz i właścicielka kilku psów, w pełni się z tym zgadza, mówi: „Psy to takie dzieci, właściwie wieczne dzieci, bo nigdy nie zdadzą matury i nie wyjdą z domu. Więc ich właściciele szukają dla nich towarzyszy zabawy. Poza tym, jeśli spotkamy na spacerze kogoś, kogo pies polubi naszego, to trudno się nie przywitać czy zagadać, prawda?”.

Mira ma kilka szlaków, które przemierza ze swoimi czworonogami: są trasy dłuższe i krótsze, danego dnia wybiera tę, na którą prawie ma czas.

– Ludzie, którzy mają psy, potrafią ze sobą rozmawiać. Mogą być pisiorami, mogą być platformersami, gejami, lesbijkami – nie to jest najważniejsze. Poglądy polityczne, światopogląd są na którymś tam miejscu, ważniejsza jest na przykład kupa, którą zrobił twój pies, bo jej kolor i konsystencja to rzecz, wbrew pozorom, niesłychanie istotna – wybucha śmiechem. Myślała nawet, żeby założyć Polską Partię Przyjaciół Psów i Kotów – jej członkowie na pewno znaleźliby ze sobą wspólny język.

Zna ludzi z lasu, rozpoznaje ich po psach. Mówią sobie „Dzień, dobry!”, „Co słychać?”, na pożegnanie życzą sobie miłego dnia. Z trzema właścicielkami psów nawet się zaprzyjaźniła, co w pewnym wieku wcale nie jest łatwe. A wszystko za sprawą Saszy. Wzięła ją z fundacji, kiedy ta miała dwa i pół roku. Pies był potwornie zaniedbany: do fundacji trafił spod lubelskiej wsi, poprzedni właściciel trzymał go w ciasnej klatce, bił i głodził. Sasza nie potrafiła niczego: nie znała psiej i kociej mowy, nie umiała chodzić po schodach, smycz wywoływała u niej panikę. Ale zanim Sasza do niej trafiła, miała wizytę kuratorki domowej, która musiała ją sprawdzić.

– Tak poznałam Sylwię, z którą utrzymuję kontakt do dziś. Sylwia próbowała mnie zniechęcić do wzięcia Saszy, za co jestem jej dzisiaj bardzo wdzięczna, bo dzięki niej popełniłam mniej błędów. Musiała wiedzieć, że jestem pewna swojej decyzji i poradzę sobie z Saszą – tłumaczy Mira.

Jest Kasia, młoda, wysportowana nauczycielka wychowania fizycznego, właścicielka Gizma – krzyżówki labradora i malamuta. Wpadły na siebie w lesie raz i drugi, zagadały, wymieniły się telefonami. Dzisiaj na spacery chodzą wspólnie.

– Kiedyś, kiedy zrobiłam na spacerze 3 kilometry, byłam z siebie bardzo dumna, dzisiaj robimy 10 do 15 kilometrów. Kasia bardzo mnie wspierała, kiedy wzięłam Saszę. I ona i Gizmo wykazali anielską cierpliwość – opowiada.

Sasza była agresywna, zaczepiała Gizmo, szczekała, podgryzała. Szły spokojnie dalej. Zaprzyjaźniły się z Kaśką, poznały ze sobą swoje rodziny, spotykają się prywatnie, dwa razy spędziły ze sobą wakacje.

Jest Monika, drobniutka, szczuplutka pani pedagog, właścicielka labradorki Sali. Sali jest zupełnym przeciwieństwem jej psów: delikatna wrażliwa, nieśmiała, taka panienka z dobrego domu. Ona o swojej Ambie mówi: „dresiara, chuligan”, o Saszy: „słodka gapa”.

– Pierwsze spotkanie było dość traumatyczne, bo Sasza podbiegła do Sali i włożyła jej łeb do swojej paszczy. Monika bardzo mi zaimponowała, wykazała spokój, żadnej paniki – opowiada. Polubiły się, spotkają się prywatnie.

Kiedyś w lesie spotkała starą znajomą Małgosię, spacerowała ze swoim psem i dwiema innymi właścicielkami czworonogów. Zaprosili ją do grupy na Facebooku: „Spacery z psami. Legionowo i okolice”. Ludzie piszą: „Hej! Idę dzisiaj na spacer o 13.00. Ktoś chętny?”. Umawiają się i chodzą po lesie razem.

Psiarzy łączy jeszcze jedna rzecz – zdobywanie jedzenia dla swoich czworonogów, to dotyczy zwłaszcza tych, którzy stosują dietę BARF.

BARF jest skrótem angielskiego określenia bones and raw food (kości i surowe jedzenie) lub biologically appropriate raw food (biologicznie odpowiedni surowy pokarm). Dieta BARF została opracowana przez australijskiego lekarza weterynarii, dr. Iana Billinghursta, który uznał, że naturalna dieta, maksymalnie zbliżona do sposobu odżywiania dzikich przodków psów, jest zdrowsza niż karma komercyjna. Kiedy dawniej psy w jego posiadłości jadły upolowane króliki czy skrawki mięsa przeznaczonego dla ludzi, były znacznie zdrowsze, niż wtedy, kiedy były żywione komercyjnym pokarmem granulowanym. Dlatego postanowił zmienić ich sposób odżywiania, wprowadził surową jagnięcinę i kurczaka, a podstawę żywienia stanowiło mięso i kości.

Wielu właścicieli psów przeszło na dietę BARF.

– Ja także i bardzo szybko zauważyłam, że ludzie wymieniają się sprawdzonymi miejscami, w których można kupić surowe mięso. Dokonują także zakupów grupowo: wychodzi taniej i praktyczniej – tłumaczy Mira.

Ale umówmy się, psiarze są w ogóle świetnie zorganizowani w sieci. Wielu z nich prowadzi blogi, są fora dyskusyjne, na których można wymienić się doświadczeniami albo po prostu o coś zapytać. W razie potrzeby, jest gdzie szukać pomocy.

Około godz. 21.00 wychodzimy z Filą na ostatni spacer. Spotykamy się z Arisem. Aris to duży bigiel, znany w okolicy z tego, że zje z ziemi wszystko, co pachnie kiełbasą, nawet papier, folię – dosłownie wszystko. Jego właścicielkę, Marzenę, poznałam tak, jak wszystkich innych właścicieli psów – na spacerze. Aris na widok Fili kręci ogonem, a potem każde zajmuje się swoimi sprawami.

– Poznałam masę osób przez psa. Właściwie wszyscy się tu znamy – opowiada Marzena. – Tyle że ja jestem dość otwarta, kontaktowa, nie było to trudne. Ale mój mąż, zanim nie kupiliśmy Arisa, nie znał na osiedlu nikogo: całymi dniami był w pracy. Potem pojawił się Aris, z którym trzeba spacerować i tak mąż poznał naszych sąsiadów i właścicieli innych psów – opowiada Marzena.

Aris też ma swoich ulubionych kumpli i kumpelki, jak każdy pies. Bardzo lubił Tinę i Roxi (obie już nie żyją). Na spotkaniach z Ibi też merdał ogonkiem. Z Ciapkiem tak się zaprzyjaźnił, że kiedy szli na spacery razem i oddalili się od swoich panów, wracał na komendę: „Ciapek!”.

Na spacerze z Filą obwąchają wszystkie pobliskie zarośla, trochę się poprzekomarzają. A my gadamy: o pracy, dzieciach, które zdały maturę i zaraz potem o tym, jak im poszło podczas pierwszej sesji na studiach, o zwykłych sprawach, które codziennie zaprzątają nasze głowy. Rozmawiamy do czasu, kiedy nasze psy stają i wymownie na nas patrzą, albo każdy ciągnie w stronę swojego domu. Czas na sen

Newsweek, 8 maja 2005 roku

                                                     Duet śmierci w potrzasku 

Nigdy polski światek przestępczy nie znał takich, jak ci dwaj. Jeden towarzyski, przebiegły, bawidamek. Drugi bezlitosny, wyrachowany, psychopata. Mordercza saga dobiega końca.

Ryszard Bogucki wolałby, żeby nie łączyć jego osoby z Ryszardem Niemczykiem. Niemczyk też niechętnie przyznaje się do przyjaźni z Boguckim. A jeszcze niedawno tworzyli najkrwawszy duet zabójców w historii polskiej mafii. Młodzi, przystojni, pazerni na pieniądze. Jeden lekkoduch, drugi ostrożny i nieufny – doskonale się uzupełniali.

– Ale w tym duecie Bogucki wiódł prym – mówią policjanci z Centralnego Biura Śledczego, którzy „prowadzą” Niemczyka od ponad 10 lat. Prokuratura zarzuca mu 16 przestępstw, w tym udział w zabójstwie Andrzeja Kolikowskiego, ps. Pershing, kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, napad na konwój Prosper Banku. Rzeźnik- tak brzmi pseudonim Niemczyka, – jest też jednym z głównych podejrzewanych o udział w zabójstwie szefa policji, Marka Papały.

Wpadł w środę 27 kwietnia. Od pięciu lat, po brawurowej ucieczce z Zakładu Karnego w Wadowicach, ukrywał się na terenie Niemiec, Francji i Hiszpanii. Policjanci dopadli go o 4 nad ranem w mieszkaniu jego przyjaciółki w Moguncji. To, co wie, może być kluczem do rozwiązania najważniejszej sprawy prowadzonej przez polskie organa ścigania – zabójstwa Marka Papały. Ma zapewne informacje nie tylko o zleceniodawcach najgłośniejszej zbrodni III RP, ale o skorumpowanych politykach i urzędnikach państwowych. Jednak „Rzeźnik” milczy. Zawsze grał „charakternego chłopaka z miasta”, nie będzie paplał „psom”.

– Normalny człowiek kalkulowałby tak: jeśli pójdę na układ z prokuraturą, mogę dostać 25 lat, a nie dożywocie i pooddycham na starość wolnością. Ale Niemczyk to psychopata. Będzie sypać dopiero wtedy, kiedy zorientuje się, że ktoś go wystawił – mówią policjanci.

Tym kimś może być jego dawny przyjaciel i guru – Bogucki. Niemczyk był w niego wpatrzony jak w obraz: chciał tak samo błyszczeć w towarzystwie, mieć tę samą klasę. Naśladował jego sposób ubierania się, mówienia, bycia. Nigdy nie dorównał mistrzowi, a teraz przyjdzie mu z nim zagrać o wysoką stawkę: który z nich spędzi w kryminale całe życie.

Boguckiemu, który został zatrzymany cztery lata temu i odsiaduje 25 lat za sprzątnięcie „Pershinga”, przedstawiono już zarzuty w sprawie zabójstwa gen. Papały. Nie przyznaje się do winy. Jak się zachowa, kiedy stanie twarzą w twarz ze wspólnikiem? Ci dwaj, choć zupełnie różni, polubili się, uzupełniali, ale przede wszystkim byli sobie potrzebni.

Niemczyk urodził się w Janowicach pod Bielskiem. Jego ojciec prowadzi tam rzeźnię i nikt nie powie o starym Niemczyku złego słowa. – Surowy i wymagający, ale uczciwy. Chciał Ryśka wychowywać na człowieka, ale ten wolał inne życie – w głosie sąsiadki słychać współczucie. Za to o matce „Rzeźnika” ludzie wolą nie mówić. Rzuciła męża, wyprowadziła się do Bielska-Białej. Tam otworzyła agencję towarzyską, której właścicielem był de facto jej syn. Bo Ryszard za nic w świecie nie chciał zostać zwyczajnym rzeźnikiem.

– Od zawsze był taki… – szkolny kolega Niemczyka szuka słów – niekonwencjonalny. I charakteryzuje: kombinator, miglanc, robił wszystko, żeby nic nie robić, a żyć dostatnio.

Jedna z koleżanek, ekspedientka w sklepie, wspomina, że był dziwny. W Janowicach stały kamienne ławki, na których młodzi przesiadywali wieczorami. Pewnego dnia Niemczyk zdjął spodnie i stał tak kilkanaście minut, pokazując goły tyłek kierowcom. I jeśli o Niemczyku już w młodości można było powiedzieć, że nie wyrośnie z niego nic dobrego, to Ryszard Bogucki zapowiadał się nieźle. Z opowiadań wyłania się obraz chłopaka zakompleksionego, ale rozsądnego i ambitnego. Urodził się w Rybniku, tam skończył szkołę średnią i rzucił się w wir biznesu. Mówiono o nim: inteligentny, kulturalny, młody człowiek, któremu się udało. Udzielał wywiadów, uśmiechał się do telewizyjnych kamer, bywał w towarzystwie. Jego upadek zaczął się w 1992 r., kiedy niemiecka firma Auto-Becker przekazała jego firmie High Life 21 luksusowych aut, m.in. czarne ferrari testarossa. Posłużyły mu jako zabezpieczenie kredytów, których nie spłacił. Zatrzymany w 1993 r., został zwolniony za poręczeniem majątkowym i zaczął się ukrywać. Zgubiła go żądza władzy, pieniędzy i kobiet. Przestał być „biznesmenem”, brakowało mu pieniędzy, a był przyzwyczajony do wystawnego życia, więc poszedł w gangsterkę. W tym czasie Ryszard Niemczyk gospodarzył w agencji Sekret, a że była jedną z pierwszych na Podbeskidziu, odwiedzali ją miejscowi gangsterzy i biznesmeni podejrzanego autoramentu. Poznał znanego w Bielsku przedsiębiorcę, oskarżonego później o korumpowanie urzędników, porwania i rozboje. Został jego żołnierzem, imponowała mu nietykalność szefa, bo nikt wtedy nie potrafił udowodnić „biznesmenowi” winy.

– Kiedy go pierwszy raz zatrzymałem, był młodym cwaniaczkiem, typowym złodziejaszkiem. Siedział naprzeciwko i z pogardą wydymał wargi, bo z takim „psem” jak ja nie będzie gadał – opowiada jeden z policjantów. Inny dodaje, że Niemczyk już wtedy miał twarz pokerzysty i przeszywające spojrzenie. Nie mówił wiele, ale też niewiele miał do powiedzenia.

 – Gejzerem intelektu nie był – charakteryzują policjanci.

Ale mecenat biznes-gangstera robił swoje: niepozorny złodziej samochodów rósł w siłę. W 1993 r. trafił do więzienia za kradzieże i rozboje, a kiedy z niego wychodził, był już wyedukowanym przestępcą psychopatą.Ulubionym zajęciem „Rzeźnika” w kryminale było „dokarmianie” gołębi. Sypał im chleb na parapet, potem łapał, wydłubywał oczy i puszczał: obserwował, jak oślepione radzą sobie w locie. Na wolności też mordował zwierzęta: kiedy prowadził samochód, potrafił skręcić na chodnik albo przeciwny pas ruchu po to, by rozjechać psa lub kota. Z satysfakcją patrzył na bryzgającą krew. W ZK w Wadowicach Niemczyk poznał Adama Korczaka, ps. Dziadek, z którym wszedł w układ: „Dziadek”, stary kryminalista, opiekował się młodym bandytą, ten oddawał mu część zawartości paczek od rodziny. Znajomość przetrwała na wolności. Niemczyk wyszedł i otoczył się swoimi ludźmi, choć wciąż korzystał z protekcji „biznesmena”. Zapewne z jego polecenia spotkał się z Nikodemem Skotarczakiem, ps. Nikoś, a przy okazji z Boguckim. Ten uciekał przed wymiarem sprawiedliwości, pracował dla „Nikosia” i żył pełnią życia. Poszukiwany listem gończym mieszkał w luksusowych hotelach, chadzał na sushi do znanej warszawskiej restauracji, jeździł na zawody zapaśnicze. Rzutki, inteligentny i obyty, bardzo imponował Niemczykowi.

– Był cwany i błyskotliwy, przy tym lekkoduch i szpaner – mówią policjanci. Niemczyk to jego przeciwieństwo: nieobyty, skryty i nieufny. Bogucki błyszczał w towarzystwie, a on potrafił siedzieć cały wieczór w kącie i nie odezwać się słowem. Ale ślepo naśladował kolegę. Jak tamten zaczął kupować ubrania tylko u Armaniego, a kiedyś po prostu ukradł mu pozostawioną po sylwestrowej imprezie kurtkę.

Chciał, by ludzie uważali go za kogoś równie ważnego jak Bogucki. Pewnego dnia zaprosił znajomych do drogiej restauracji. Po kolacji, podczas której nie brakowało wystawnych dań i dobrych trunków, podszedł do stolika kelner i powiedział: „Pan Ryszard u nas nie płaci”. Goście nie mieli pojęcia, że „pan Ryszard” przed kolacją zapłacił za zamówione menu z nawiązką.

Po co inteligentnemu Boguckiemu był potrzebny ten mułowaty, wpatrzony w niego Niemczyk?

– Mógł na niego liczyć w każdej sytuacji – oceniają policjanci.

Bo Bogucki miał charyzmę i cechy przywódcze, a Niemczyk podejmował się każdej roboty i nigdy nie pękał. W kwietniu 1999 r. jego ludzie uprowadzili właściciela atrakcyjnej działki, chcąc zmusić go do „sprzedania” gruntu. Ofierze udało się uciec, lecz Niemczyk zaprzysiągł porwanemu zemstę. Ostrzelał jego dom, mężczyzna cudem przeżył. W sierpniu tego samego roku porwał znanego kierowcę rajdowego i torturami zmusił go do zapłacenia okupu. W listopadzie napadł na konwój z pieniędzmi Prosper Banku i zrabował 600 tys. złotych.

– Tu widać ostrożność i pazerność Niemczyka. W napadzie pomagał mu „Dziadek”, który żalił się później, że Niemczyk rzucił mu za robotę ochłapy, marne 3 tys. zł – opowiada jeden z oficerów CBŚ.

Niemczyk bał się, że rozrzutność kolegów może przyciągnąć „psy”. On pieniądze inwestował, tzn. prał dzięki pomocy zaprzyjaźnionych biznesmenów. Pieniądze są jego wielką namiętnością. Stronił od alkoholu, bo „przeszkadza w pracy”. W przeciwieństwie do Boguckiego, który zawsze otaczał się pięknymi kobietami, wybierał te niepozorne. Takie, którymi nie musiał się przejmować. Liczyła się bandycka kariera. A po napadzie na konwój Prosper Banku stał się kimś w przestępczym świecie i razem z Boguckim został wynajęty do zabicia „Pershinga”. Zlecenie dał jeden z przywódców „Pruszkowa”, Mirosław Danielak, ps. Malizna. Dopadli Kolikowskiego w Zakopanem. Strzelał Bogucki, Niemczyk oddał serię w powietrze, by odstraszyć ewentualnych gapiów. W samochodzie była jeszcze jedna osoba – „Dziadek”, dziś świadek koronny.

– Bogucki dla kasy i władzy zrobiłby wszystko – mówią śledczy. Planował z Niemczykiem zabójstwa kolejnych mafiosów. Bogucki chciał zostać numerem jeden gangsterskiego świata. Ale zabijając „Pershinga”, ściągnęli na siebie policjantów. Bogucki ścigany trzema listami gończymi uciekł do Meksyku. Niemczyk 16 stycznia 2000 r. został zatrzymany w Bielsku-Białej.Trafił do ZK w Wadowicach. Jesienią 2000 r. podczas spaceru „Rzeźnik” uciekł. Jedna z hipotez mówi, że pomogli mu gangsterzy z Podbeskidzia, inna, że ucieczkę zorganizował sam Bogucki. Ale na żadną z tez nie ma dowodów.

Polski wymiar sprawiedliwości zwrócił się do Niemców z wnioskiem o ekstradycję Niemczyka. Kiedy przywiozą go do kraju, jedną z pierwszych czynności procesowych będzie skonfrontowanie go z Ryszardem Boguckim. Czy padną sobie w ramiona?

Newsweek, 25 kwietnia 2007 roku

                              Najdroższe twarze Polski

 Za udział w pokazie mody biorą około 10 tysięcy euro. Na zdjęcia latają prywatnymi Jetami. Mieszkają w luksusowych apartamentowcach na Manhattanie. Tuż obok najlepszych projektantów mody i holywoodzkich gwiazd. Wciąż w blasku fleszy i telewizyjnych kamer.

– Dwa tygodnie temu, na bankiet z okazji nowej reklamy Chanel nr. 5 osobiście zaprosiła mnie Nicole Kidman – mówi Ania Jagodzińska, obok Anji Rubik, nasza najlepsza topmodelka.

I choć obie za granicą święcą triumfy, w Polsce mało kto wie, że ich twarze warte są miliony.

Po warszawskim pokazie mody Lexus Fashion Night w czerwcu tego roku polska prasa pisała o sławnych modelkach Lizz Jagger i Alek Wek, które uświetniły go swoją obecnością. Tymczasem, amerykańskie media swoje relacje z pokazu zaczynały od Ani Jagodzińskiej i Anji Rubik.

Obie to klasyczne piękności: blondynki o porcelanowej cerze z wielkimi, migdałowymi oczami i małym nosem. Są w pierwszej setce top modelek na świecie. Biją się o nie najwięksi projektanci i luksusowe magazyny mody. Dziś bez nich nie odbędzie się pokaz Donny Karan, Marka Jacobs’a, czy Dolce and Gabbana. Mediolan, Paryż, Tokio, Nowy Jork – każdego dnia pracują w innym mieście Na salony mody, luksusu, bogactwa i piękna weszliśmy niepostrzeżenie. Ale zdobyty przyczółek szybko powiększamy. Na liście stu najlepszych modelek świata figuruje w tej chwili pięć polskich nazwisk. A liczących się piękności nad Wisłą jest już ponad 500. Kilkanaście tysięcy dziewczyn zarabia modellingiem dorywczo i marzy, by w przyszłości kołyszącym krokiem przemierzać wybiegi stolic mody.

Po szczeblach kariery w wielkim świecie mody zaczęli wspinać się też nasi wizażyści, makijażyści, fotograficy. Patrycja Korzeniak, makijażystka z Nowy Jorku, przygotowuje top-modelki do sesji zdjęciowych. W Paryżu triumfy święci Beata Dargent-Jarzębska, była modelka, dzisiaj po drugiej stronie obiektywu.

Słowianki z Europy Wschodniej, a więc i Polki, są dziś najbardziej poszukiwanym „towarem”. Rynek mody w Polsce rozrasta się: mnożą się konkursy piękności, działają setki agencji modelek. Te najlepsze, jak D’VISION czy New Age Models współpracują z renomowanymi, światowymi firmami i zachodnimi „skautami” czyli ludźmi, którzy zawodowo zajmują się wyszukiwaniem nowych twarzy.

– Ten biznes przypomina rozpędzony pociąg – mówi Maciej Lisowski, 30-letni prawnik po UJ i właściciel warszawskiej agencji New Age Models. Jego firma należy do 10 największych w kraju, współpracuje ze znanymi „stajniami” modelek na całym świecie.

Lisowski sam kiedyś chodził po wybiegach, wiedział więc dobrze, że branża modelingu oznacza duże pieniądze. Pod warunkiem, że się wie, jak funkcjonuje ten biznes i ma się dużo szczęścia. Parę dziewczyn, które Lisowski wziął pod swoją opiekę – jak Anna Jagodzińska, Natalia Halicka, Anna Szarek – „wyrosło” na gwiazdy. To zrobiło markę jego agencji.

W jasnym biurze na Saskiej Kępie nieustannie dzwonią telefony. Maciej i jego trzy pracownice: Bożena Puślecka (była mistrzyni tańca towarzyskiego), Emilka Chmielewska-Przystupa (była sekretarka) i Łucja Strachota (była i obecna księgowa) wciąż rozmawiają przez komórki. Każdy ma swoją działkę: Maciej zajmuje się kontraktami zagranicznymi, Bożena obsługuje polski rynek, a Emilka – jak sama mówi – spełnia życzenia modelek: pociesza, gdy boli je brzuch, radzi jak wywabić plamę z satynowej torebki albo z internetową mapą przed oczami tłumaczy przez telefon dziewczynie w Tokio, jak dojechać do kontrahenta.

Na pulpicie komputera wyświetla się tabela z nazwiskami 25 dziewczyn, które ma w swojej agencji. To „rozkład jazdy” agencji – szczegółowe plany zagospodarowania dni modelek.  Jeśli jej nazwisko podświetlone jest na czerwono – dziewczyna pracuje w Polsce, żółto – biega na castingi, fioletowo – kontrakt zagraniczny, zielono – propozycje kontraktu. Rzadko która kratka jest czarno-biała – to oznacza, że dziewczyna jest wolna.

– Co z tą wizą dla Sylwii? – krzyczy Lisowski do pracownicy, zasłaniając ręką słuchawkę. I wysyła e-mail do USA, by zapytać jak mija dzień Ani Jagodzińskiej, jego najcenniejszej „zdobyczy”.

Lisowski, wysoki, szczupły blondyn, ubrany zgodnie z najnowszymi trendami w „obcisłe brązy”, na rozkręcenie interesu pożyczył półtora roku temu pieniądze od rodziców i już zdążył je oddać. Agencja (tak jak wszystkie) bierze 20 procent prowizji od modelki i 20 procent od klienta, który ją wynajmuje. Wystarczy się przyjrzeć honorariom najlepszych topmodelek, by uświadomić sobie, jaka to kasa: gwiazdy biorą po 15 tys. euro za dzień pracy w kampanii reklamowej, od 8,5 tys. do 22 tys. euro za udział w pokazie. Lukratywne zlecenia komercyjne np. pozowanie jednej dziewczyny do katalogu mody to 40 – 90 tys. euro. A kampanię reklamową nowych perfum jedna z polskich top-modelek dostała 550 tys. euro.

Większość modelek rekrutowanych przez agencję jest wypatrzona na konkursach piękności, ale zdarza się, że piękności przychodzą do agencji same lub zostają „wyłowione” z tłumu przez pracowników firmy. Zachodnie agencje mają ludzi trudniących się wyszukiwaniem nowych twarzy, tzw. skautów. To ponoć ich zasługą jest kariera Claudii Schiffer (została zauważona w dyskotece) czy Natailii Vodianovej (skaut zachwycił się jej urodą, gdy sprzedawała na targu pietruszkę). W podobny sposób do modelingu weszła przed trzema laty Sylwia Sucharska (wyraziste, trochę „agresywne” rysy): szefowa D’VISION, Lucyna Szymańska wypatrzyła ją z okna samochodu, gdy 15-letnia wówczas dziewczyna spacerowała z psem. Dziś jest „twarzą” polskiej firmy odzieżowej „Caterina”, chodzi na pokazach polskich projektanów mody i pozuje do zdjęć w Polsce, Grecji, Hiszpanii.

Szymańska tłumaczy, że pierwszy kontakt, wrażenie są decydujące: ocenia się nie tylko urodę czy figurę dziewczyny, ale także sposób jej poruszania się, noszenia głowy. To wszystko składa się na owe „coś”, co przykuwa uwagę.

Dziś w cenie są „porcelanowe lalki”, takie jak Anja Rubik czy Jagodzińska: duże oczy, duże usta, malutki nosek. Czas dziwadeł, twarzy z defektami (odstające uszy, małe oczy, duży nos) zwanych „ugly models”, czyli po prostu brzydul, minął bezpowrotnie. Chociaż tak naprawdę nie wiadomo, bo w modzie wszystko wraca.

W modelingu nie liczy się już tylko ładna buzia i zgrabna pupa, równie ważna jest osobowość. Głuptasy odpadają w przedbiegach. A z nimi mity o dziewczynach z biednych rodzin – kopciuszkach windujących się na salony. Wzrosły standardy. Dziś wygrywają  grzeczne uczennice z dobrych domów, znają języki, są obyte, a nawet nieźle sytuowane. Rodzice Anji Rubik to lekarze weterynarii, ona sama dzieciństwo spędziła w Grecji, Kanadzie i Polsce. Potem w Paryżu ukończyła prestiżowe liceum brytyjskie. Mówi biegle po francusku i angielsku. Edukacji Ani Jagodzińskiej pilnowała mama, dyrektor liceum ogólnokształcącego w Sierpcu.

Obie, i Jagodzińska i Rubik, do modelingu trafiły z konkursów piękności organizowanych przez młodzieżowe i kobiecie gazety. Anja Rubik od dzieciństwa marzyła, żeby chodzić po wybiegach. Przebierała się w ubrania mamy, wkładała jej biżuterię i razem z koleżankami robiła małe pokazy mody.

– Rozum mi podpowiadał, że powinnam wybrać jakiś pewny zawód, myślałam, jak rodzice o weterynarii. Ale serce było w świecie mody – uśmiecha się. Mówi, że chyba każdy człowiek nosi w sobie takie niespełnione marzenia. Ale niewielu osobom nie starcza odwagi, żeby „za nimi pójść”

To mama wysłała jej zdjęcie na konkurs „Dziewczyna Urody”.

Jak wszystkim nowicjuszkom, zrobiono im w agencji pierwsze fotografie. Polaroidem, bez makijażu. Takie zdjęcie wszystko wychwyci: źle rozstawione oczy, zbyt wąskie usta, albo za szeroki nos. Jeśli dziewczyna przejdzie pomyślnie testy zdjęciowe i osobowościowie, robi się jej kilka sesji, zaczyna umawiać z fotografami. Wreszcie do roboty bierze się „booker”, który ma nową twarzą zainteresować klientów – magazyny mody, agencje reklamowe, firmy.

 – Wysyłamy im książkę takiej dziewczyny – tłumaczy Marcin Gajewski z D’VISION. „Książka” to najlepsze fotosy modelki. Im więcej pracuje, im bardziej jest rozpoznawana, tym książka bardziej wartościowa: bo do zdjęć dochodzą okładki największych magazynów mody i reklamy, w których brała udział.

Zdaniem Anji Rubik, to właśnie fotografowie, oprócz projektantów i stylistów, decydują o tym, która z nich jest na topie. Ona spodobała się Inez van Lamsweerde i Vinoodhowi Matadin, parze artystów fotografików wystawiających swe prace w galeriach na całym świecie. – Akurat byłam w Paryżu, kiedy zadzwonili z agencji w Nowym Jorku i powiedzieli, że Inez i Vinoodh robią kampanię Cloe. Szukają nowych twarzy – opowiada. Szczęśliwy zbieg okoliczności i wielka szansa: gdyby zjawiła się w Paryżu dzień później, już by jej nie dostała. Casting trwał ledwie kilka godzin, spodobała się. To był moment zwrotny w jej karierze.

– Bo oprócz urody i osobowości w tej branży potrzebne jest mnóstwo szczęścia – mówi polska top-modelka.

Zdjęcie zrobione modelce przez fotografa z nazwiskiem nobilituje równie mocno jak okładka w amerykańskim Vogue. Dlatego dziewczyny mając do wyboru kontrakt za niewielkie pieniądze, ale fotografowany przez sławę i bardziej lukratywny z „anonimem” wybiorą ten pierwszy. – Bo to się z czasem po prostu bardziej opłaca – mówi Lisowski.

Dobry fotograf wydobędzie z dziewczyny to, co ma najciekawsze. – A jeśli modelka mu się spodoba, zrobi wszystko, aby ją wypromować – dodaje Piotr Redliński, młody fotograf z Nowego Jorku, który także przebija się w branży mody. Za zdjęcia w kampanii reklamowej z udziałem modelek dobry fotograf na zachodzie może zarobić każdego dnia 17 tys. euro. W tym zawodzie dominują mężczyźni, ale zdarza się, że i kobiety robią karierę. Beata Dargent-Jarzębska jest znaną fotografką mody w Paryżu. Robi sesje dla luksusowych magazynów, pracuje dla największych agencji. Za sesje zdjęciowe bierze nie mniej niż 3 tys. złotych, za dwadzieścia stron katalogu mody od 6 tys. złotych w górę.

– Na brak zleceń nie narzekam – śmieje się. Sama chodziła przez dwa lata jako modelka, ma więc mnóstwo cierpliwości do dziewczyn zaczynających karierę. Pomaga im, jak może: uczy jak zachowywać się przed obiektywem, co eksponować, jak układać ręce. – Tylko jednego nauczyć się nie da – spojrzenia – mówi. W nim kryje się prawdziwa tajemnica.

Tłumaczy: Natalia Halicka nie jest ekspresyjna, ale ma w spojrzeniu niezwykłą grację, naturalny wdzięk. Anna Jagodzińska wdzięczy się do obiektywu, jakby stała przed lusterkiem. Kaja z Model Plus ma spojrzenie jak z obrazów Michała Anioła.

– Ale niektóre, przepiękne i bardzo zgrabne dziewczyny nie mają szans. Mają oczy martwych ryb – mówi.

Fotografowie to elita wśród osób zarabiających w świecie mody. Honoraria najlepszych wynoszą tyle samo lub nawet więcej, niż fotografowanych przez nich modelek. W Polsce najlepsi fotografowie biorą od 7 do 10 tys. zł. za sesję modową albo materiał „homme store”.

Niżej w hierarchii – prestiżowej i finansowej – plasują się makijażyści i fryzjerzy. Jest ich coraz więcej, więc i konkurencja duża.

– Ale też są coraz lepiej przygotowani. Wiele podróżują po świecie, nabierają doświadczeń i są na wysokim, europejskim poziomie – mówi Tomasz Kocewiak. On właściwie nie wypuszcza z rąk pędzla, szminki i pudru przez siedem dni w tygodniu. Pracuje z najlepszymi polskimi modelkami, robi sesje do kobiecych magazynów, do kampanii reklamowych, bywa na pokazach w światowych centrach mody. O swoich dochodach i kontrakcie z firmą Lancome, nie chce rozmawiać, ale makijażysta średnio za dzień pracy przy sesji dla dobrego magazynu mody bierze około 500 zł., praca przy reklamie, to 1200 do 1800 zł. dziennie.

Rafał Żurek, fryzjer, który czesze modelki od dziesięciu lat mówi, że boom w interesie przyszedł, kiedy na polskim rynku pojawiły się zachodnie wydawnictwa, a wraz z nimi przypłynęły pieniądze na profesjonalne sesje zdjęciowe Za dzień pracy dla magazynu mody dostaje średnio (podobnie, jak dobry makijażysta) 500 zł., po odliczeniu podatku i prowizji dla agencji zostaje około 350. Za pracę przy pokazie znanej polskiej projektantki dostali do spółki z kolegą 3 tys. zł.

Na Zachodzie stawki są większe. Patrycja Korzeniak, makijażystka z Nowego Jorku, która pracuje dla magazynów mody i przy sesjach do katalogów, nie ma wątpliwości, że właśnie New York dyktuje nowe trendy. Tu mieszka najwięcej projektantów mody, odbywa się najwięcej pokazów, działa najwięcej firm produkujących ekskluzywną odzież. – Każdy chciałby tu zrobić karierę – mówi makijażystka.

Żeby zdobyć sławę i zarobić, naprawdę wielkie pieniądze nasze agencje zabiegają o kontrakty dla swoich gwiazd z siecią zaprzyjaźnionych agencji np. NEXT, Ellite Model, Ford. Tak do Nowego Jorku trafiła 17-letnia Natalia Halicka: po trzech tygodniach pracy dla New Age Models jej zdjęcie trafiło za Ocean i spodobało się amerykańskiemu bookerowi.

Zachwyciła wszystkich: została twarzą Jill Stuart, zrobiła dwie okładkowe sesje w Vouge’u włoskim i australijskim. No i otrzymała honorarium. Mniej więcej tyle, ile jej mama – dyrektorka szkoły – zarabia przez cały rok. Rodzice natychmiast zainwestowali pieniądze córki – kupili jej mieszkanie.

Natalia pracuje całymi dniami. – 5 rano pobudka, jeśli mam sesję poza miastem jeśli tylko castingi to ok 7.30. O 9 muszę być w agencji, gdzie dostaję mój plan dnia, mapę i ruszam na spotkania. Może ich być tylko pięć, ale zdarzyło się też trzynaście w ciągu jednego dnia – to jest naprawdę wyczerpujące – opowiada.Nie ma czasu na lunch, zazwyczaj w biegu pochłania jakiś owoc, snikersa lub pączka. I tak cały dzień. Do domu wracam po 22. W ciągu trzech miesięcy miałam tylko dwa dni wolne, pracuję nawet w niedziele

Cały czas w biegu, w stresie. Natalia mówi, że w Nowym Jorku jest bardzo dużo pięknych dziewczyn, ale łatwo rozpoznać wśród nich modelkę.

– Jeśli zobaczysz w windzie dziewczynę zmieniającą trampki na szpilki, to ona. I zupełnie nie przejmuje się tym, że obserwuje ją tłum zdumionych menadżerów w garniturach – śmieje się Natalia. Gdyby cały dzień, podczas kilkunastu czasem spotkań, biegała na wysokich obcasach zapłaciłaby za to co najmniej obrzękiem stóp. No a nikt nie zatrudni modelki, której paski od butów wpijają się w kostki, a nogi są opuchnięte i zmęczone.

Natalia walczy, wspina się na szczyt, gdzie już są Anie Rubik i Jagodzińska. Ale, jak one wszystkie zdaje sobie sprawę, że jej kariera może skończyć się tak błyskawicznie, jak rozpoczęła.

– Jesteś gwiazdą, a w następnym sezonie już przestajesz się liczyć – potwierdza Anja Rubik. Konkurencja jest olbrzymia, a ten biznes kocha zmiany, projektanci domagają się wciąż nowych, świeżych twarzy.

Na pokazy mody nawet znanych kreatorów angażuje się góra dziesięć topmodelek, których nazwiska spektakl uatrakcyjnią. Resztę dziewcząt bierze się z castingów. Makijażysta Tomasz Kocewiak opowiada, że był świadkiem, jak dziewczyny pobiły się przed wejściem, bo każda chciała być pierwsza. Wszystkie są piękne, wszystkie mają szansę.

Czasy Lindy Evangelisty, Claudii Schiffer, czy Noami Campbell, które królowały na wybiegach całymi latami, już minęły. Dzisiaj kariera modelki trwa krótko. Najważniejsze więc, by dobrze zabezpieczyć się na przyszłość.

21-letnia Kamila Szczawińska jeszcze trzy lata temu była na ustach wszystkich sław branży mody. Robiła kampanie reklamowe dla Ralpha Laurena, Roberto Cavalli, Svarovskiego, Loreala. Chodziła w dziesiątkach pokazów, jej twarz widniała na niezliczonych bilboardach ulicach całego świata. – Jamajka, Meksyk, Szanghaj, łatwiej by mi było wymienić miejsca, w których nie byłam – śmieje się.

Po roku pracy postawiła 250-metrowy dom, zbudowała stajnię, kupiła cztery konie i zatrudniła pracownika, który wszystkiego pilnuje.

I ostatnio coraz częściej można ją zastać w tym domu na wsi Jaracz. Twierdzi, że postanowiła poświęcić się rodzinie i nie chce rozstawać się ze swoim chłopakiem. Choć wciąż zaliczana jest do siódemki najlepszych polskich topmodelek w branży mówi się, że powoli się „kończy”.

– Chciałabym jak najdłużej zarabiać jako modelka – przyznaje szczerze Kamila. – Ale  też chę urodzić dziecko, studiować architekturę krajobrazu, robić tysiące rzeczy na które gwiazda wybiegu nie ma po prostu czasu. I wie, że miejsce po niej ani przez pięć sekund nie będzie puste.

Współpraca: Katarzyna Bonda

Polska The Times, 27 lutego 2009 roku

                                              Dwa życia po zbrodniach

Dwie kobiety, dwa najgłośniejsze zabójstwa ostatnich lat. Danuta Olewnik-Cieplińska, siostra zamordowanego Krzysztofa. I Małgorzata Papała, żona generała Marka Papały. Pierwsza stała się osobą publiczną. Głośno domaga się sprawiedliwości. Druga milczy i usuwa się w cień. Obie chcą tylko poznać prawdę o zbrodni.

Nawet fizycznie są zupełnie różne. Danuta Olewnik-Cieplińska długie, czarne włosy wiąże w kucyk. Jest szczuplutka, prawie eteryczna, z wielkim oczami, które przyciągają uwagę, bo widać w nich wszystkie emocje: wściekłość, żal i determinację. Małgorzata Papała ma króciutką fryzurę i okulary. Mówi spokojnie, ważąc słowa. Nie pozwala sobie, jak Danuta, na łzy przed kamerą. Danuta Olewnik-Cieplińska bez reszty poświeciła się wyjaśnieniu sprawy zabójstwa swojego brata Krzysztofa. Nagłośniła sprawę w mediach, zaalarmowała polityków, oskarżyła publicznie policjantów i prokuratorów o opieszałość i niekompetencję. Kilka tygodni temu przekonała ministra Andrzeja Czumę, by powołał komisję śledczą, która wyjaśni, kto wydał zlecenie zabicia Krzysztofa i kto torpedował śledztwo w tej sprawie.

Komisja właśnie rozpoczęła pracę, a media okrzyknęły Danutę liderem ruchu obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec mafii i rzecznikiem wszystkich bezsilnych wobec państwa. Otwarta i bezpośrednia, zawsze chętnie odpowiadająca na pytania dziennikarzy Danuta stała się ich ulubienicą i gwiazdą. Jest do dyspozycji niemal 24 godziny na dobę. Wypowiada się już nie tylko w sprawie śledztwa, ale na każdy temat. Recenzuje kandydatów na ministrów, ocenia pracę rządu. Niektórzy mają jej za złe, że się „lansuje”, robi karierę na nieszczęściu.

Małgorzata Papała zaszyła się w domu. W ciągu ostatnich 11 lat udzieliła zaledwie kilku wywiadów. Od wielkiego dzwonu: gdy pojawiały się nowe tropy w sprawie zabójstwa jej męża i wtedy, gdy ukazała się książka Sylwestra Latkowskiego szkalująca, jej zdaniem, dobre imię Marka Papały.

– Mama nie będzie rozmawiać – stwierdziła kategorycznie Natalia, córka Małgorzaty, nieformalny rzecznik rodziny Papałów, kiedy zadzwoniłam z prośbą o spotkanie.

Cios w serce

Dzień 27 października 2001 roku był słoneczny. Danuta Olewnik-Cieplińska jechała samochodem z Płocka do Drobina, kiedy zadzwonił telefon. To była siostra Anna. Zdenerwowana mówiła, że Krzysztof zniknął. Danuta pomyślała wtedy, że brat zabalował albo ma jakieś ważne spotkanie i wyłączył telefon. Potem nadeszły długie dni, kiedy nadzieja mieszała się ze zwątpieniem, a chęć walki konkurowała z poczuciem bezradności. Minęło długich pięć lat, nim dowiedziała się, że Krzysztof nie żyje. Że zamordowano go dwa lata po porwaniu. Kiedy mecenas rodziny Bogdan Borkowski i olsztyński prokurator Piotr Jasiński przyjechali do domu rodziców, żeby im to powiedzieć, zemdlała. A potem coś w niej pękło. Żal mieszał się z wściekłością. Mieli 24 miesiące, żeby go uratować. Oni: policja, prokuratorzy, politycy.
Małgorzata Papała znalazła ciało swojego męża na parkingu przed blokiem. Próbowała go reanimować. Krzyczała, więc zbiegli się sąsiedzi, ktoś zadzwonił po policję i pogotowie.

„Do samochodu, gdzie trwały oględziny, bez przerwy zbliżali się jacyś politycy, wysocy rangą policjanci, fotografowie, dziennikarze. Tłum ludzi. Byłam w szoku. Krzyczałam, aby policja zrobiła z tym porządek. Dopiero wtedy rozciągnęli taśmę. Miałam wrażenie, że nie ma nikogo, kto by chciał wziąć odpowiedzialność za śledztwo i kierować oględzinami. Zostawiano mnie samą. Mało tego, musiałam wysłuchiwać pierwszych spekulacji na temat śmierci męża, od razu, tej nocy, przed blokiem” – opowiadała w wywiadzie udzielonym w czerwcu 2005 roku Pawłowi Biedziakowi dla branżowej gazety „Policja 997”. W nocy z 25 na 26 czerwca 1998 roku siedziały w ich mieszkaniu przy ul. Rzymowskiego na warszawskim Mokotowie trzy kobiety: ona, teściowa i 15-letnia wówczas córka Natalia. Wtedy zrozumiała, że zostały same. „Następny dzień był pełen bólu, przejmującej mnie do dzisiaj bezradności i osamotnienia. Nadeszło załamanie”.

Danuta Olewnik, kiedy mecenas i prokurator wychodzili z domu rodziców, zacisnęła pięści. „Nie daruję. Mój brat mógł żyć” – dudniło jej w głowie.

Ambitna dziewczyna

Zawsze taka była: waleczna, pracowita. Skończyła podstawówkę w Drobinie, potem elitarną i modną w Płocku Małachowiankę (LO im. Marszałka Stanisława Małachowskiego). Była gospodarzem klasy: pilna, wzorowa uczennica. Pierwsza rwała się do pomocy, kiedy ktoś nie dawał rady z nauką albo miał kłopoty. Nie zadzierała nosa i nie obnosiła się z pieniędzmi, choć jej ojciec Włodzimierz Olewnik był jednym z najbogatszych ludzi w okolicy. Po szkole w Płocku wyjechała na rok do Anglii studiować zarządzanie i uczyć się języka. Z młodszym o dwa lata Krzysztofem byli związani w szczególny sposób. Zawsze razem, jak papużki nierozłączki.

– Byli ze sobą bardzo blisko – przyznaje Tomasz Omen, policjant, który pomagał rodzinie w poszukiwaniach Krzysztofa. Nie mieli przed sobą tajemnic. Rozmawiali o wszystkim. Kiedy jedno musiało wyjechać na dłużej, dzwonili do siebie codziennie albo spotykali gdzieś w połowie drogi.

– Olewnikowie zawsze trzymali się razem – mówi znajomy rodziny. – Jeden wskoczyłby za drugim w ogień. Wszystkie święta spędzali wspólnie, dzieci z rodzicami, spotykali się na niedzielnych obiadach.

 Danuta Olewnik wzrusza ramionami. Nie lubi patosu.

 – Byliśmy, jesteśmy – poprawia się szybko – normalną rodziną. Patrzyłam na swoją babcię, rodziców i myślę tak jak oni. Że jeśli rodzi się dziecko to po to, żeby się nim zajmować i je wychowywać. A jeśli wychodzi się za mąż, to dlatego, żeby stworzyć z tą drugą osobą prawdziwy dom.

Małgorzata Papała nie opowiada dziennikarzom o swoim dzieciństwie, rodzinie i mężu. Żadnych zwierzeń.

– Urodziła się na Podkarpaciu, wychowała w małej miejscowości, sąsiadującej z tą, w której urodził się Marek. Poznali się bodajże w ogólniaku. Tak, to była szkolna miłość – opowiada anonimowo znajomy rodziny Papałów.

Bo tak jak o Danucie ludzie nie boją się mówić, tak o Małgorzacie rozmawiają niechętnie. A jeśli już, to zastrzegają sobie anonimowość. Tłumaczą, że nie chcą kłopotów.
Kiedy Marek Papała pojechał do szkoły w Szczytnie, ściągnął tam Małgorzatę, a potem razem wyjechali do Warszawy.

Żona męża

O Małgorzacie mówią: żyła życiem męża. I jeszcze: Marek był dla niej wszystkim.

– Kiedy podczas śledztwa wyszło na jaw, że Marek miał romans, przeżyła to bardzo. Bo przecież poświęciła się rodzinie bez reszty. On robił karierę, a ona prowadziła dom i zajmowała się córką. Wszystko podporządkowane było sprawom Marka. Gosia żyła w jego cieniu – opowiada znajomy rodziny. Inny złośliwie dodaje, że największą karierą Małgorzaty był ślub z Markiem Papałą.

 – Z prowincjonalnej dziewczyny została żoną komendanta głównego, na taki awans społeczny nie mogła liczyć żadna z jej szkolnych koleżanek – mówi nasz rozmówca.

 Cicha, spokojna, zrównoważona, była tłem dla męża. Kiedy przychodzili znajomi generała, podawała kawę i ciasto. Nigdy nie wtrącała się do rozmowy. Zawsze krok za Markiem.

Danuta – krok przed wszystkimi. Po powrocie ze studiów otworzyła w Płocku szkołę językową. Niezależna, wykształcona, bezkompromisowa. Bizneswoman. Kiedy zadzwonili porywacze, to ona wzięła na siebie cały ciężar walki o brata.

– Dzisiaj nie wiem, skąd miałam na to siły – opowiada.

W piątym miesiącu ciąży pojechała zawieźć porywaczom okup, 300 tys. euro. I potem, też sama, jeździła po nocach na cmentarz, gdzie bandyci zostawili listy od Krzysztofa. Wymusiła na nich telefoniczną rozmowę z bratem. Odwlekała ślub kościelny, bo to Krzysztof miał być na nim drużbą. Odwiedzała jasnowidzów, nachodziła w gabinetach prokuratorów i polityków.

 – Omal nie padła na kolana przed Ryszardem Kaliszem, żeby wybłagać pomoc. Taka właśnie jest: spontaniczna i bezkompromisowa – opowiada Tomasz Omen. Janusz Kaczmarek, prokurator krajowy w latach 2005-2007, mówi, że nigdy nie widział tak zdeterminowanej osoby.

– Opowiadała mi historię Krzysztofa ze szczegółami i płakała, ale to były łzy bezsilności – opowiada. – Autentyczna, do bólu szczera – charakteryzuje Danutę Olewnik.

Wiele miesięcy później, kiedy to on miał kłopoty, zadzwoniła i przekazała wyrazy wsparcia.

– Nie zamknęła się w skorupie swojego nieszczęścia – mówi z podziwem Kaczmarek.

Małgorzata Papała nie dzwoniła do dziennikarzy z prośbą o pomoc. Nie wypadało żonie generała? Bała się nacisków? Publicznego grzebania w życiu jej rodziny? Walczyła po swojemu. Pawłowi Biedziakowi powiedziała: „Jestem wściekła. Śledztwo się ślimaczy. Apeluję do wszystkich świętych w tym kraju. Chodzę, pukam, rozmawiam, piszę listy. Przyjmują mnie i widzę, jak patrzą na zegarek. Ale pojawiają się powoli dobre informacje w śledztwie. Z czasem nawiązuje się nić porozumienia między mną a zespołem prokuratorsko-policyjnym. Widzę ich determinację, oni pewnie moją”.
– Podstawowa różnica między tymi dwoma sprawami jest taka, że Małgorzata Papała wierzy śledczym. Ba, w sytuacji, kiedy prokurator prowadzący sprawę zabójstwa jej męża miał być odsunięty, wysłała wyraźny sygnał, że się z takimi działaniami nie zgadza – mówi nam osoba znająca Małgorzatę.

– Olewnikowie, widząc indolencję wymiaru sprawiedliwości, nie mieli innego wyjścia jak nagłośnić tę sprawę, bo tylko wtedy istniała szansa, że ktoś rozsądny się nią zajmie – ocenia jeden z prominentnych polityków PiS, zaangażowany w tę sprawę. Marek Biernacki, poseł PO i szef komisji sejmowej ds. wyjaśnienia sprawy tego zabójstwa i porwania, podkreśla, że Krzysztof Olewnik był, można rzec, zwykłym obywatelem.

Małgorzata Papała jest wdową po komendancie głównym policji, związanym ze środowiskiem polityczno-policyjnym.

– A to zmienia postać rzeczy, zwłaszcza że sprawa wciąż nie jest do końca wyjaśniona – mówi Biernacki.

Poseł Platformy tego nie powie, ale dla osób znających kulisy sprawy jest jasne, że trudno żonie generała wołać o sprawiedliwość, jeśli ma świadomość, że w zabójstwo jej męża mogą być zamieszani wszyscy: osoby z kręgu tych, którzy prowadzą śledztwo. I tych, które powinny śledztwo kontrolować.

Sprawy niewyjaśnione

Rozwiązanie zagadki zabójstwa Marka Papały wydaje się dziś już mało prawdopodobne. Po 11 latach wciąż nie wiadomo, ani kto strzelał do generała, ani kto stał za jego zabójstwem. Śledztwo przedłużano już kilkakrotnie. Na razie przedstawiono zarzuty nakłaniania i współudziału w zabójstwie Marka Papały dwóm gangsterom z grupy pruszkowskiej: Ryszardowi Boguckiemu (w 2003 r.) i szefowi gangu Andrzejowi Zielińskiemu ps. Słowik (w listopadzie 2005 r.). Słowik dostał wyrok 6 lat więzienia za wymuszenia rozbójnicze. Bogucki odsiaduje 25 lat za zabójstwo gangstera Andrzeja K. ps. Pershing. Żaden z nich nie przyznaje się, by miał coś wspólnego z zabójstwem Papały. Na razie donikąd zawiódł też śledczych trop związany z polsko-amerykańskim biznesmenem z Chicago Edwardem Mazurem. To Mazur, legitymujący się polskim i amerykańskim paszportem, może być, według śledczych, zleceniodawcą zbrodni. Jednak amerykański sąd w lipcu 2007 r. odmówił wydania go Polsce. Jedną z wersji sprawdzanych przez śledczych była także ta o udziale w zabójstwie męża samej Małgorzaty Papały. Była pierwszą osobą, która znalazła się na miejscu zbrodni. Akurat wyszła na spacer z psem. Podobno generał miał wysokie ubezpieczenie na życie. Jakie? Nie wiadomo. No i miał przyjaciółkę, o którą mogła być zazdrosna.

 – Bardzo przeżyła, kiedy podczas jednego z pierwszych przesłuchań oficer Urzędu Ochrony Państwa położył przed nią kartkę i kazał spisać przyznanie się do winy – opowiada jeden z naszych rozmówców.
Również w sprawie Krzysztofa Olewnika śledczy szukali porywaczy wśród najbliższych. Mimo że i w tym przypadku winnych należałoby zapewne szukać także wśród polityków i gliniarzy. Krzysztof zniknął w nocy z 26 na 27 października 2001 r. Dzień wcześniej w jego domu bawiło się dwunastu miejscowy policjantów. Około 23 młody Olewnik odwiózł samochodem jednego z nich do domu. I zniknął. W mieszkaniu widać ślady walki – poprzewracane sprzęty, krew na ścianach i meblach. Na podłodze leżała łuska pocisku z pistoletu. Policjanci nie zabezpieczają dowodów na miejscu przestępstwa, lekceważą tropy wskazywane przez rodzinę. Nie sprawdzają informacji z anonimu, w którym są nazwiska domniemanych zabójców. Potem okaże się, że były prawdziwe. Kiedy wreszcie w 2006 r. zatrzymano 11 osób podejrzanych o uprowadzenie Krzysztofa, zaczyna się wśród nich epidemia samobójstw. Herszt grupy Wojciech Franiewski i jego dwóch zastępców wiesza się w monitorowanych celach.

Życie toczy się dalej

Danuta Olewnik stała się instytucją, jej twarz często pokazywaną w mediach bez pudła rozpoznają wszyscy. Liderzy partii politycznych chętnie widzieliby ją w swoich szeregach. Szczera i bezkompromisowa przekonała do siebie miliony Polaków, więc pewnie przyciągnęłaby ich łatwo do takiej czy innej opcji politycznej.

 – Pytałem ją nawet, czy chce zająć się polityką, zaprzeczyła – mówi Janusz Kaczmarek.

– To moja prywatna walka – zastrzega Danuta. – Nie robię tego dla sławy ani kariery. Staram się żyć normalnie.

Wychowuje dwójkę dzieci: sześcioletnią Nadię i dwuletniego Miłosza. Pieli ogródek wokół domu, pierze, robi zakupy.

– Mąż pracuje na to, żebym ja mogła walczyć – mówi. – I jestem mu za to bardzo wdzięczna. Wciąż ma do siebie pretensje, że za mało zrobiła, aby pomóc bratu. – To nasza wielka porażka. Nie uratowaliśmy go, nie zdążyliśmy – łamie jej się głos.

Od chwili nagłośnienia sprawy śmierci Krzysztofa dziesiątki ludzi zgłasza się do jej rodziny i Fundacji im. Krzysztofa Olewnika, którą założyli. Nikomu nie odmawia pomocy.

– Ona ma w sobie siłę. Mimo tragedii, jaka ją dotknęła, zachowuje zimną krew. Potrafi analizować fakty. Chce, aby sprawa jej brata nabrała szerszego wymiaru. Pozwoliła prześwietlić swoje życia i rodziny, aby wyciągnąć wnioski i zmienić prawo tak, aby takie sytuacje już się nie zdarzały – mówi jeden z działaczy PiS. Politycy zasiadający w sejmowej komisji śledczej, która ma rozwikłać zagadkę porwania i śmierci Krzysztofa Olewnika, zdają sobie sprawę, że Danuta będzie patrzeć im na ręce, a kiedy tylko coś jej się nie spodoba, rzuci im się do gardła. Małgorzata Papała milczy, usunęła się w cień.

– Część ludzi po śmierci kogoś bliskiego przechodzi żałobę i wraca do normalnego życia. Małgosia cały czas jest tą śmiercią przytłoczona, nie może się z nią pogodzić – diagnozuje osoba z kręgu znajomych rodziny Papałów.

W rozmowie z Pawłem Biedziakiem przed trzema laty Małgorzata Papała mówiła: „Dzisiaj potrafię powiedzieć twardo „nie”, upomnieć o swoje prawa. A zarazem łatwo mnie zranić. Wciąż noszę w sobie ból i osamotnienie. Dopóki sprawcy zabójstwa, zwłaszcza ci, którzy je zlecili, nie zostaną osądzeni, wszystko będzie do mnie wracać, każdym artykułem w mediach, spojrzeniem ludzi, wypowiedziami polityków. Będzie wracać, jak wracało dotąd. Codziennie. Wciąż czekam na sprawiedliwość”.

– Dla mnie liczy się prawda. Chcę ją poznać: dla siebie, mojej rodziny, dla Krzysztofa – mówi Danuta Olewnik-Cieplińska.

Choć są tak całkiem różne, czują to samo.

Newsweek, 9 stycznia 2005 roku

                                                                      Kobietę sprzedam całkiem tanio

Kiedy w listopadzie Centralne Biuro Śledcze rozbiło rzeszowski gang, parający się sprzedażą Polek do domów publicznych w Hongkongu i na zachodzie Europy, okoliczne wsie i miasteczka spłynęły łzami. I nie były to bynajmniej łzy radości – mimo że ofiary handlu żywym towarem szczęśliwie wracały do domów, a inne kobiety mogły czuć się już bezpieczne. Były to gorzkie łzy rozczarowania tych, które stały w kolejce, ale na wyjazd już się nie załapały.

Magda Leska (personalia zmienione), cwana i pyskata 20-latka spod Rzeszowa, uśmiecha się zadowolona.

– Przepracowałam pięć miesięcy i odłożyłam trochę grosza – mruga okiem. Teraz siedzi w domu, pragnie odpocząć. Tylko ta rozdmuchana afera z handlem kobietami, aresztowanie jej szefa, ciąganie po przesłuchaniach doprowadzają ją do białej gorączki. Podobnie jak rozmowa ze mną, na którą sama – nie wie czemu – się zgodziła.

– Pani się pewnie nudzi, że tak wypytuje dziewczyny? – pyta zaczepnie. – A może też chce pani dorobić? Dam numer telefonu.

– Daj.

– Żartowałam – prycha. I dodaje, że ona do szefa nic nie ma. I gdyby jeszcze raz dostała taką propozycję, skorzystałaby. Jak najbardziej. Co z tego, że ją sprzedał, jak mówili gliniarze, za tysiąc euro. Każdy musi żyć, co nie?

Magdzie i jej koleżankom do głowy nawet nie przyjdzie, że ktoś może pomyśleć o nich: ofiary handlu żywym towarem. Jakie ofiary? Biznes jest biznes. Dzisiaj, aby sprzedać kobietę za granicę do pracy w charakterze prostytutki, grupy przestępcze coraz rzadziej muszą uciekać się do podstępów czy wręcz porwań, co było normą jeszcze dwa lata temu.

– Obecnie podaż dorównuje popytowi. Chętnych do wyjazdu jest tak wiele, że bandyci nie muszą brudzić sobie rąk przemocą: biciem niepokornych czy gwałtami – mówi oficer Centralnego Biura Śledczego z Zarządu XX w Rzeszowie. Inwestowanie w proste dziewczyny, w ich porywanie i „obróbkę” stało się po prostu nieopłacalne. Ekonomiczniejsze są sprytne nastolatki – zwłaszcza te miastowe, zadbane, wykształcone. I chętne. Tak chętne, że Waldemar Kuta (nazwisko zmienione) – właściciel agencji towarzyskiej w Rzeszowie, aresztowany kilka tygodni temu wraz z pięcioma innymi osobami pod zarzutem handlu kobietami – organizował „castingi na prostytutkę”.

Specjaliści zajmujący się problemem nierządu zauważają, że od wejścia naszego kraju do Unii Europejskiej i otwarcia granic handel kobietami kręci się u nas z nową siłą. Polska, będąca do tej pory prawie wyłącznie miejscem pochodzenia kobiet sprzedawanych za granicę, jest dziś nie tylko przystankiem docelowym dla tych z Europy Wschodniej, ale również krajem buforowym, czyli swoistym centrum logistycznym, w którym gromadzi się „żywy towar”, a następnie rozprowadza go po świecie. Prawdziwa skala procederu wymyka się jednak buchalteryjnym rachunkom i można ją tylko szacować. Według szacunków Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji w samej Polsce sprzedawanych jest rocznie nawet do 10 tys. kobiet, choć na szukanie pomocy decyduje się zaledwie 200-300 rocznie, a jeszcze mniej idzie na policję. Na całym świecie – według brytyjskich naukowców z Uniwersytetu Exeter – rocznie sprzedawanych jest nawet 7 milionów ludzi, z czego około 400 tys. kobiet do burdeli w UE. Komisja Europejska szacuje, że wśród nich 30 proc. stanowią te z Europy Środkowowschodniej, głównie z Czech i Polski, aż 40 proc. – z Europy Wschodniej, przede wszystkim Rosji i Ukrainy, a kolejne 30 proc. pochodzi z krajów rozwijających się, zwłaszcza Maroka, Tajlandii i Dominikany.

Liczba sprzedawanych kobiet wciąż rośnie, ale też handel ludźmi jest dziś zajęciem niemal równie intratnym, jak handel narkotykami, i przynosi organizacjom przestępczym – według danych CIA – co najmniej 7 miliardów dolarów dochodu rocznie. 

– A przy tym wymaga mniejszych inwestycji finansowych i jest postrzegany przez społeczeństwo mniej negatywnie – wylicza Piotr Mierecki, sekretarz międzyresortowego zespołu do spraw zwalczania handlu ludźmi i zapobiegania mu.

O tym, że ten proceder także w Polsce rozwija się na coraz większą skalę, świadczyć mogą policyjne dane – w 2003 roku na terenie kraju stwierdzono 24 przestępstwa handlu ludźmi, ale już w ciągu dziesięciu miesięcy 2004 roku takich spraw było 44. Zważywszy, że „seksualny biznes” prowadzony jest niemal wyłącznie przez zorganizowane grupy przestępcze, przez co jest trudny do wykrycia (choćby ze względu na niechęć do zeznawania samych ofiar), a każda ujawniona sprawa dotyczy minimum kilkudziesięciu kobiet – to bardzo dużo. Trzeba też wziąć pod uwagę fakt, że Polska pod naciskiem unijnych dyrektyw dopiero zaczyna bitwę z handlarzami żywym towarem.

Policjantom z Centralnego Biura Śledczego w Rzeszowie w zlikwidowaniu gangu „eksportującego” za granicę polskie dziewczyny pomógł tyle szczęśliwy przypadek, co policyjny nos i działania operacyjne. Podjęli je zaintrygowani tym, że wiele młodych kobiet pracujących w miejscowych agencjach towarzyskich zaczęło nagle wyjeżdżać z kraju, a po paru miesiącach wracać z dużymi pieniędzmi, których nie zarobiłyby, zmywając talerze w knajpach czy opiekując się dziećmi – jak oficjalnie utrzymywały. I nos ich nie zawiódł. Okazało się, że Waldemar Kuta, właściciel znanego klubu nocnego, gdzie oprócz drinka można było kupić towarzystwo seksownej panienki wraz z prawem do wspólnego skorzystania z pokoju, stworzył sieć wysyłającą hurtowo kobiety do domów publicznych w Hongkongu, Włoszech i Hiszpanii. W jego grupie znalazło się jeszcze pięciu innych szefów i właścicieli agencji towarzyskich z Podkarpacia. Do ich zadań należało głównie wyszukiwanie odpowiednich kandydatek oraz testowanie ich predyspozycji do zawodu.Mózgiem grupy był jednak Waldemar Kuta. Misiowaty, po pięćdziesiątce, zawsze w markowych ciuchach. Miał głowę do interesu, ale przede wszystkim podejście do kobiet.

– Nie był z zawodu psychologiem, ale mógłby nim z powodzeniem zostać – uśmiecha się oficer CBŚ. – Wiedział, jak dotrzeć do dziewczyn, zaprzyjaźniał się z nimi, interesował, co u nich słychać, jakie mają problemy, dbał o nie, otaczał opieką.

Miał na swoje ofiary tak wielki wpływ, że po jego aresztowaniu dziewczyny martwiły się nie sobą, ale tym, co stanie się z szefem, i tym, aby mu nie zaszkodzić. Kuta wynalazł prostą metodę werbowania do pracy kolejnych prostytutek. Wysyłał swoich werbowników do lokali, w których lubiła przebywać młodzież. Ci wyszukiwali tam młode, atrakcyjne i żądne uciech dziewczyny.

– Co robicie, laseczki? – zagajali.

Dziewczyny chichotały, werbownik stawiał im lampkę wina i rozwodził się nad perspektywami, jakie niesie praca w „towarzyskiej” agencji. Potem zmieniali lokal na taki, w którym były pokoje do wynajęcia. Tam, płacąc im po 50 złotych, obmacywał, by sprawdzić, czy nadają się do pracy w biznesie. Jeśli tak – proponował posadę u Waldemara Kuty. Te zwerbowane przyprowadzały koleżanki, które też chciały zarobić na studia czy modną kieckę, a koleżanki następne znajome.

– Pan Waldek nas rozumiał, traktował jak rodzone córki – zapewnia jedna z dziewczyn wyekspediowanych przez niego do pracy w zagranicznym burdelu.

Każda z nich najpierw próbowała swoich sił, chodząc do łóżka z polskimi klientami. Później dowiadywały się o możliwości wyjazdu za granicę, gdzie miały zarobić kilka razy więcej niż u siebie. Taka podróż była traktowana jak wielkie wyróżnienie, niemal zwycięstwo. Chętnych nie brakowało, przestępcy urządzali więc kandydatkom castingi: każda z nich miała robioną sesję zdjęciową na kamerze VHS, a filmy leciały do zagranicznych pracodawców, aby sami wybrali sobie najatrakcyjniejsze dziewczyny.

– Ale myliłby się ten, kto by pomyślał, że były to pornograficzne czy choćby rozbierane sesje – policjant kręci głową nad sprytem przestępców. Zdjęcia są przyzwoite i jak najbardziej „ubrane”: śliczna blondynka podchodzi do barowego stolika, siada, zakłada nogę na nogę, prezentując zgrabne uda, po czym zdejmuje żakiet, aby widz dostrzegł pod opiętą bluzeczką bujne piersi i sterczące sutki. Żadnych sprośności ani dwuznaczności – nic bardziej erotycznego niż filmiki pokazujące kandydatki do tytułu Miss Polonia.

– Zdawali sobie sprawę, że gdyby złapano ich na granicy z pornografią czy nawet zbyt odważną golizną, wzbudziliby zainteresowanie odpowiednich służb. A wtedy mogłyby zacząć się kłopoty – wyjaśnia policjant.

Historie młodych kobiet werbowanych przez gang Kuty, ich losy i motywacje są do siebie niezmiernie podobne.

20-letnia Julia, o miłej, młodej buzi i szczupłej sylwetce pochodzi z typowej podrzeszowskiej mieściny. Skończyła średnią szkołę, miała ambicje, by uczyć się dalej, ale w domu brakowało pieniędzy. Za 600 złotych podawała do stołów w knajpie i z zazdrością patrzyła na wystrojone koleżanki z tipsami prosto z gabinetu stylistki paznokci.

– Zastanawiałam się, skąd na to wszystko mają – wspomina Julia. Szybko uświadomiły naiwniarę, jak może zarobić niezłe pieniądze. Dostała telefon do ludzi Kuty.

Po raz pierwszy poszła z klientem do łóżka w rzeszowskiej agencji.

– Poczułam się podle. Powiedziałam, że nie będę więcej tego robić – wspomina Julia. Boss tylko wzruszył ramionami. – Nie to nie, bez łaski – mruknął. Ale po miesiącu, gdy Julia sama do niego wróciła prawie na kolanach, łaskawie dał jej jeszcze jedną szansę.

– Sytuacja mnie do tego zmusiła. Chciałam zarobić – dziewczyna patrzy spod oka. – Żadna z nas nie robi tego dla przyjemności.

Podobnie jak Magda wyjechała potem za granicę. Podobnie jak Magda nie wiedziała, że została sprzedana. Ale jeśli nawet, niewiele ją to obchodzi. Ważne, że przez trzy miesiące odłożyła trochę pieniędzy. Wróciła w glorii chwały. Rodzice i chłopak nie mają pojęcia, w jaki sposób zarobiła pieniądze. A może raczej – nie chcą wiedzieć. Julia zresztą nie obnosi się z bogactwem, oszczędza. Nie chce już wyjeżdżać, chce zapomnieć.

Policjanci mają dowody na to, że Kuta i spółka sprzedali do Hongkongu, Hiszpanii czy Włoch kilkanaście dziewczyn. W rzeczywistości było ich dużo więcej, ale nie wszystkie chcą zeznawać przeciwko swemu „dobrodziejowi”. Prokuratorzy i policjanci poszukują kolejnych poszkodowanych, część wywiezionych przez grupę kobiet i nastolatek wciąż jeszcze pracuje w zachodnich domach publicznych. Za każdą z nich przedsiębiorczy pośrednik zainkasował średnio tysiąc euro. Choć nie ma mowy o przymuszaniu dziewczyn do czegokolwiek, sprawa o pseudonimie „Harem” znajdzie swój finał w sądzie, a jeśli ten uzna Kutę winnym handlu ludźmi, spędzi on w więzieniu nie mniej niż trzy lata.

W Polsce wciąż pokutuje przekonanie, że jeśli alfons dziewczyny nie porwie, nie pobije, nie zwiąże – nie ma sprawy. Sama chciała. 

– Ale nawet jeśli ofiara godzi się na wywóz i sprzedaż do domu publicznego, nadal mamy do czynienia z czynem kryminalnym. Bo handel ludźmi zawsze, niezależnie od okoliczności, jest przestępstwem – tłumaczy Stana Buchowska z Fundacji przeciwko Handlowi Kobietami La Strada. I dodaje: – To ohydne żerowanie na ludzkiej niewiedzy, a przede wszystkim – biedzie. Podkreśla, że oprócz kobiet zdecydowanych na wszystko ofiarami handlarzy nadal padają osoby podstępem zwabione do domów publicznych na Zachodzie.

Monika, młodziutka blondynka o twarzy anioła, chciała zarobić na utrzymanie 2-letniego synka, którego urodziła jako nastolatka. Znajomy zaproponował jej pracę barmanki w jednym z holenderskich lokali, ale faktycznie wywiózł i sprzedał właścicielowi domu publicznego, który przeznaczył ją do tzw. brudnego seksu. Wykorzystywali ją obłąkani, zboczeni klienci, przywiązywali do łóżka, gwałcili. Uciec udało się jej po półtora roku. Jolka miała 20 lat, kiedy wyjechała do Belgii, aby opiekować się dziećmi rodzin polskich emigrantów. Praca była legalna, załatwiona przez agencję. Na miejscu pracodawcy ogolili jej głowę i brwi, żeby wstydziła się wychodzić na ulicę. Harowała przy dzieciach od świtu do nocy, a po godzinach musiała świadczyć usługi seksualne panu domu. Takich historii, jak ta Moniki czy Jolki, opowiadają w La Stradzie dziesiątki.

– Ale nawet te dziewczyny, które godzą się na wyjazd do pracy w charakterze prostytutki, tak naprawdę nie wiedzą, co je czeka ani jak będą traktowane – dodaje Buchowska. A godzi się ich coraz więcej.

Przyzwolenie społeczne na uprawianie nierządu jest zaskakująco duże: z badań przeprowadzonych na zlecenie Katedry Kryminologii UJ wynika, że aż 68 proc. badanych traktuje prostytucję jako zwyczajną rynkową profesję, a 61 proc. – jako zajęcie przynoszące godziwy zarobek, wybrane zupełnie świadomie.

Policjanci rozpracowujący gang Kuty zauważają, że bieda biedą, ale równie ważne jest to, jak mentalnie zmieniła się nawet wieś polska. Jeszcze kilka lat temu, kiedy wyszło na jaw, że któraś z dziewczyn sprzedaje się za pieniądze, sołtys na czele lokalnej społeczności szedł na niedzielną sumę modlić się za nią, a w tygodniu wytykał palcem. Dzisiaj, jeżeli nawet jakieś babcie o takiej poplotkują, to w ich tonie jest więcej uznania niż pogardy. Bo dziewucha poradziła sobie, nawet starym rodzicom pomaga, dom remontuje.

 – Nawet na konserwatywną wieś dotarł obyczajowy nihilizm, negowanie wszelkich wartości – ubolewa profesor Jacek Wódz, socjolog.

W niemal każdej podkarpackiej miejscowości, oprócz kościoła i budki z piwem, jest dzisiaj agencja towarzyska. Budziwoj, Lubenia, Rudna Mała – żadna z nich nie ma więcej niż tysiąc mieszkańców, mimo to tutejsze przybytki rozkoszy funkcjonują całkiem nieźle. Choć bezrobocie nie odbiega tu od średniej krajowej (18,5 procent), to całe Podkarpacie zarabia za granicą – przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii. Wyjazd na saksy jest tam dowodem przedsiębiorczości i życiowego sprytu oraz przekonania, że tylko nieudacznicy jedzą chleb z margaryną. Nie dziwi więc szczególnie, że policjanci mają już sygnały o pojawieniu się w Rzeszowie nowego gangu, który chce zająć miejsce rozbitego.

– Natura nie lubi próżni – wzrusza ramionami oficer CBŚ. Tysiące euro chodzą po ulicach albo siedzą znudzone, bez pomysłu na życie, przy kawiarnianych stolikach. Nie chcą stać za sklepową ladą za grosze, a po pracy zmywać garów i szorować podłóg w domu, niańczyć dzieci i czekać na powrót pijanego męża. Chcą dobrze żyć, ładnie się ubierać. Względy moralne przestały się dla nich liczyć. Europa czeka, świat czeka.

Jeśli dla polskich prostytutek wyjazd na Zachód oznacza karierę zawodową, to dla kobiet zza naszej wschodniej granicy krajem docelowym jest właśnie Polska. Tu zarabiają przynajmniej dwa razy więcej niż w swojej ojczyźnie, a w dodatku są lepiej traktowane przez pracodawców i klientów. Handlem kobiet ze Wschodu zajmował się 15-osobowy polsko-ukraiński gang, który sprzedał do polskich agencji towarzyskich 60 kobiet. Grupę rozbili w lipcu 2002 roku policjanci z CBŚ.

Ciocia Tania, czyli Tatiana Woznyak, rocznik 1952, lwowianka. Do Polski trafiła na początku lat 90. Handlowała bibelotami na bazarkach w przygranicznych miasteczkach. Potem mięsem i słoniną, które kupowała w Polsce i woziła do Mołdawii. Pięć lat temu przerzuciła się na dziewczyny.

Ukraińska handlarka żywym towarem (na Ukrainie sutenerstwem trudnią się kobiety, dla mężczyzn to wstydliwe zajęcie) jest niewysoka, ma duże niebieskie oczy, zniszczony sweter i farbowane na wściekły blond włosy. Teraz tracą kolor. Rozmawiamy z nią w areszcie śledczym w Nisku, gdzie obecnie przebywa. Ciocia Tania za dostarczenie nowej „sztuki” do domu publicznego kasowała od polskich właścicieli 200 dolarów, a dodatkowo co miesiąc zdzierała od każdej ze sprowadzonych przez siebie rodaczek po 50 dolarów haraczu za „załatwienie pracy”. Kiedy sprawiały problemy – nie chciały płacić bądź wykonywać poleceń polskiego szefa – Ciocia przyjeżdżała ze swoimi ludźmi i przeprowadzała „rozmowę dyscyplinującą”. 

– A to oznaczało bicie i przypalanie żelazkiem – opowiada oficer CBŚ, zajmujący się tą sprawą, która nosi wdzięczny kryptonim „Gejsza”.

Ukrainka nie mogłaby działać na terenie naszego kraju, gdyby nie współpraca z polskimi przestępcami – siedmiu z nich odpowiada razem z nią za handel żywym towarem. Jak twierdzą policjanci, cała prostytucja w Polsce znajduje się pod kontrolą zorganizowanych grup przestępczych, które „opodatkowują” właścicieli agencji towarzyskich bądź same prowadzą przybytki uciech. Kobiety z obcych państw, które u nas sprzedają swoje ciała, muszą więc nie tylko opłacać się „swoim”, ale też oddawać część zarobków naszym gangsterom. Jednak rozmawiając z Ciocią Tanią, można by odnieść wrażenie, że ma się do czynienia z Matką Teresą od zagubionych duszyczek, a nie członkiem gangu.

– Jaki tam ze mnie boss? – prawie wrzeszczy. Nie przyznaje się do winy, twierdzi, że to policjanci szantażem zmusili ją do podpisania samooskarżających zeznań. Wyjaśnia, że ona nie ściągnęłaby majtek przed obcym mężczyzną, ale dziewczyny, które przewoziła z Ukrainy do polskich burdeli, to inne pokolenie. – Dla nich, pani, te rzeczy to nic złego – tłumaczy łamaną polszczyzną, kładąc nacisk na „te rzeczy”. – Dla nich ważne, żeby trafić do dobrego właściciela agencji, nie jakiegoś chama.

Patrzy prosto w oczy i przekonuje, że żadnej z dziewczyn nie sprzedała, a pomogła im tylko przekroczyć granicę i znaleźć w Polsce dobrych pracodawców. Gdyby nie zrobiła tego ona, zarobiłby ktoś inny. Bo one – macha ręką – i tak by tu przyjechały. – Ane chatieły stat’ prostitutkami – zapewnia.

Strumień rosyjskojęzycznych kobiet, zwabionych perspektywą łatwego zarobku, płynie do nas nieprzerwanie. Dla najładniejszych, znających języki, Polska jest przystankiem w drodze do zachodnich domów publicznych. Jak twierdzi Piotr Mierecki, spośród 48 tys. Rosjanek i Ukrainek rocznie, które wybierają karierę zagranicznej prostytutki, większość przynajmniej parę dni spędza w Polsce. Stąd projekt poprawki do ustawy o cudzoziemcach, który w tym roku ma wejść w życie. Do tej pory, kiedy policja zatrzymywała cudzoziemki parające się prostytucją na terenie Polski, kobiety były błyskawicznie deportowane do swoich krajów. Dlatego bardzo rzadko się zdarzało, by składały zeznania przeciwko przestępcom. Nowa ustawa ma pozwolić na wystawienie ofierze wizy pobytowej (tak jest w USA i krajach UE).

– Chcemy, żeby zeznawały – mówi Mierecki. – A to oznacza, że kobiety te muszą wystąpić przeciw groźnym, najczęściej zorganizowanym grupom przestępczym. Dlatego trzeba otoczyć je odpowiednią opieką, sprawić, by poczuły się bezpiecznie, dać czas na zastanowienie – dodaje.

Nowe prawo ma pomóc polskim organom ścigania w rozpracowaniu gangów zajmujących się „eksportem” cudzoziemek do krajów Europy Zachodniej i poza nią. Ten wycinek przestępczej działalności jest do tej pory najmniej znany, gdyż te, które wyjeżdżają z Polski, nie wracają, by opowiedzieć naszym policjantom o swoich zagranicznych wojażach. Z działań operacyjnych wiadomo jednak, że schemat jest dwojaki: część kobiet przyjeżdża do nas niejako w ciemno, mając nadzieję na zachodni transfer, inne wiedzą, że po przepracowaniu paru miesięcy w Polsce pojadą „w transport”.

– Generalnie w tym biznesie zasadą jest, że prostytutki po przepracowaniu pewnego czasu w jednej agencji sprzedawane są do kolejnej – wyjaśnia policjant zajmujący się zwalczaniem przestępczości zorganizowanej. – Chodzi o to, żeby klienci mieli zawsze świeży, nieopatrzony „towar”.

Tyle tylko, dodaje, że nawet jeśli przez jakiś czas dziewczyny robią zagraniczną „karierę”, większość z nich – nieważne, Polek, Rosjanek czy Ukrainek – kończy tak samo: na dnie.

– Trudno z tego wyjść – przyznaje Magda Moskal z Caritas Polska. Większość sprzedanych kobiet nigdy nie układa sobie życia osobistego. Nie potrafią zaufać mężczyźnie. Nie rodzą dzieci.

– Niektóre zostają w tym biznesie i korzystając ze zdobytego doświadczenia, same sprzedają inne kobiety – dodaje oficer CBŚ w Rzeszowie. Magda Moskal używa sformułowania „naznaczone społecznie”. 

– Słowo „kurwa” było i jest obraźliwe – tłumaczy. – I te kobiety czują się gorsze, złe. Mają świadomość, że utraciły godność. 

O tym powinny pamiętać wszystkie dziewczyny, które mają wybór. Nie tak łatwo zapomnieć o paromiesięcznych sekssaksach w Hiszpanii czy Hongkongu. To nie zbiór truskawek, po którym można umyć ręce.

Policjanci z rzeszowskiego CBŚ zastanawiają się: lepiej może nie pisać, że te sprzedane dziewczyny zarabiały miesięcznie po dwadzieścia tysięcy złotych. Jeszcze pod agencjami towarzyskimi ustawią się kolejki chętnych.

Polska The Times, 24 października 2007 roku

                                                                        Lalki na łańcuchu

Oddział neurologii szpitala wojewódzkiego w Białymstoku. Błażej Piotrowski leży na łóżku przy ścianie. Szwy na twarzy, wybite zęby, zaniki pamięci. Od dziecka marzył, by być aktorem. Ale wcale nie jest pewne, że nim zostanie. Kiedy dostał się do Akademii Teatralnej w Białymstoku, jakby dostał skrzydeł. Zrobiłby wszystko, żeby tu zostać. Nie myśli o bólu. Nie widzi oszpeconej twarzy. Chce rozmawiać o swoim aktorstwie. – Ten wypadek to nie przez fuksowkę – zarzeka się. Błażej jest lojalny. Dlatego nie opowie, jak starsi koledzy wyzywali od idiotów, kazali udawać onanizowanie się, śpiewać: „Mam takiego małego”, nie pozwalali się wyspać. Jednak to przez jego wypadek koledzy przerwali zmowę milczenia o tym, jak wygląda inauguracja nauki w białostockiej Akademii Teatralnej.

Tydzień wcześniej. Akademia Teatralna, Wydział Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku, 12 października 2007, godzina 21.

„To wewnętrzna sprawa szkoły” – słyszymy, gdy wypraszają nas z budynku. W środku trwają ostatnie godziny tegorocznej fuksówki.

Fuksówka to tradycja wszystkich szkół teatralnych w Polsce. Fuks, czyli student pierwszego roku, przez okres dwóch tygodni musi podporządkować się starszym kolegom (nestorom). Fuksowanie miało być inicjacją, formą wprowadzenia w arkana trudnego zawodu aktora. Jest psychicznym znęcaniem się nad słabszymi, ich upodleniem. A wszystko za cichym przyzwoleniem profesorów, dziekanów, wykładowców.

Zanim nas wyrzucono, widzieliśmy sporo. Przerażenie w oczach studentów pierwszego roku. Nestorów z pogardą komentujących fakt, że wycieńczona fuksówka dziewczyna trafiła do szpitala pod kroplówkę. I absolwenta, który wraca do szkoły tylko po to, by popastwić się nad nowo przyjętymi studentami. Od jednego z nich dostaliśmy też pamiętnik z tegorocznej fuksówki.

Dzień pierwszy

Od dzisiaj nie mam imienia, płci ani tożsamości. Jestem fuksem. Nie mam prawa mieć komórki ani zegarka. Mam się przebrać za muchę; wszystkie żarty obracają się wokół gówna i bzykania. Każdy dostaje fuksówkową ksywkę. Zapisuje się ją na „duszy”. „Dusza” to kawałek tektury zawieszony na szyi. Jej zdjęcie oznacza zerwanie fuksówki. Nestorzy pokazują dwie dziewczyny, które nie fuksowały. „Nikt z nimi nie rozmawia, nie zaprasza na imprezy. Zwracają się do nich na pani. Chcecie skończyć jak one?”. Nikt nie chce. Trzeba trzymać się zasad. Fuksówka to wewnętrzna sprawa szkoły, co tutaj się dzieje, tutaj zostaje.

Dzień drugi

Pobudka o 5 rano, gimnastyka pod szkołą. Nie wolno zdejmować tych debilnych przebrań muchy, pod sztucznym materiałem pocimy się i marzniemy na przemian. Potem zwykłe zajęcia. Na przerwach nestorzy już czekają pod drzwiami, gonią nas do „tramwaju”. To centralne miejsce szkoły, korytarz z dwoma rzędami foteli pod ścianami. Mamy stać w przekładańcu, jeden za drugim, ściśle, ciało przy ciele. Na okrzyk „imadło!” – ściskamy się jeszcze mocniej. Z przekładańca wychodzimy pojedynczo, na życzenie nestora: zatańcz, zaśpiewaj, zagraj kupę, mucha bzyka! W międzyczasie mamy przygotować spektakl na zadany temat.

Wieczorem wychodzimy na scenę. Reflektory w oczy. Słyszę krzyki: „Żle, głupku! Debilu! Przez pomyłkę trafiłeś do akademii?!!”.

Któreś z nas śmiechem pokrywa traumę. Ale nie wolno się śmiać. „Trumna na twarz! To ma być zabawa dla nas, nie dla was!”. A zaraz: „Co taki poważny, umarł ci ktoś?”.

Przez świecące w twarz reflektory nie widzę twarzy nestorów. Może tak lepiej.

Dzień trzeci

Uczymy się na pamięć: dane 80 studentów plus kadra. Imię, nazwisko, który rok, skąd pochodzi, co studiuje. Potem odpytywanie. Dostajemy indywidualne powitania, jakie trzeba odgrywać przed nestorami. Np. C. musi udawać, że się masturbuje, i głośno jęczeć.

Restauracja w białostockim hotelu Cristal. Dwie studentki akademii. Nie dają nagrywać rozmowy. Boją się.

 – Tak samo bałam się od początku fuksówki – mówi pierwsza. – Tego, że nie znajdę w szkole przyjaciół, że zostanę sama. Inaczej rzuciłabym to pierwszego dnia. 

Z czasem zmieniają się proporcje tego, co ważne, a co nie.

– Koleżanka przez kilka dni walczyła ze sobą, zanim powiedziała, że musi zerwać fuksowkę, bo jej babcia umiera. Do końca nie była pewna, czy dobrze robi – opowiadają.

Dzień czwarty

Każdy dzień taki sam. Śpimy po 2-3 godziny na dobę. Kończą nas fuksować o 2 albo 3 w nocy. Wypisują nam na „duszy” dziwne rzeczy: „fleja”, „pipa”, „grzejnik”. Kolega ma „cwel”. To niby odzwierciedla naszą osobowość.

Dzień piąty

Stoimy w przekładańcu, w świetle reflektorów. Kilka godzin. Ulga, gdy wywołują na scenę, chociaż wiemy, że czekają tam szyderstwa. Wywołują koleżankę. Sala buczy: „O, wyszła ta fuksiara”, „Boże, tylko nie ona, ten grubas”, „Sadło!”. Stara się przekrzyczeć salę, ale nie potrafi.

Mieszkanie na warszawskiej Woli. Zuzanna Gaińska ukończyła białostocką akademię w ubiegłym roku. Nie fuksowała.

– Po fuksówce co prawda nikt mnie nie prześladował, było całkiem okej, ale fuksy o tym nie wiedzą – mówi Zuza. – Są zastraszeni, a nikt im nie powie prawdy, żeby nie psuć sobie zabawy.

Rocznik ’99 urządził fuksom zabawę w rozstrzeliwanie. Jeden z fuksów dostał histerii na widok pistoletu przyłożonego mu do głowy.

– Natura ludzka jest z gruntu zła – mówi Zuza. – Jeśli stworzy się warunki, by ludzie mogli zachować się okrutnie, to tak się zachowają. Zuza przytacza słynny eksperyment przeprowadzony w 1971 r. przez amerykańskiego psychologa Philipa Zimbardo. 20 badanych podzielono na dwie grupy: więźniów i klawiszy. Już na drugi dzień klawisze zaczęli znęcać się nad więźniami. Nikt nie wycofał się z udziału w badaniu, chociaż mógł to zrobić w każdej chwili. Zaplanowany na dwa tygodnie eksperyment przerwano szóstego dnia, by nie doszło do tragedii. Fuksówek się nie przerywa.

Weekend

Przejmuje nas drugi rok. Jest miło. Robią nam spektakl, a potem przebierają się w nasze stroje. Teraz oni są fuksami, a my nestorami. „Trumna na twarz! Źle „poprawka!”- krzyczymy. „Przekładaniec, imadło! Źle, źle! Banda debilów!”.

Ktoś mówi, że powinno nam być wstyd, że zachowaliśmy się jak zwierzęta. Ale przecież tylko graliśmy nestorów.

Poniedziałek

Wieczorem zrywają z nami fuksówkę. Zabierają nam „dusze” i nakazują zdjąć stroje. Powód? Nasze zachowanie w stosunku do drugiego roku. Nikt z nami nie rozmawia. Dostajemy przedsmak odrzucenia przez środowisko.

Niewielki pokój w wynajmowanym warszawskim mieszkaniu Maciek Szymanowicz bierze mały łyk kawy. Wysoki, szczupły, włosy na jeża. W białostockiej szkole teatralnej studiował 12 lat temu. Egzaminy zdał bez problemów. W trakcie fuksówki był przebrany za kredkę. Dostał zadanie: napaść na księgarnię. Wszedł, wrzasnął: „To jest napad!”. Sklepowa chwyciła się za serce. Jakoś przeszło. Gorzej było wieczorami. Cały pierwszy rok w ciemnej sali czekał na swój występ. Wołali ich do sali pojedynczo, reflektor w oczy i pytania: „Czemu jesteś gruby, brzydki, nieutalentowany, pryszczaty, nijaki, do bani, czemu masz małe cycki, za duży tyłek?”. I cały dzień: „Fuksy, jesteście beznadziejne!”.

– Zerwałem fuksówkę, miałem dość tego cyrku – opowiada Maciek. Zapłacił za swoją odwagę: nikt z nim nie rozmawiał, a jak już musiał, to per pan. Został wykluczony ze studenckiej braci.

Wtorek

Przygotowaliśmy programik i każdy mówi, dlaczego chciałby wrócić do fuksówki. Jedna z fuksiar przyznaje, że nie jest w stanie znieść odrzucenia. Płacze. Po pomocy przywracają nam fuksówkę i oddają „dusze”. Znów nestorzy bawią się z nami.

Chyba środa

Przestaję kojarzyć daty. Jesteśmy potwornie zmęczeni. Na wykładzie zasypia cała sala. Profesor wyjmuje aparat i robi nam zdjęcie. Mówi, że to tylko do jego kolekcji, ale potem daje je dziekanowi. Przychodzi nestor Z. Skończył już szkołę, ale nie przepuści żadnej fuksówki. Jest pijany. Wrzeszczy na nas, każe śpiewać hymn Białorusi, przerywa po pierwszej nucie. Drze się, że takich bezczelnych fuksów jeszcze nie widział. Kłaniamy mu się, on ma władzę.

Chcę spać, bardzo. Ale mam do przygotowania prezenciki dla nestorów – wiersze, listy, imienne zaproszenia na programiki. Jak ich nie będzie, to cała grupa może za karę robić plaściu-plaściu – nogi wyciągnięte i zjeżdżamy tyłkami po schodach. Zostają od tego siniaki na udach. Chce mi się wyć z bezsilności.

Gabinet dziekana szkoły teatralnej w Białymstoku

Dziekan Wiesław Czołpiński też kończył ten wydział. Jego fuksówka trwała dwa i pół miesiąca. Nie tak jak teraz – dwa tygodnie. Mówi, że akceptuje ją, jeśli jest formą zabawy, jeśli pozwala poznać otoczenie, studentów, profesorów i pracowników szkoły (również z imienia i nazwiska), a przy okazji przygotować swój pierwszy występ przed społecznością akademicką.

On na swojej nieźle się bawił. Biegał po szkole w przebraniu Chińczyka i człowieka z epoki kamienia łupanego jako fuks-turysta, plaściu-plaściu też robił jak wiele innych zadań fuksówkowych.

– Nie widzę w tym nic upokarzającego – mówi. – Że młodzi ludzie śpią po kilka godzin dziennie? Niedospanie jest jedną z „atrakcji” przyszłej pracy w teatrze – tłumaczy. I dodaje: – Co roku rozmawiamy z naszymi studentami na temat idei fuksówki. Jej kształt zależy od świadomości, wrażliwości i kultury osobistej studentów. Podkreślamy, że na pierwszym miejscu powinny być studia, a dopiero potem zabawa.

– A wie pan o przypadkach upokarzania, nękania i fali? – pytamy. – Nikt mi takich przypadków nie zgłaszał. Gdybym o nich słyszał natychmiast bym zareagował.

– A może ci młodzi ludzie nie skarżą się, bo boją się wykluczenia? – Bzdura. Gdyby tak było, znaczyłoby, że dali się ogłupić.

Nie wiem, który dzień

Robimy „granaty”. Ręce do przodu jak w siatkówce, pad na twarz. 17 osób w małym pomieszczeniu. Jedna dziewczyna słabnie. Pyta, czy może wyjść. Nestorzy komentują, że symuluje. Dostaje nogami w głowę, trafia do szpitala. Podejrzenie wstrząsu mózgu. Ale wypisuje się na własną prośbę. Wraca na fuksówkę. Na przedramionach ma siniaki od kroplówki; profesorom mówi, że się uderzyła. Jest dobrym fuksem, chroni nestorów. Oni komentują, że poszła do szpitala mózg sobie przeszczepić.

Studenckie mieszkanie w Białymstoku.

Ada Konieczny, studentka reżyserii teatru lalek, przeszła fuksówkę rok temu. Wstydzi się, że dała się złamać.

– Swoją „duszę” wyrzuciłam natychmiast – mówi. – Ale niektórzy trzymają ten kartonik przez lata. Wspominają z rozrzewnieniem, jak dali się zgnoić, jakby to była pierwsza miłość. Tak samo jak wielu facetów uważa, że fala w wojsku czegoś ich nauczyła. Wypierają z pamięci upodlenie, jakiemu się poddali w imię akceptacji.

W 2003 r. jedna dziewczyna miała napisać sobie na „duszy”: „Jestem niedodymana”. Zerwała fuksówkę. Podczas wręczania indeksu każdego fetowano brawami. Ją powitała głucha cisza.

Adzie jedna z nestorek kazała pisać do siebie trzy listy miłosne dziennie. 

– Narzekała, że są za mało erotyczne. Zbuntowałam się. Pomyślałam, że będę wypisywać takie Świństwa, aż jej pójdzie w pięty – opowiada.

Wkurzona nestorka kazała jej napisać na „duszy”: „Jestem obślizgłą lesbą”. I odczytywała na głos wszystkie listy.

Ada rozpłakała się, powiedziała, że zrywa fuksówkę. Ale przekonali ją, że to tylko gra. Wróciła. Przez trzy tygodnie słyszała, że jest do niczego, szpetna, bez sensu. Wciąż śni się jej wieczór, gdy jeden z nestorów przyszedł pijany. Podchodził i mówił coś na ucho. Ada nie chce pamiętać, co to było.

– Kiedy dzisiaj go spotykam, to mam dreszcze i chce mi się rzygać. W trakcie składania życzeń bożonarodzeniowych powiedziałam mu, że każdy nocny napad na lodówkę to jest myśl o nim. Nie zrozumiał.

Koledzy mówią, że jest przewrażliwiona. I że dodatkowe przefuksowanie dobrze by jej zrobiło.

Jaki to dzień?

Zadania w terenie. Fuksiara idzie dwa metry przed nestorami, każą jej śpiewać i tańczyć. „Podskakuj, przyda ci się, spaślaku!”. Fuksiara podskakuje i śmieje się głośno. Jakoś za głośno.

Chyba czwartek

  1. Zostaje sama w „tramwaju”, my idziemy na zajęcia. Zawsze musi być ktoś, kto zabawi nestorów. Ma rozprute spodnie w kroku, każą jej wejść na parapet. Kręci tyłkiem z tym rozprutym szwem i śpiewa: „Moja macica tańczy od rana do nocy, ty też możesz mieć macicę taką jak ja, zadzwoń o 700…”. Pytam ją, dlaczego to zrobiła. „Ja już chcę tylko dobrnąć do końca, zrobię wszystko, co mi każą”.

Piątek

Wieczorem kilka osób idzie pisać hymn fuksówki. Wśród nich Błażej. Dusza towarzystwa, ma łatwość wymyślania piosenek. Jedyny z samochodem, więc cały dzień jeździł w poszukiwaniu sponsorów na bal fuksówkowy. Poprzedniej doby spał dwie godziny, tej nocy niewiele dłużej. Głowa opada mu, gdy tylko usiądzie. O 3 nad ranem puszczają nas. Błażej wsiada do swojego malucha, zabiera fuksiarę i dwie nestorki, by podwieźć je do domu.

Komunikat Komendy Miejskiej Policji w Białymstoku: „O godzinie 3.20 dnia 13.10.2007 przy ul. 1000-lecia Państwa Polskiego samochód marki Fiat I26p kierowany przez Błażeja P., rocznik ’89, zjechał na przeciwległy pas ruchu i uderzył czołowo w nadjeżdżający z naprzeciwka bus.”

Sobota

Od rana nestorzy biegają przerażeni. Jak Błażej umrze, będą kłopoty. Po przywiezieniu do szpitala majaczył i recytował listę nazwisk nestorów. Któraś z nestorek mówi, że jego stan jest ciężki. Reszta każe jej stulić ryj. Bal się odbędzie.

Oddział neurologiczny szpitala wojewódzkiego w Białymstoku. Matka Błażeja stoi przed salą. Ma mokre oczy.

Bal fuksówkowy

Występujemy przed profesorami. Musimy odegrać swoje powitania. Fuksiara wychodzi, maca się po udach i jęczy: „Jeeeedziesz mnie”, spoglądając pożądliwie na nestora. Wracając, nie patrzy nikomu w oczy.

Restauracja w białostockim hotelu Cristal

Koleżanka Błażeja przekonuje, że nestorzy nie są źli. Tylko na czas fuksówki założyli zwierzęce maski.

– A może właśnie wtedy zdjęli maski ludzi? – pytamy.

– W szkole średniej mieliśmy nauczyciela WF-u, który molestował naszą koleżankę – zaczyna cicho. – Przez tyle czasu nic nie zrobiliśmy. Moja mama nie wie, co tu się dzieje. Ale czegoś się domyśla.

Studentka wyciąga telefon z SMS-em od mamy: „Pamiętasz, jak tłumaczyłyście swojego nauczyciela WF-u? Chorego zachowania nie wolno usprawiedliwiać”.

Po balu

Byłam u Błażeja. Leży na neurologii. Codziennie każe koleżance przypominać sobie ten dzień. I nazajutrz znowu, bo nie pamięta. Pytam, czy odwiedzili go nestorzy, dziekan. Zaprzecza. Ale może nie pamięta…

***

Katarzyna Bujakiewicz (skończyła wrocławską szkołę teatralną): – Przyszłam do szkoły z dobrej rodziny, w której nie klęło się dzieciom nad głową. Atu szok! Wyzwiska, chamskie zachowania. Nie potrzebowałam takiego wprowadzenia do zawodu. Myślę, że jeśli tylko stworzy się niektórym okazję, to pokazują swoją władzę, wyższość, mają sadystyczne ciągoty. Zwłaszcza ci o małym poczuciu własnej wartości i z kompleksami,

Anna Dereszowska (skończyła warszawską szkołę teatralną): – Być może należę do słabych psychicznie, ale fuksówka była dla mnie traumą. Źle się czułam z tabliczką ze swoim imieniem i nazwiskiem, którą nosiłam na szyi. Nie mogłam zapamiętać personaliów studentów i pracowników szkoły. Spotkania nocne i wielogodzinne stanie na baczność były bezsensowne. Jeśli fuksówka była zabawą, to ja nie bawiłam się dobrze.

Andrzej Grabowski (skończył krakowską szkołę teatralną): – Sam nie pamiętam sytuacji dręczenia przez nestorów. Ale fuksówką mojej córki (właśnie skończyła szkołę) byłem przerażony. Przypominała falę w wojsku. Radziłem, żeby się zbuntowała, ale choć płakała, dotrwała do końca upokorzeń. Nie rozumiem tego, co się teraz dzieje w szkołach teatralnych.

***

Łatwo być podłym – mówi Konrad Maj, psycholog społeczny.

Trudno to pojąć: dorośli, inteligentni ludzie, a pozwalają się tak upokarzać. Zamiast dać w gębę kolegom oprawcom – płaczą.

– Ludzie potrafią sobie wiele wytłumaczyć. Trudno im się przyznać, że dali się upodlić, więc znajdują wyjaśnienie dla swojej słabości. Prowadzi to do paradoksalnej sytuacji, że im bardziej radykalna inicjacja, tym mocniej jej uczestnicy wierzą, że trafili do wyjątkowego grona. Ten sam mechanizm wykorzystują sekty. Na przykład na spotkaniach Himawanti guru kazał pić wiernym wodę, w której umył nogi. Upokarzający rytuał powoduje, że ludzie, którzy go przeszli są bardziej lojalni. Myślą: skoro zrobiłem coś tak okropnego, to znaczy, że bardzo kocham mego guru. Odnajdują w sobie misję, dla której się poświęcili.

Dałem się poniżyć na fuksówce, czyli złożyłem swoją godność na ołtarzu sztuki?

Sądzą, że skoro tyle wycierpieli to musiało być  warto. No i oni do tej fuksówki przystępują z własnej woli. Zgodzili się na jedną „próbę”, więc trudno im się później wycofać, pragną być konsekwentni. Poza tym wierzą, że inaczej grupa wyprze się ich. Człowiek jest istotą stadną, odrzucenie to najgorsza kara. A ich starsi koledzy bezwzględnie to wykorzystują. Łatwo im przychodzi bycie podłym. Nestorzy bronią mitu wyjątkowości grupy, a przez to sami się dowartościowują. Wszak akademia teatralna to nie miejsce dla każdego. Pierwszoroczniakom trzeba pokazać, kto jest starszy, bardziej doświadczony. Słowem – lepszy. Dlatego nowi muszą przejść rytuał, którego dopełnienie powoduje, że można być uznanym za pełnoprawnego członka grupy.

Inicjacja musi wiązać się z upokarzaniem?

Nie musi, ale praktyka pokazuje, że jeśli nie ma kontroli to puszczają hamulce. Wystarczy, że pojawi się ktoś, kto będzie chciał się wyróżnić z tłumu dręczycieli i posunie się o krok dalej, niż drobne uszczypliwości. Potraktuje poniżaną osobę przedmiotowo – jako środek do osiągnięcia poklasku, a nie jak istotę ludzką. Jest to tym łatwiejsze, że odpowiedzialność rozkłada się na wiele osób. Zresztą faktycznie, takie drastyczne zachowania natychmiast podchwytują inni.

Wspomniał Pan o kontroli – przerażający jest fakt, że wszystko dzieje się przy cichej aprobacie nauczycieli akademickich.

Oni też byli kiedyś fuksami, usprawiedliwiają się, że tak jest od lat. Dlatego tak trudno wyeliminować falę w wojsku, bo któryś rocznik musiałby się wyłamać z „tradycji”. Tak samo starsi studenci, którzy przeszli podobny rytuał – pamiętają, jak cierpieli, dlatego upokarzają innych. Każdy myśli: dlaczego im ma być lepiej? To zamknięty krąg, który trudno przerwać.

Władze szkoły twierdzą wręcz, że fuksówka ma same zalety: uczy pokory, dystansu do siebie, organizowania czasu.

Wychowawcy należą do tego samego kręgu ofiar, które stają się katami. Bo można komuś na zajęciach przydzielić rolę ofiary, ale trzeba zaznaczyć: nie jesteś naprawdę brzydki i głupi, masz tylko takiego zagrać. Wtedy jest szansa, że taka osoba będzie w stanie zdystansować się od granej roli. Jednak jeśli kogoś zmusza się, aby był ofiarą przez kilka tygodni, to można przypuszczać, że będzie to miało trwałe skutki psychologiczne: obniżenie poczucia własnej wartości, depresja. Powiedziałbym, że w tych szkołach sytuacja nie jest zdrowa.

Współpraca: Konrad Dulkowski,

Polska The Times, 8 stycznia 2010 roku

                                                                  Mordercy Papały zabijają nadal

– To był dla nas szok – mówią policjanci, którzy 25 czerwca 1998 roku pracowali w komendzie stołecznej. Nigdy wcześniej nikt nie odważył się w Polsce podnieść ręki na komendanta głównego policji, w ogóle stosunkowo rzadko strzelano do gliniarzy. Bandyci wiedzieli, że „martwy pies” ściąga na głowę kłopoty, bo koledzy zabitego szukają mordercy ze zdwojoną energią. – Pamiętam, że kilka razy sprawdzaliśmy tą informację – opowiada jeden z warszawskich śledczych. I kiedy okazało się, że gen. Marek Papała nie żyje, któryś z policjantów mruknął pod nosem: Jak szybka kariera, tak szybka śmierć.

Papałę zastrzelono 25 czerwca na parkingu pod blokiem na warszawskim Mokotowie. Ciało znalazł żona, Małgorzata, która próbowała reanimować męża. Ale strzał był śmiertelny, oddany z małej odległości, prosto w głowę. W ciągu kliku minut na miejscu zbrodni pojawiła się ekipa śledcza i tłum ludzi. Małgorzata Papała tak opowiadała w wywiadzie udzielonym w czerwcu 2005 roku Pawłowi Biedziakowi dla branżowej gazety „Policja 997”: „Do samochodu, gdzie trwały oględziny, bez przerwy zbliżali się jacyś politycy, wysocy rangą policjanci, fotografowie, dziennikarze. Tłum ludzi. Byłam w szoku. Krzyczałam, aby policja zrobiła z tym porządek. Dopiero wtedy rozciągnęli taśmę. Miałam wrażenie, że nie ma nikogo, kto by chciał wziąć odpowiedzialność za śledztwo i kierować oględzinami. Zostawiano mnie samą. Mało tego musiałam wysłuchiwać pierwszych spekulacji na temat śmierci męża, od razu, tej nocy, przed blokiem”.

Jak później ustalono w śledztwie, dwie godziny przed śmiercią Marek Papała był w Wilanowie u emerytowanego generała MSW, Józefa Sasina. W mieszkaniu był generał Józef Sasin, jego żona – Janina i syn generała Jacek z żoną. Był też amerykański biznesmen polskiego pochodzenia Edward Mazur z kierowcą. Papała zjawił się na Wiktorii Wiedeńskiej około godziny 20.00. Początkowo to Mazur miał odwiedzić w domu Papałę, ale kiedy około godziny 19.30 zdzwonili się, żeby doprecyzować spotkanie, Mazur prosił, żeby ten przyjechał właśnie do „Zatoki Świń”. Obaj mieli dograć szczegóły wyjazdu Papały do USA. Papała nigdy wcześniej nie był w domu Sasinów, chociaż znali się, dlatego Sasin przez telefon wyjaśnił komendantowi policji, jak znaleźć mieszkanie. Papała przyjechał po około 20 minutach. Zjawił się na imieninach przypadkiem, był zaskoczony, że obchodzona jest uroczystość. Nie pił alkoholu, bo prowadził samochód. Według relacji Sasina, Papała rozmawiał z Mazurem o wyjeździe do Stanów. Zaraz po Papale z domu Sasinów wyszedł Mazur. Wcześniej proponował generałowi, by pojechali razem. Generał nie skorzystał z tej propozycji i wyszedł sam. Pojechał na Dworzec Centralny, skąd miał odebrać matkę. Pociąg się spóźniał, więc wrócił do domu. Około godziny 22:00 podjechał samochodem marki Daewoo Espero pod budynek przy ul. Rzymowskiego 17 w Warszawie, tam czekali na niego zabójcy.

Już tego dnia, zdaniem ekspertów i dziennikarzy, którzy przez lata śledzili prowadzone śledztwo, popełniono pierwszy błąd: nie zatrzymano wszystkich, którzy mogli cokolwiek wiedzieć o kilerach i ich zleceniodawcy. Jarosław Sokołowski, pseud. Masa, najważniejszy w Polsce świadek koronny, w jednym z wywiadów opowiadał, że świat przestępczy był przekonany, iż po czymś takim, po zabójstwie szefa policji, wszyscy gangsterzy zostaną zatrzymani przynajmniej na 48 godzin i przepytani na okoliczność tej zbrodni. Pochowali się, ale nikt ich nie szukał.

– Polskie organa ścigania były do tej sprawy nieprzygotowane – uważa Krzysztof Liedel, były policjant, dzisiaj szef Centrum Badań nad Terroryzmem. – W naszym kraju bardzo rzadko dochodziło do zabójstw polityków, czy wysokich rangą urzędników. Policja nie zajmowała się do tej pory rozpracowywaniem tych środowisk, a w momencie, kiedy doszło do zabójstwa gen. Papały, te środowiska momentalnie się zamknęły, stały jeszcze bardziej hermetyczne– ciągnie Liedel.

Podobnego zdania jest Anna Marszałek, dziennikarka śledcza, od lat przyglądająca się śledztwu w sprawie zabójstwa generała. – Prawda jest taka, że czego nie zrobi się w pierwszych miesiącach śledztwa, nie zrobi się już nigdy. Bo ludzie powoli zapominają pewne fakty, świadkowie umierają, giną, znikają w dziwnych okolicznościach – mówi Marszałek. I dodaje, że decydentom zabrakło wyobraźni, jak szeroko ta sprawa może sięgać i jak kompleksowo trzeba ją prowadzić.

Śledztwo w sprawie zabójstwa gen. Papały prowadził na początku wydział zabójstw Komendy Stołecznej Policji, policjanci, nawet jeśli świetni w swoim fachu, to nie przygotowani do sprawy takiego kalibru. Potem przejęła ją Komenda Główna Policji, w której utworzono specjalną grupę dochodzeniowo-śledczą, nazwaną zresztą „Generał”.

 – Ale nigdy w śledztwo nie włączyły się służby specjalne, i to był także jeden z decydujących błędów prowadzenia tej sprawy – uważa Anna Marszałek. A nawet, jeśli służby nie miały, z powodów o których później, ochoty na grzebanie się w aktach, mogli im to zlecić politycy.

Hipotez stawianych przez grupę „Generał” było przynajmniej kilka. Ale żeby o nich pisać, trzeba najpierw poznać samego gen. Marka Papały. Policjanci mają rację, generał zrobił oszałamiającą karierę. Urodził się w 1959 roku w Pruchniku, w woj. podkarpackim. Służbę w Milicji Obywatelskiej rozpoczął w 1979 jako ochotnik w Batalionie Centralnego Podporządkowania, potem zaczął studia w Wyższej Szkoły Oficerskiej w Szczytnie, gdzie po ukończeniu pozostał jako wykładowca zagadnień bezpieczeństwa ruchu drogowego. W 1984 został zatrudniony w Komendzie Głównej Milicji Obywatelskiej w Biurze Ruchu Drogowego, pracował m.in. jako inspektor, naczelnik wydziału, zastępca dyrektora i dyrektor Biura. W 1995 awansował na zastępcę Komendanta Głównego Policji Jerzego Stańczyka. 3 stycznia 1997 minister spraw wewnętrznych i administracji Leszek Miller, mianował Papałę Komendantem Głównym Policji w stopniu inspektora. Jako komendant został następnie awansowany na stopień nadinspektora. Z funkcji komendanta został odwołany 29 stycznia 1998 przez ministra Janusza Tomaszewskiego.

– Zrobił oszałamiającą karierę dzięki układowi polityczno-towarzyskiemu, w którym tkwił: to byli ludzie były służb– mówi nam jeden z policjantów. – Związany głównie z lewicą. Ale w czasie, kiedy awansował nic nie było za darmo, za wszystko trzeba było płacić.

Inny z policjantów podkreśla, że Papała świetnie „się rozprowadzał”, jakby to dzisiaj powiedzieć, miał dobry piar.

– To nie była osoba, która szła pod prąd – mówi Anna Marszałek. – Generał karnie wykonywał zadania na niego nakładane. Był człowiekiem uznanym przez polityków i bardzo chciał wspiąć się na samą górę – dodaje.

Paweł Biedziak, były rzecznik prasowy KG podkreśla jednak, że gen. Papała ciężko pracował na to, co osiągnął. – Przychodził do pracy o 7.00 rano, wychodził o 23.00. Codziennie organizował nam spotkania, nierzadko w sobotę i niedzielę – opowiada. Taki typ człowieka początku lat 90.: skoncentrowanego na pracy, żeby nie powiedzieć pracoholika.

– Miał wiele pomysłów, ale i zwyczaj konsultowania ich z kim się dało: związkami zawodowymi, prasą, bo wszystko miało dobywać się w dialogu. Tyle tylko, że te konsultacje opóźniały wdrażanie jego pomysłów – opowiada nasz rozmówca.

Niektórzy twierdzą, że generał miał problem z alkoholem, że nie stronił od narkotyków.

 – To bzdura. Był skrajnie przemęczony, ale nigdy nie ciągnęło go do używek – twierdzi Biedziak.

Prywatnie przez lata związany był z Małgorzatą, to była szkolna miłość, poznali się w ogólniaku. Jak mówią znajomi Papałów, Marek był dla niej wszystkim. Ale jedną z pierwszych z wersji sprawdzanych przez śledczych była ta o udziale w zabójstwie męża Małgorzaty Papały. Była pierwszą osobą, która znalazła się na miejscu zbrodni. Akurat wyszła na spacer z psem. Podobno generał miał wysokie ubezpieczenie na życie. Jakie? Nie wiadomo. No i miał kochankę.

– Bardzo przeżyła, kiedy podczas jednego z pierwszych przesłuchań oficer UOP położył przed nią kartkę i kazał spisać przyznanie się do winy – opowiada jeden z naszych rozmówców.

Śledczy brali pod uwagę porachunki policyjne, porachunki służb specjalnych, zemstę kogoś z rodzinnych stron. Jedną z najbardziej forsowanych hipotez i chyba najbardziej wiarygodną była jednak ta, że Marek Papała dowiedział się czego, co mogło czynić go niebezpiecznym albo sam wmieszał się w takie sprawy. Najpoważniejsza hipoteza śledcza przyjmowana przez prokuraturę mówi, że sprawa ma swój początek w latach 80. Wtedy Służba Bezpieczeństwa szukając dodatkowych źródeł pieniędzy zaczęła produkować i przemycać do Szwecji amfetaminę. Po 1989 r. wyrzuceni z resortu esbecy przejęli biznes na własny rachunek. Papała prawdopodobnie odkrył, że osoby z nimi związane zajmowały wtedy nadal ważne stanowiska państwowe. Być może chciał ostrzec przed nimi Leszka Millera. Faktem jest, że niedługo przed śmiercią zabiegał – bezskutecznie – o spotkanie z nim.

Mówiło się ludziach związanych z tzw. ośrodkiem wiedeńskim, czyli miejscem styku wielkiego biznesu, służb specjalnych i świata przestępczego. No i w 1999 roku pojawił się świadek Artur Zirajewski, gangster z grupy płatnych morderców, który twierdził, że rok wcześniej spotkał się w gdańskim hotelu z Edwardem Mazurem, polskim przedsiębiorcą działającym w USA, Andrzejem Z., pseudonim Słowik, jednym z bossów gangu pruszkowskiego, i Nikodemem S., pseudonim Nikoś, szefem świata przestępczego na Pomorzu. Gangsterzy szukali kogoś, kto weźmie zlecenia na „głównego psa”. Tymi zeznaniami Zirajewski, przynajmniej na jakiś czas, wykreował się na świadka numer jeden w jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym, śledztwie prowadzonym przez polski wymiar sprawiedliwości, a Edward Mazur na jedengo z głównych podejrzanych o zlecenia zabójstwa gen.Papały.

Na razie przedstawiono zarzuty nakłaniania i współudziału w zabójstwie Papały dwóm gangsterom z grupy pruszkowskiej: Ryszardowi Boguckiemu (w 2003 r.) i domniemanemu szefowi gangu Andrzejowi Z. ps. Słowik (w listopadzie 2005 r.) „Słowika” zatrzymano w Hiszpanii, Boguckiego w Meksyku. Ten ostatni został już skazany prawomocnie na 25 lat więzienia za zabójstwo domniemanego szefa gangu pruszkowskiego Andrzeja K., „Pershinga”. Podejrzewany o zabójstwo Papały Ryszard Niemczyk, także skazany na 25 lat więzienia za zabójstwo „Pershinga”, powiedział w styczniu 2006 przed bielskim sądem, że nie ma nic wspólnego z zamachem na Papałę. To samo twierdzi Bogucki. Edwarda Mazura został zatrzymany przez FBI 20 czerwca 2006 r. w Chicago. W lipcu 2007 roku amerykański sąd odmówił jednak wydania go Polsce. Zeznania Zirajewskiego były podstawą do wystąpienia o ekstradycję Edwarda Mazura, jednak w lipcu 2007 roku sąd federalny w Chicago nie zgodził się na jego wydanie. Uznał zeznania „Iwana” za kłamliwe i mało wiarygodne. Obrońcy Mazura, ale i niektórzy polscy śledczy podkreślali, że Zirajewski ułożył sobie w areszcie historię na podstawie doniesień prasy i rozmów z oficerami CBŚ.

– Potwierdził swoją wiarygodność w innych sprawach. A koło jego zeznań nie można było przejść obojętnie – mówi jeden ze śledczych.

Anna Marszałek zauważa, że w czasie śledztwa nastąpiło tzw. przemęczenie materiału. Nad sprawą pracował właściwie jeden prokurator, w grupie operacyjnej “Generał” też nie zmieniali się ludzie.

– Zabrało świeżych głów, świeżych tropów. Prokuratorowi Mierzejewskiemu przydzielano do pomocy prokuratorów, ale głownie po to, aby go pilnowali – mówi. I zwraca uwagę na jeszcze jeden ważny aspekt: sprawę traktowano politycznie, dlatego wiele osób było nią zaiteresowanych, każdy chciał wiedzieć czy nie mają czegoś na niego. – Zwaszcza w czasie rządów SLD ze śledztwa wyciekały dokumenty. Edward Mazur wiedział więcej o tym, nad czym pracuje grupa i prokuratorzy niż sami decydenci – opowiada.

Poseł Zbigniew Wassermann zwraca uwagę, na służby specjalne, które od początku lansowały hipotezę, że to winnych zabójstwa trzeba szukać w rodzinie Papały. A potem, gdy w śledztwie pojawiła się osoba Mazura, ludzie służb osobiście za niego ręczyły i wydały pozytywną opinię. –Wiele wskazuje, że Mazur nie był im obojętny – uważa poseł Wassermann. Media spekulowały zresztą, że przedsiębiorca jest człowiekiem służb.

O tym, że był z jakichś powodów specjalnie traktowany, świadczy choćby narada, w której uczestniczyli prokurator Mierzewski, szefowie prokuratury okręgowej i apelacyjnej w Warszawie i prokurator krajowy Karol Napierski. Doszło do niej w lutym 2002 r., kiedy biznesmen został zatrzymany w Polsce. Prokuratura miała już zeznanie Zirajewskiego, który podczas okazania wskazał Mazura i podtrzymał swoje słowa. Ale po gorączkowych rozmowach w ministerstwie Edwarda Mazura, mimo że Mierzewski naciskał na jego zatrzymanie, wypuszczono. Potem prok. Napierski stwierdził, że była to decyzja kolegialna.

– Pytanie: dlaczego? – zastanawia się poseł Wassermann. Ktoś zasugerował prokuratorom, aby tego nie robili? Jeśli tak, to kto? Nie ma stuprocentowych dowodów na to, że to Mazur wydał zlecenie na Papałę, choć – jak podkreślają moi rozmówcy – wiele na to wskazuje.

– Tylko brakuje mi motywu – wzrusza ramionami Anna Marszałek. Może więc za zabójstwem generała stał nie tylko sam Mazur. – Jeżeli przyjąć, że na miejscu zdarzenia były dwie grupy przestępcze, to bardzo prawdopodobne – mówi Anna Marszałek.

A wiele wskazuje na to, że oprócz Boguckiego pod blokiem generała był Rafał K. pseud. Gruby, warszawski gangster powiązany z Jeremiaszem Barańskim ps. Baranina, tym samym, który wydał zlecenie zabójstwa ministra sportu Jacka Dębskiego. Jeden ze świadków twierdzi, że „Gruby” podał mu paczkę, w której była broń, i kazał wrzucić do Wisły. I to on mógł strzelać do Marka Papały.

– „Baranina” to człowiek nieobliczalny, szalony, jego byłoby stać na takie zlecenie. Potrafił pobić nauczycielkę za to, że skarciła jego syna – opowiada Anna Marszałek. To jego ludzie obserwowali Papałę na kilka miesięcy przed zabójstwem, chodzili za nim do szkoły języków obcych, w której generał uczył się angielskiego.

– Ten, kto strzelał do generała Papały, na pewno już nie żyje – mówi Krzysztof Liedel. Bo zleceniodawcy zawsze pozbywają się niewygodnych świadków, a najniebezpieczniejszym z nich jest ten, który pociąga za cyngiel. Jeśli to „Gruby” zabił Papałę, nie przyzna się do winy, został zabity strzałem w głowę trzy miesiące po zabójstwie generała.

Kto zna scenariusz i głównych bohaterów wydarzeń dnia 25 czerwca 1998 r.? Pewnie znalazłoby się przynajmniej kilka osób. Tą wiedzę może posiadać Andrzej Z. pseud. Słowik, który ponoć bardzo się cieszy ze śmierci Zirajewskiego. Sporo może wiedzieć Edward Mazur, ludzie służb specjalnych, gangsterzy, może politycy. Niektórzy z nich nie żyją, inni nigdy nie zdecydują się mówić. I mało prawdopodobne, abyśmy kiedykolwiek poznali prawdę o zabójstwie gen. Papały

Polska The Times, 3 listopada 2017 roku

                                            Sekretne życie polityków

W polskiej polityce coraz częściej o miłości, romansach i zdradzie. Niektóre historie przypominają te z Harlequina, inne – z dobrego kryminału. O tym, że sporo się w tej kwestii na Wiejskiej dzieje, niech świadczy fakt, że nie tak dawno Anna Kamińska, była już żona byłego posła Prawa i Sprawiedliwości Mariusza Antoniego Kamińskiego, apelowała o zakazanie wstępu do Sejmu „zdrajcom małżeńskim”. Kamińscy rozwiedli się kilka lat temu, były polityk ma już drugą żonę, Ilonę Klejnowską, znaną niegdyś jako „aniołek Kaczyńskiego”, ale pierwsza wybranka postanowiła o byłego męża powalczyć.

Kamińska zaproponowała projekt nietypowej ustawy. Miałaby zakazywać kawalerom i „zdrajcom małżeńskim” sprawowania mandatu posła.\– Mój były mąż, były poseł Mariusz Antoni Kamiński, zdradził mnie z partyjną koleżanką. Polski Sejm zdradą małżeńską i rozwiązłością obyczajową stoi. Dlatego rozpoczynamy ogólnopolską akcję zbierania podpisów pod obywatelskim projektem ustawy wprowadzającej zaostrzony reżim moralny – zapowiedziała Anna Kamińska, ale jej pomysł, jak na razie, nie został podjęty przez żadną partię polityczną.

Wcale tym niezniechęcona brnie dalej. Napisała psalm zaadresowany do Mariusza Antoniego Kamińskiego pod tytułem „Psalm żony niezłomnej w wierze”. Jego fragmenty odczytywane przez samą autorkę zarejestrowała Nowa TV.

„Mariusz, wracaj do domu. Ja ci wszystko wybaczam. Wiem, że nie jest ci łatwo, sprawy zaszły za daleko. (…) Kim będziemy, jeśli odrzucimy naszą wiarę? Bydlętami?” – zaczyna Kamińska. Refrenem jest tu oczywiście fraza: „Mariusz, wracaj do domu”. A dalej: „Zdradziłeś mnie, to prawda bolesna. Ale ja w pokorze, odrzucając wszelką moją ambicję i moje własne poczucie wartości, ja ci to przebaczam (…). Ale kto wybaczy ci zdradę Boga, jeśli w porę do Boga nie wrócisz?” – pyta żona byłego posła. „Ja wyruszam, by cię odszukać i przyprowadzić do owczarni Pana. To nie jest mój kaprys, to nie jest zachcianka. To mój obowiązek, jako twej jedynej żony” – tłumaczy. I apeluje, na zakończenie, po raz kolejny: „Mówię ci, Mariusz, wracaj”.

Łzawe, nawet trochę banalne. Znacznie mocniej sprawa wygląda u senatora Prawa i Sprawiedliwości Waldemara Bonkowskiego. Do niedawna raczej mało znany opinii publicznej, senator Bonkowski zasłynął ostatnio swoją opinią na temat uchodźców i krajów afrykańskich. – Jeśli myślicie, że ci ludzie są nas w stanie ubogacić kulturowo, to współczuję. Pojedźcie sobie, zobaczcie. Powiem nawet kolokwialnie: syf, kiła i mogiła. Tych ludzi się nie da ucywilizować – mówił we wrześniu podczas posiedzenia Senatu. W lipcu z kolei zabrał głos w debacie o Sądzie Najwyższym. – Tam chodzą stare upiory bolszewickie, ubeckie wdowy i pożyteczni idioci – perorował w parlamencie.

Nie wiadomo, jak czuje się dzisiaj senator Bonkowski, bo właśnie w „Dużym Formacie” ukazał się tekst, który powstał na podstawie rozmowy z jego żoną. A ta, jako jeden z powodów rozpadu ich małżeństwa, podaje romans bogobojnego senatora.

– Mój mąż ma dwa oblicza. Głosi swoje piękne hasła: „Bóg, Honor, Ojczyzna i Rodzina”. Tą rodziną miałam być ja, ale on uczynił z partii rodzinę. A potem pojawiła się ona, M.: znajoma spod smoleńskiego krzyża – wyjaśnia Hanna Bonkowska. – Wieczorami na FB wyznawał jej uczucia. Pisali do siebie niemal codziennie. Po którejś z miesięcznic M. dzieliła się z Waldkiem wrażeniami: o tym, jak przemawiała do mikrofonu przed mszą i po mszy. A potem stała blisko, na wprost prezesa, a on przez długą chwilę patrzył jej w oczy. Napisała też, że mogłaby robić Jarkowi masaż stópek. Na co mój mąż odpisał, że zaczyna być zazdrosny o prezesa – opowiadała.

Gdy zaczęła być coraz bardziej podejrzliwa, Waldemar Bonkowski miał jej zarzucać chorobę psychiczną, z czasem stawał się też coraz bardziej agresywny.

– Z dnia na dzień zrobiło się otwarte piekło. Szarpał mnie, popychał, wyzywał i straszył szpitalem. Ja mała, chuda – on wielki. Bałam się. Uprzedziłam rodzinę, że może mnie zamknąć w psychiatryku. Zgłosiłam to też dzielnicowemu – opowiada żona senatora Bonkowskiego. Jej małżonek najbardziej miał się obawiać tego, że opisze sytuację domową w liście do prezesa PiS i stanowczo ostrzegał, aby tego nie robiła.

Bo zdrada, to jedno, ale polityk PiS miał stosować wobec Hanny Bonkowskiej przemoc, a nawet grozić jej bronią. W każdym razie relacje kobiety szokują. Jeśli mówi prawdę, sprawą powinien zająć się nie prezes Kaczyński, a prokurator.

Romanse, zdrady nie są domeną wyłącznie polskich polityków. Francuzi przyzwyczaili się już do tego, że ich czołowi przywódcy od czasu do czasu wdają się „na boku” w jakiś związek. Sporo doświadczenia mają w tym względzie także ich amerykańscy koledzy.

Cóż, może rację ma jednak Anna Kamińska mówiąc, że polski Sejm zdradą małżeńską i rozwiązłością obyczajową stoi. Ostatnio najgłośniej było o romansie Ryszarda Petru, lidera Nowoczesnej, pikanterii sprawie dodaje fakt, że Petru zdradzał żonę z partyjną koleżanką. Wszystko zaczęło się od zdjęcia, które zostało opublikowane na Twitterze. Przedstawiało Joannę Schmidt, która wraz z Ryszardem Petru leciała do Portugalii, by świętować Nowy Rok. W tym czasie w Sejmie trwał protest opozycji, która okupowała salę plenarną. Wśród protestujących polityków zabrakło tych dwojga, no i zrobił się szum. Para długo nie chciała komentować sytuacji, ale ujawnione przez jeden z tabloidów czułe SMS-y, które politycy wysyłali sobie podczas posiedzenia Sejmu, tylko pogorszyły sprawę. Wreszcie Joanna Schmidt w jednym z wywiadów przyznała: „We wrześniu 2016 roku wzięłam rozwód. A w październiku Ryszard Petru wyprowadził się z domu. Jesteśmy razem. Ryszard był w trakcie separacji, a teraz jest w trakcie rozwodu. To Ryszard złożył pozew rozwodowy”. Tabloidy miały używanie: z satysfakcją relacjonowały, jak to Ryszard Petru wyprowadza się z domu, jak spotyka się z dziećmi, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – para nie musiała już dłużej ukrywać swojego uczucia. Na oficjalnych i mniej oficjalnych imprezach pojawia się razem, nie szczędząc sobie czułości.

A głośno jeszcze ostatnio o rzekomo bliskich relacjach Borysa Budki i Kamili Gasiuk-Pihowicz. Oboje dość mocno zaangażowali się w obronę polskiego wymiaru sprawiedliwości przed reformatorskimi zapędami ministra Ziobry. No i stało się, bo oto w dwudziestym drugim odcinku „Ucha prezesa” byliśmy świadkami płomiennego romansu polityka Platformy i posłanki Nowoczesnej: te spojrzenia, muśnięcia dłoni… Borys Budka poczuł się nawet tym miłosnym wątkiem nieco urażony.

– Chcę wyraźnie podkreślić, że ja się nie obraziłem – mówił w „Super Expressie” poseł Platformy. – Potrafię śmiać się z siebie, z kolegów po mojej stronie sceny politycznej. Są jednak pewne granice. Tą granicą jest dotknięcie moich bliskich. Jak ma się poczuć moja żona, która ogląda to, co pokazano? – pytał Budka.

Znacznie więcej luzu wykazała Kamila Gasiuk-Pihowicz.

– Uśmiałam się do łez. Przecież to jest program satyryczny. Trzeba mieć dystans do siebie – powiedziała Wirtualnej Polsce. Dodała też, że „zaraz po premierze odcinka, wysłała grającej ją aktorce (Annie Próchniak – red.) pączki”.

Dlaczego wybrała akurat te słodycze? Bo w odcinku, o którym mowa, jej postać wdaje się z Borysem Budką nie tylko w „romans” polityczny, ale również kulinarny i wspólnie zajadają się właśnie pączkami.

Cóż, „takie rzeczy” zdarzają się w środowisku lekarzy, aktorów, sędziów, pracowników korporacji, chociaż niektórzy trzymają się zasady, że nie ma nic gorszego niż romans w miejscu pracy. Tak, czy inaczej, nikogo nie powinny dziwić, że miłosne wątki pojawiają się także w polskiej polityce. Tym bardziej że ludzie są tu skazani na siebie kilka dni w tygodniu od rana do wieczora (ostatnio nawet późnego), inna rzecz, że władza, pieniądze – zawsze były świetnym afrodyzjakiem.

Zresztą, już dwadzieścia lat temu o kochliwości i rozwiązłości naszych parlamentarzystów pisała słynna Anastazja P. Przy Wiejskiej pojawiła się kompletnie znikąd. Ale wywołała największy obyczajowy skandal polityczny wolnej Polski, wyprzedzając o lata świetlne swoje czasy.

Był początek lat 90. Sejm pełen nowych twarzy wybranych w pierwszych demokratycznych wyborach parlamentarnych, ale też starych wyjadaczy, którzy w polityce siedzieli od lat. Z dnia na dzień na sejmowych korytarzach pojawiła się ona: Anastazja P. – Nie była jakąś pięknością. W każdym razie nie obejrzałbym się za nią na ulicy. Trochę pulchna, z wielkim biustem, nic szczególnego – opisuje Jerzy Dziewulski, były antyterrorysta, ale też poseł na Sejm I, II, III i IV kadencji. Dziewulski pozostawał powściągliwy wobec wdzięków młodej kobiety może dlatego, że – jak sam przyznaje – dużo latał i wciąż obracał się wśród stewardes, a te były kobietami o wyjątkowej urodzie.

Anastazja P. na innych robiła jednak wrażenie: ogromny dekolt, spódnica niezasłaniająca wszystkiego, na głowie finezyjny kapelusz z wielkim rondem. – Była inna niż pozostałe panie w Sejmie i może ta inność podobała się kolegom – wzrusza ramionami jeden z polityków, ale woli pozostać anonimowy, bo – jak tłumaczy – w kontekście „tej pani” wolałby się w tekście nie pojawiać. – No i była z tych kobiet, które mężczyźni uwielbiają: słuchała, kokietowała, sprawiała, że rozmówca czuł się najważniejszym i najmądrzejszym facetem na ziemi. Nawet posłom, a może szczególnie im, takie wyrazy uwielbienia bardzo się podobają – dodaje ze śmiechem polityk.

Anastazja P. była sprytna, roztaczała wokół siebie aurę tajemniczości: wszystkim naokoło opowiadała, że jest nieślubnym dzieckiem hrabiego Potockiego, korespondentką „Le Figaro” i byłą żoną popularnego aktora Bogusława L. Miała przyjechać z Francji, by odzyskać rodzinny majątek Walewice pod Łowiczem. No i pracowała: nawiązywała kontakty, zbierała informacje, wsłuchiwała się w opowieści naszych parlamentarzystów i nieśmiało zadawała pytania – w końcu praca korespondentki tak poważnej i cenionej w świecie gazety jak „Le Figaro” zobowiązuje.

Równie szybko jak przy Wiejskiej pojawiła się Anastazja P., pojawiły się plotki, z kim spała „francuska korespondentka”. Dziewulski był zdumiony, że męska część parlamentu tak mocno zaangażowała się w Anastazję P.

„Pamiętnik Anastazji P.” w latach 90-tych wywołał skandal w polskiej polityce

– Panowie przy Wiejskiej obracali się cały czas w swoim gronie, trochę już sobą i swoim męskim towarzystwem zmęczeni. Nagle pojawia się ktoś, kto nie jest miejscową dziennikarką ani koleżanką posłanką, a więc przynajmniej teoretycznie nie ma niebezpieczeństwa, że ewentualny romans wyjdzie na światło dzienne albo zostanie wykorzystany na przykład do szantażu. Anastazja P. wzbudzała zainteresowanie, na dodatek była kobietą do poderwania. W każdym razie, jak to się mówi, nie trzeba się było nachodzić, żeby ją poderwać. Na dodatek była spoza polityki, jawiła się zatem jako odskocznia od codziennej rzeczywistości. A co tu dużo mówić – okazja czyni złodzieja – wzrusza ramionami Jerzy Dziewulski. I chyba coś jest w tej diagnozie, chociaż Anastazja P. widziała to trochę inaczej. Tak napisała potem w książce, którą wysadziła w powietrze polski parlament: „Nie było ważne, czy jestem mądra, czy głupia, ładna czy brzydka, najistotniejsze było to, że każdy cham może sobie posiedzieć z hrabiną”. I dalej: „Każdą najbrzydszą babę wystarczy wpuścić do Sejmu na 24 godziny, by wyleczyć ją z kompleksów. Większość myśli tylko o tym, żeby się napić i popieprzyć. Seks, wóda i ploty”.

Mocne? Mocne! Ale prawda jest taka, że od zalotników Anastazja P. nie mogła się opędzić. Adorowali ją posłowie od lewicy po prawicę. Niektórzy na adorowaniu zresztą nie poprzestali, ale wskoczyli do łóżka rozchwytywanej korespondentki „Le Figaro”. Tych, którzy osobiście poznali najintymniejsze szczegóły jej ciała, było całkiem sporo. Biedacy niebawem mieli się przekonać, że pozory mylą, a niewierność nigdy nie popłaca. Bo oto Anastazja P. postanowiła zaistnieć nie tylko przy Wiejskiej, ale też w masowej wyobraźni Polaków. Zaczęło się od rozmowy z „hrabianką”, która ukazała się w tygodniku „Nie”. Nasza bohaterka odsłania w niej kulisy swojej dziennikarskiej pracy przy Wiejskiej, z najintymniejszymi jej szczegółami. Wywiad okazał się strzałem w dziesiątkę, „Nie” błyskawicznie rozeszło się w kioskach, ale rozmowa na łamach tygodnika była jedynie zapowiedzią afery, która miała wybuchnąć lada moment. I wybuchła, kiedy na rynku ukazała się książka „Pamiętnik Anastazji P.”, a w nim pikantne szczegóły życia erotycznego polskiego parlamentu. Anastazja P. ze szczegółami opisała, z kim i w jakich okolicznościach poszła do łóżka, wystarczy wspomnieć, że na jej długiej liście znaleźli się między innymi ówczesny wicemarszałek Andrzej Kern, Aleksander Kwaśniewski i Leszek Miller.

Isabel też mogła się podobać: młoda, nieco szalona, szybko zawróciła w głowie byłemu premierowi Kazimierzowi Marcinkiewiczowi. „Miłość Isabel i Kazimierza Marcinkiewicza od początku wzbudzała wiele kontrowersji. Duża różnica wieku, rozstanie z byłą żoną, a także frywolne wypowiedzi Isabel podsycały atmosferę. A zakochani od początku nie ukrywali się ze swoim uczuciem. Zobaczcie, jak bardzo się kochali” – pisał swego czasu „Fakt” i zaserwował czytelnikom serię romantycznych zdjęć zakochanych. W tym wypadku też trudno się dziwić zainteresowaniu mediów nowym związkiem Marcinkiewicza, bo para sprytnie to zainteresowanie podsycała. Ale też historia była niemal filmowa.

Po tym jak Kazimierz Marcinkiewicz stracił tekę premiera, wyjechał do Londynu. Miał tam zasiąść w radzie dyrektorów Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. Spędził nad Tamizą ponad dwa lata, oczywiście wpadał od czasu do czasu do rodzinnego Gorzowa. Podczas jednej z podróży zaczepił sympatyczną blondynkę, która coś tam sobie czytała. Przedstawiła się jako Isabel Olchowicz, od kilku lat mieszkała w Londynie. Marcinkiewicz się zakochał.

I chyba trochę się pogubił. Wysyłał tabloidom zdjęcia partnerki, wspólnie pozowali w weneckiej gondoli i na dwa głosy składali w internecie noworoczne życzenia. Sama Isabel też okazała się wdzięcznym tematem dla tabloidów. Przez chwilę była poetką, nad której twórczością rozwodzili się, trochę prześmiewczo, dziennikarze, od czasu do czasu pojawiała się w telewizji śniadaniowej. Potem oznajmiła, że została bizneswoman. „Pomyślałam, że wprowadzę na polski rynek coś, czego jeszcze nie ma, choć trudno znaleźć coś, czego w Polsce nie byłoby, to nie te czasy. (…) W warszawskich drogeriach nie mogłam kupić naturalnych kosmetyków, jakich używałam w Londynie. Miałam tam swoją ulubioną brytyjską markę Dr. Organic i oświeciło mnie, że powinnam je sprowadzać. Poszłam więc do Dr. Organic. Byli zainteresowani propozycją i moimi pomysłami. Rezultat jest taki, że już od grudnia ich kosmetyki są dostępne w aptekach, będą też niedługo w drogeriach. Otworzyłam sklep internetowy” – chwaliła się w rozmowie z „Vivą!”. Mówiła też, że przyjechała za mężem do Polski, bo nie wierzy w małżeństwo na odległość. Ale w międzyczasie pojawiły się plotki o kryzysie w małżeństwie Marcinkiewiczów, a nawet sugestie, jakoby były premier wyprowadził się od Isabel. I coś w tych plotkach było. Koniec końców: były premier jest w trakcie rozwodu, który przebiega równie burzliwie jak sam związek. Isabel zdążyła naubliżać publicznie Marcinkiewiczowi i wydać książkę, w której też go nie oszczędziła.

Swego czasu głośno było o płomiennym romansie Anity Błochowiak, posłanki Sojuszu Lewicy Demokratycznej, z kolegą z sejmowych ław Wojciechem Pomajdą. Romans wyszedł na jaw w połowie 2008 r. Pikanterii całej sytuacji dodawał fakt, że Pomajda był wtedy żonaty i miał już dwójkę dzieci. Ale uczucie między politykami lewicy kwitło. Niedługo później okazało się, że Błochowiak jest w ciąży, a na początku 2009 r. na świat przyszedł syn pary. Świeżo upieczona mama ostatecznie odeszła z polityki.

O wielu innych romansach też huczało (i huczy) przy Wiejskiej: padają imiona, nazwiska, konkretne dowody, ale pisać o tym nie wypada. Wszak plotki mogą okazać się wyłącznie plotkami. I, żeby było jasne, romansować mieli (mają) nie tylko posłowie z ostatnich ław sejmowych, ale także ci z pierwszej politycznej ligi.

Z drugiej strony: zdrady, romanse czy wielkie rozstania nie są jednak domeną wyłącznie naszych polityków. W ostatnim czasie prasa kolorowa rozpisywała się nad romansem, byłego już, francuskiego prezydenta François Hollande’a z młodszą od siebie Julie Gayet, francuską aktorką. Oficjalna partnerka prezydenta, 48-letnia Valérie Trierweiler, kiedy się o tym dowiedziała, wylądowała w szpitalu z powodu „silnego wstrząsu emocjonalnego”. Inna sprawa, że Valérie sama wcześniej była kochanką byłego już prezydenta Francji, odbijając go jego ówczesnej żonie i matce jego dzieci. Koniec końców Hollande oficjalnie ogłosił, że rozstał się z Valérie. Na Francuzach te historie nie robią jednak wrażenia. Za czasów Jacques’a Chiraca media huczały od plotek o jego romansie z włoską aktorką Claudią Cardinale. Z kolei François Mitterrand zdradzał żonę z Anne Pingeot, która urodziła mu córkę. Współistnienie obu związków prezydent ukrywał przez lata, prowadząc podwójne życie. Amerykańscy politycy też mają spore tradycje w kwestiach politycznych zdrad, romansów i rozwodów. Swego czasu świat żył historią bardzo bliskiej znajomości prezydenta Billa Clintona z Monicą Lewinsky. Ale żaden z politycznych romansów nie rozpalił masowej wyobraźni tak jak ten między Johnem Fitz-geraldem Kennedym a Marilyn Monroe. Bardzo kochliwy jest były premier Włoch Silvio Berlusconi – jego romansów nie sposób zliczyć. Nawet Władimir Putin, który oficjalnie rozstał się z żoną, podejrzewany jest o związek z gimnastyczką Aliną Kabajewą.

Cóż, takie życie – chciałoby się powiedzieć. Politycy, jak wszyscy, wpadają w sidła miłości. Tyle że ta staje się automatycznie sprawą niemal publiczną.

Newsweek, 1 sierpnia 2004 roku

                                                             Mordercy do wynajęcia

Sławomir Połeć ma twarz chłopca i pedantycznie wypielęgnowane dłonie. Małe oczy są zimne i błądzące. Mówi wolno, beznamiętnie, jakby relacjonował wydarzenia z nudnego dnia. Mimo to budzi dziwny niepokój. A może to nie on, tylko to miejsce, w którym rozmawiamy? Sala widzeń tarnowskiego zakładu karnego na oddziale dla niebezpiecznych przestępców jest tak mała, że mieszczą się w niej tylko cztery krzesła przytwierdzone do podłogi i gruba szyba, która oddziela mnie od tych skutych kajdanami rąk.

Sławomir Połeć zabił cztery osoby, sześć cudem uszło z życiem. Miał zlecenia na kilkanaście następnych. Od kwietnia tego roku odsiaduje dożywocie.

 – Co pan czuł, kiedy strzelał do ludzi?

– Nic. Zupełnie nic. Mnie po prostu łatwo przychodzi zabijanie – mówi z kamienną twarzą.

Z gruntu zły czy szalony? A może opętany? Sam o sobie mówi: – We mnie jest szatan.

Uczeni stworzyli wiele teorii tłumaczących, dlaczego ktoś staje się zabójcą. Jedni twierdzą, że to wpływ wychowania, traumatycznego dzieciństwa, negatywnego wpływu otoczenia. Inni – że skłonność do zła tkwi w genach i człowiek mordercą po prostu się rodzi. Ale jedni i drudzy płatnych zabójców uważają za psychopatów. Pozbawieni są inteligencji emocjonalnej, za to mają wysoko rozwiniętą inteligencję organizacyjną, poczucie wyjątkowości.

– We mnie jest dwóch ludzi: dobry i zły – ciągnie głucho swą opowieść Połeć. – Kiedy do głosu dochodzi zły, w głowie mam autostradę myśli. Działam automatycznie: wyciągam broń, odbezpieczam, strzelam.

Sądowi psycholodzy sporządzili mu taką charakterystykę: „Pozbawiony norm moralnych, popędliwy. Inteligentny. Podejmuje działania o wielkim ryzyku. Pozbawiony więzi emocjonalnych. Dąży do dominacji”.

Pierwszą ofiarą Połcia był młody narkoman z częstochowskiego dworca. Nawet go nie znał. Jeszcze żywemu wepchnął palce głęboko w oczodoły, potem dobił siekierą. Krwią ofiary wymalował pasy na swojej twarzy, zwłoki wysadził w powietrze. Potem zabijał dalej – dla przyjemności i na zlecenia. Miał poczucie misji. Jego ulubiony film to „Leon Zawodowiec”, utożsamia się z bohaterem: robił, co trzeba, czyszcząc świat z chwastów – z durni, drani i cwaniaków. I jak Leon niczego nie żałuje. Życie pomieszało mu się z fikcją.

Nie tylko jemu. Postać płatnego mordercy od lat rozpala ludzką wyobraźnię. Killerzy są bohaterami kasowych filmów, np. „Ghost Dog. Droga samuraja”, i powieści sensacyjnych, jak „Dzień szakala” Fredericka Forshyta czy „Jedenaste przykazanie” Jeffreya Archera. Profesjonalni, zimni, ale niezwykle skuteczni. Prawdziwe maszyny do zabijania, ale z misją. Samotnie zmagający się z brudami tego świata. Równie groźni, co pociągający. Ten wymyślony obraz zabójcy na zlecenie niewiele ma wspólnego z rzeczywistością, która ocieka krwią.

Jeśli spojrzeć w statystyki policyjne, okazuje się, że „egzekutorzy”, „cyngle” czy „doktorzy” – jak w przestępczym slangu nazywa się specjalistów od mokrej roboty – nie narzekają na brak zajęcia. Od 1998 roku, kiedy wprowadzono kategorię „na zlecenie” jako motyw zbrodni, ich liczba rośnie – od 13 w 1999 do 52 w 2002 roku. Obecnie w polskich więzieniach siedzi 150 oskarżonych o zabójstwo za pieniądze. Ale te dane nie uwzględniają morderstw, których motyw nie jest znany, i przypadków zaginięć, gdzie nie odnaleziono ani człowieka, ani jego ciała. Roger Lane, amerykański socjolog, twierdzi, że mordy na zlecenie stanowią nawet jedną czwartą wszystkich zabójstw. Jeśli przyjąć jego założenie, z rąk killerów ginie rocznie w Polsce ponad 300 osób.

To tylko szacunki, gdyż oprócz Zbigniewa Lasocika, autora książki „Zabójca zawodowy i na zlecenie”, nikt w Polsce nie zajmuje się tym zagadnieniem. Brak badań czy choćby prób analizy problemu. Płatni mordercy pojawili się w Polsce dopiero po 1989 roku. Odpowiedzieli na zapotrzebowanie rynku.

– Otwarcie granic. Słabość i niestabilność prawa. Bezrobocie – Marek Biernacki, były minister spraw wewnętrznych i administracji, wymienia przyczyny powstawania grup przestępczych. Mafiosi zaczęli walczyć ze sobą – o wpływy i pieniądze z handlu: alkoholem, kradzionymi samochodami, narkotykami. Żeby wyeliminować konkurentów, wynajmowali zawodowych morderców – tłumaczy.

Jest regułą, że pojawianie się przestępczości zorganizowanej rodzi popyt na usługi killerów. Tak samo było we Włoszech, w Rosji czy Stanach Zjednoczonych. Kiedy ulice Nowego Jorku zaczerwieniły się od krwi konkurujących gangów, powstał tam w 1934 roku elitarny klub zrzeszający płatnych morderców – Murder Inc. Działał jak dobrze zorganizowana instytucja. Mordercy mieli stałe kontrakty i stałe wynagrodzenia, osiągające poziom wynagrodzeń dyrektorów największych przedsiębiorstw. Mieli swoich lekarzy, wypłacano im emerytury, a w razie wypadków – odszkodowania.

Prominentnym członkiem Murder Inc. był syn imigrantów z Polski Earl Hymie Weiss albo Weiss Mendy, zwany Dusicielem. On i jego koledzy z „klubu” wykonali około tysiąca wyroków (więcej niż ludzie Ala Capone). W Polsce wczesnych lat 90. pierwszymi płatnymi mordercami byli fachowcy zza wschodniej granicy. – Mówiło się na nich „Afgańcy”. Brali większość zleceń – opowiada Biernacki. Mieli za sobą wojnę w Afganistanie, często służbę w oddziałach komandosów. Gardzili śmiercią – przeciwników i swoją.

Siergiej Sienkiv, zwany Sanitariuszem, był komandosem specnazu i walczył w Afganistanie. Średniego wzrostu, niepozorny. Zawsze w eleganckich garniturach i butach włoskiej produkcji, uśmiechnięty. Budził sympatię i zaufanie. W rzeczywistości bezwzględny i okrutny. Samotnik – nie ufał nikomu, nikogo nie zapraszał do mieszkania, nawet z kobietami spotykał się „na mieście”. Z Ukrainy do Polski przyjechał w 1990 roku w poszukiwaniu pracy. Przez cztery lata jeździł z miasta do miasta i wynajmował się jako ochroniarz. Wreszcie osiadł w Gdańsku. Trafił pod skrzydła Nikodema Skotarczaka, „Nikosia”, ojca chrzestnego polskiej mafii samochodowej, i zaczął realizować się zawodowo. Ściągał długi, egzekwował haracze. Był skuteczny. Niepokornym kazał opierać wyprostowaną nogę o krzesło, a potem łamał ją w kolanie jednym uderzeniem dłoni. Na jego widok dłużnicy sinieli z przerażenia.Sam siebie określał mianem najemnika – nie było ważne, dla kogo pracuje. Ważne było – za ile. Nie zawahał się, gdy zaproponowano mu zabicie swojego szefa, „Nikosia”.

A wszystko odbyło się jak w gangsterskim filmie. 24 kwietnia 1998 roku. Południe w gdańskim klubie Las Vegas. Skotarczak z małżonką i jego kolega z żoną kończą właśnie nocną imprezę. Alkohol, śmiechy. Nagle milkną – w drzwiach pojawiają się dwie męskie postacie w kominiarkach. Jeden z mężczyzn – Sienkiv – pewnym krokiem podchodzi prosto do Skotarczaka, który zamiera z przerażenia. Już wie. Siergiej celuje prosto w głowę. Strzela dwa razy. „Nikoś” osuwa się na podłogę, nie żyje. Ale morderca dla pewności strzela jeszcze raz – w brzuch. Przez nikogo nie zatrzymywany wychodzi z klubu.

Zanim w 1998 roku Siergiej Sienkiv wpadł w ręce policji, zdążył „wyeliminować” jeszcze kilka osób. W 2003 roku za zabicie dwóch gangsterów z Pomorza, znanych pod pseudonimami Szwarceneger i Tato, oraz właściciela warsztatu samochodowego Piotra S. został skazany na dożywocie. Zabójstwa „Nikosia” nie udało mu się udowodnić. Wyroku wysłuchał z kamienną twarzą.

Zdaniem psychologów i psychiatrów Sienkiv – jak wszyscy płatni mordercy – jest psychopatą. Inteligentny, świetnie zorganizowany, pragmatyczny. Perfekcjonista.

– Zabójstwo jest dla niego środkiem prowadzącym do celu, czyli do pieniędzy – mówi Teresa Gens, psycholog.

Siergiej odwołał się od wyroku. Siedzi w pojedynczej, monitorowanej przez 24 godziny na dobę celi w Zakładzie Karnym w Sztumie. Te środki bezpieczeństwa mają zapobiec jego ucieczce i osłonić go przed ewentualnym zamachem. Bo killerzy, jako niewygodni świadkowie, często są eliminowani przez swoich zleceniodawców. Taki los spotkał Pawła Janczaka, ps. Pasza, rodaka i kolegę po fachu Sienkiva. Zastrzelili go ludzie z łódzkiej ośmiornicy, dla których pracował.

W połowie lat 90. rosyjskojęzyczni mordercy na zlecenie zaczęli tracić monopol na zabijanie. Zdaniem profesora Brunona Hołysta, kryminologa, przewróciło im się w głowach i za swoje usługi zaczęli żądać zbyt dużych pieniędzy.

– Podnieśli cenę z pięciuset do dwóch tysięcy dolarów – mówi Hołyst. Wprawdzie popyt na usługi fachowców od brudnej roboty był coraz większy, ale zwiększyła się też podaż.

Podziemie przestępcze stawało się coraz liczniejsze i lepiej zorganizowane. W grupach następował ścisły podział zadań i obowiązków.

 – Wyodrębniła się kasta tak zwanych egzekutorów – mówi Biernacki. – Działają do dziś i spełniają podwójną rolę: pilnują dyscypliny wewnątrz grupy i zabijają wrogów bądź dłużników – wylicza.

W 300-osobowym gangu „Krakowiaka”, czyli Janusza Treli, cieszącego się ogromną charyzmą (niczym Don Corleone z „Ojca chrzestnego” kazał swoim ludziom całować się w rękę), egzekutorzy mieli opracowany regulamin kar, jakie stosowali. Za błahe przewinienie groziło pobicie kijami bejsbolowymi. Za poważniejsze łamano ręce i nogi lub ciągnięto na linie za pędzącym samochodem. Najpoważniejsze karano strzałem w głowę.

Egzekutorom przewodził Zdzisław Łabudek, zwany Strasznym Zdzichem. Niepozorny, chudy człowieczek. Na pierwszy rzut oka nikt by go nawet nie posądził o zabicie muchy.

– Tylko oczy ma zimne – mówi Marek Pasionek z Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach, który zajmuje się sprawą gangu.

„Zdzichu” jest z zawodu kierowcą mechanikiem. Żonaty, ojciec czworga dzieci. Pracował jako ochroniarz w kasynie hotelu Warszawa w Katowicach, potem przyjął posadę u „Krakowiaka”. Ta praca bardziej mu przypadła do gustu niż pilnowanie podpitych gości hotelowych. Sadysta i okrutnik, dawał swoim ludziom lekcje poglądowe, jak bić, żeby jednym uderzeniem połamać kości; jak strzelać, żeby kula rozkwasiła mózg; jak spalić zwłoki, żeby nie zostawić śladów.

– Łabudek był wymarzonym pracownikiem: silny, trenował karate, do tego bystry, dyspozycyjny, bez nałogów – opowiada prokurator Pasionek.

Słynął w przestępczym podziemiu z celnego oka i stalowych nerwów. Rozgłos przyniosło mu zabicie rezydenta białoruskiej mafii na Polskę Wiktora Fiszmana. Rzecz rozegrała się w Szczecinie 22 stycznia 1997 roku na ulicy pełnej ludzi. „Zdzichu” przyczaił się na swoją ofiarę niczym kot na mysz. Zobaczył Fiszmana i zaszedł go od tyłu. Do pleców, w okolice lewej łopatki, przystawił karabin. Padł strzał. Pocisk minął serce o cztery milimetry. Przerażony Fiszman rzucił się do ucieczki. „Straszny Zdzicho” nie ruszył się z miejsca. Przesuwał tylko lufę w ślad za ofiarą i strzelał. Wpakował w Fiszmana jeszcze pięć kul. Kiedy upewnił się, że nie żyje, spokojnie złożył karabinek, schował do turystycznej torby i wolnym krokiem skierował się w stronę sąsiedniej uliczki, gdzie czekał na niego samochód.

Ten sam spokój i opanowanie wykazał podczas wielkiej obławy, kiedy wpadł w ręce policji. Jako jedyny z 30 zatrzymanych nie szarpał się i nie krzyczał. Został oskarżony o zabicie czterech osób – Fiszmana, inkasenta firmy handlowej i dwóch właścicieli kantorów. W sądzie nie wykazuje żadnych emocji. Jakby proces nie jego dotyczył.

Biegły psychiatra sądowy, Amerykanin Robert Simon, twierdzi, że u takich morderców jak Łabudek, „na zimno” popełniających swoje zbrodnie, występuje niższy niż u innych ludzi poziom adrenaliny. Ich mózgi wykazują też niską czynność bioelektryczną. Powoduje to – mówiąc wprost – obniżony poziom strachu i potrzebę silniejszych doznań. Nic ich nie bawi, nic nie wzrusza. Nuda skłania do agresywnych zachowań. Zabójstwo – nieakceptowane i zagrożone wysoką karą – traktują jak podniecającą rozrywkę. Ryszarda Boguckiego też bawiły zbrodnie.A poza tym pozwalały błyszczeć w przestępczym światku. Stał się prawdziwym gwiazdorem wśród zabójców na zlecenie. Z dobrej rodziny, wysoki, przystojny, kobieciarz. Od dziecka chciał osiągnąć sukces. Uważał, że wszystko mu się należy.

Zaczynał w legalnym biznesie: bieliźniarstwo, potem handel luksusowymi samochodami. Umiał się sprzedać: udzielał wywiadów, w czasie wyborów Miss Polonia siedział w pierwszym rzędzie, tuż obok ludzi z tzw. elit. Ale szastał pieniędzmi na prawo i lewo, więc nie starczało już na spłacanie aut niemieckiemu dostawcy. Oskarżono go o defraudację 71 mld starych złotych. Z aresztu wyszedł za poręczeniem majątkowym i zaczął się ukrywać. Nie zamierzał jednak rezygnować z luksusu. Zaczął więc kraść, porywać ludzi i wymuszać haracze. To, w przeciwieństwie do legalnego biznesu, szło mu świetnie.

– Showman i lekkoduch – opisują go policjanci. Potrafił lekką ręką zapłacić w knajpie dwa tysiące złotych za cygaro. Mieszkał w luksusowych hotelach, jeździł wypasionymi furami. Miał ego rozdęte do niemożliwości.

– I chciał zostać szefem mafii pruszkowskiej – opowiada policjant, który brał udział w śledztwie. Wymyślił sobie, że pozbędzie się jej szefów: Andrzeja Kolikowskiego, ps. Pershing, i Mirosława Danielaka, ps. Malizna. To był szatański plan.

Najpierw Bogucki wkradł się w łaski „Malizny”. Wiedział, że interesy i pozycja Kolikowskiego są mu solą w oku. Zaproponował, że razem z Ryszardem Niemczykiem zabiją dla niego konkurenta. I precyzyjnie przygotowali akcję.

5 grudnia 1999 roku na parking pod hotel Kasprowy w Zakopanem wjechało audi 80 i z piskiem opon zatrzymało się przed mercedesem, w którym siedział „Pershing”. Wyskoczyło dwóch mężczyzn. „Pershing” wysiadł z wozu. Bogucki strzelił. W tym samym czasie Niemczyk z broni maszynowej puścił serię w niebo – hałas miał odstraszyć ewentualnych świadków. W drugim ręku trzymał reklamówkę – na łuski, żeby nie zostawić śladów. Zabójcy porzucili kradzione auto pod Centralnym Ośrodkiem Sportu i poszli do wynajętej kwatery. Pierwsze, co zrobili, to spalili buty, w których byli podczas zabójstwa. Bogucki nie został szefem „Pruszkowa”. Policja deptała mu po piętach i musiał uciekać za granicę – do Meksyku. Ale i tak stał się bohaterem masowej wyobraźni. Gazety rozpisywały się na jego temat, na tysiące sposobów relacjonując jego życie, przestępczą karierę i egzekucję wykonaną na „Pershingu”. Trzy lata później, kiedy deportowano go do Polski, fotografia jego opalonej, uśmiechniętej cynicznie twarzy ukazała się na czołówkach wszystkich gazet.

Z takim samym uśmiechem przyjął wyrok – 25 lat więzienia. Nigdy nie przyznał się do winy. Jeszcze w dniu ogłoszenia wyroku przekonywał, że jest kozłem ofiarnym, nieszczęsną ofiarą sądowej pomyłki. Zresztą wśród płatnych morderców to standard – iść w zaparte. Kolegom z mafii nie spodobałoby się, gdyby zaczął mówić.

Sławomir Połeć nie ma powodu, aby bać się zemsty mafii. Wśród zabójców na zlecenie jest jednym z nielicznych wolnych strzelców. Sam dla siebie był szefem. I z upodobaniem opowiada o swojej „karierze”. Zawsze działał sam. Jak przystało na zawodowca nie pił, nie palił, nie zażywał narkotyków. Przebiegły: trzy lata uciekał przed policją, wymykał się z zasadzek. Zmieniał wygląd: kolor włosów, raz nosił okulary lecznicze, innym razem zapuszczał brodę. Zabijanie sprawiało mu przyjemność. Jak nie miał kontraktu, szukał ofiar na własną rękę.

 – Nie miałem żadnych problemów z zabijaniem – mówi.

Bronisława Pełkę z Mysłowic (nazwisko zmienione) zabił na zlecenie jego żony. Strzelił mu pięć razy w tył głowy i skasował 5 tysięcy złotych. Po tysiąc za każdy strzał.

– Ten facet to był kawał drania. Znęcał się nad żoną, w zimie kazał jej stać na balkonie – Połeć jest dumny ze swojego czynu.

Kolejne zlecenie dostał od gliwickiego gangstera Grzegorza Podańskiego. Miał podłożyć bombę pod dom, w którym mieszkał Arkadiusz Kimczyk, warszawski tancerz. – Nie eksplodowała, bo miałem go tylko nastraszyć. Ale to nieciekawy facet i chętnie bym go zabił – wyznaje Połeć. Z każdego gestu, miny i słowa przebija poczucie wyższości. W jego przekonaniu płatni mordercy stanowią elitę, sam szczyt przestępczego świata.

Egocentryk. Nie ma w nim miejsca na ludzkie współczucie i litość, jest psychiczna pustka.

 – Niczego nie żałuję. Gdyby mnie nie złapali, zabijałbym dalej – mówi Połeć.

Bo zabijanie to jego pasja. Przeczytał dziesiątki książek o tym, jak konstruować bomby i posługiwać się bronią. Jego bliscy mówią, że żył wśród książek. Był samoukiem.

Ale wśród freelancerów działają też specjaliści – rekrutują się z osób wyszkolonych kiedyś przez brygady antyterrorystyczne, specjalne jednostki wojskowe czy wywiady.

– Po odejściu ze służby ci ludzie czują się niedocenieni – uważa poseł Jerzy Dziewulski. – Mają umiejętności, wiedzę i kontakty, a nie mogą się nimi wykazać. Są jak psy trzymane na łańcuchu. W dodatku nie mają pieniędzy. A przez lata służby napatrzyli się na luksusy, w jakie opływają bossowie świata przestępczego. Są więc do wzięcia – tłumaczy.

Tacy fachowcy z kilkuset metrów trafią z karabinka snajperskiego w oko swojej ofiary albo bez pozostawiania śladów wkradną się do domu, złamią jej kark lub podadzą truciznę i bezszelestnie znikną.

– Mordują tak, aby wyglądało to na śmierć z przyczyn naturalnych – opowiada jeden z oficerów policji, zajmujący się przestępczością zorganizowaną. Zna przypadki, kiedy sprawcy najpierw upijali swoje ofiary, a potem topili, by zasugerować nieszczęśliwy wypadek. Albo pijanych pakowali do zamrażarek, a potem podrzucali na dwór – że niby biedak zamarzł na mrozie.

„Niezdolni do odczuwania wyrzutów sumienia i niepotrafiący się uczyć na własnych błędach, okazują pogardę dla praw innych, postrzegając świat jako gigantyczny automat, z którego biorą to, na co mają ochotę, bez wrzucania żadnych monet” – napisała o płatnych mordercach w swojej książce „Biologia przemocy” Debra Niehoff, amerykańska neurobiolog. A młodzi chcą brać – dużo i szybko. Nielicznych stać na bycie freelancerem, znacznie pewniej czują się w grupie. „Młode wilki”, „cyngle” – mówią o nich gliniarze. Zaczynają od kradzieży samochodów i rozbojów. Ale za wszelką cenę chcą się wykazać. Marzą o awansie, więc podejmują się każdej roboty. Także mokrej – bo w skrzywionym systemie przestępczych wartości zabicie człowieka nobilituje. 

– Jest wskazówką dla innych: na mnie można liczyć, nie pękam – mówi dr Przemysław Konieczniak z Katedry Prawa Karnego UW.

Robert Rudzki z Pabianic (nazwisko zmienione) był świetnie zapowiadającym się sportowcem: mistrzem świata juniorów w strzelaniu precyzyjnym. Na początku lat 90., jako dwudziestoparolatek, związał się z ludźmi ze świata przestępczego. Kradł samochody. Łódzka mafia postanowiła wykorzystać jego zapał i umiejętności. Dostał rozkaz – zabić „Rybę”.

Tomasza Rybickiego dopadł przed siłownią, gdy tamten zmęczony podnoszeniem sztangi wsiadł już do samochodu. Wiedział, że go tu zastanie – od kilku dni śledził go, poznawał jego nawyki i stałe trasy. W samo południe pewnego sierpniowego dnia 1999 roku Rudzki – spokojny i zimny jak głaz – stanął vis-a`-vis samochodu i zaczął strzelać. Jak na strzelnicy – głowa, lewa strona piersi. „Ryba” stał się wspomnieniem.

– Za tę akcję zainkasował 40 tys. złotych – opowiada prokurator Stefan Zakrzewski z wydziału do walki z przestępczością zorganizowaną Prokuratury Apelacyjnej w Łodzi.

Robota Rudzkiego tak się spodobała bossom, że zaraz dostał od nich następne zlecenie. Miał sprzątnąć innego gangstera, Włodzimierza G., ale coś nie wyszło. Ile osób tak naprawdę zabił lub próbował zabić – nie wiadomo. On sam nie przyznaje się do winy. Kiedy wpadł razem z całą łódzką ośmiornicą, wszyscy byli w szoku – tak świetnie się maskował. Sąsiedzi uważali go za wcielenie cnót. Nie dość, że sportowiec, to jeszcze dobry ojciec. Zrównoważony, właściciel sklepu jubilerskiego. Ludzie w Pabianicach do dziś nie wierzą, aby mógł być mordercą.Taka umiejętność mimikry przydaje się w tym fachu. Słynny amerykański zabójca na zlecenie, Richard Kukliński, zwany także Icemanem (jedną z ofiar trzymał w lodówce dwa lata), przez ćwierć wieku swojej morderczej kariery nie wzbudził cienia podejrzeń, a wyprawił na tamten świat 100 osób. „The Iceman” jest w USA gwiazdą mediów, sam zresztą wydał – nie trzeba dodawać, że świetnie się sprzedającą – książkę.

Zabójca budzi na ogół sprzeczne uczucia. Z jednej strony strach, z drugiej fascynację. Jednak zabójca na zlecenie wśród innych morderców ma w społeczeństwie szczególny status. Budzi także szacunek. Elia A. Rubinstein, amerykański ekspert w dziedzinie przemocy w mediach, tłumaczy to tym, że podziwiamy człowieka, który dokonał czegoś niezwykłego, nawet wtedy, kiedy ocena moralna tego czynu jest negatywna. Pod warunkiem, że zrobił to w dobrym stylu. Ale prócz prawdziwych mistrzów w swoim fachu zabijania na zlecenie podejmują się również amatorzy. Czasem zwyczajne lumpy. Morderstwem chcą dorobić do zasiłku dla bezrobotnych. I stateczni obywatele, którzy nigdy nie mieli konfliktów z prawem, coraz częściej szukają pomocy u takich killerów – by rozwiązać życiowe problemy prosto, skutecznie i na zawsze.

W tym miesiącu przed Sądem Okręgowym w Suwałkach zakończył się proces Dariusza Tkaczyka, byłego sekretarza gminy Wydminy. Aż trzy razy zlecał zabicie wójta. Chciał się zemścić, bo ten wylał go z posady dyrektora szkoły i mimo decyzji sądu pracy nie chciał przywrócić na stanowisko. Na szczęście killer był partaczem i chybił ze śrutówki. Łagodny wyrok pięciu lat dla zleceniodawcy przeszedł w kraju bez echa. A jeszcze sześć lat temu informacja o tym, że za zamachem bombowym na komendanta policji w Janowicach Wielkich stoi nie mafia, ale jego żona i jej kochanek, była szokiem.

Po zabójców-amatorów z dolnej półki sięga ostatnio też świat przestępczy. Do zlikwidowania hurtownika z Tomaszowa Mazowieckiego, który przeszkadzał łódzkiej ośmiornicy w prowadzeniu interesów, wynajęto 33-letniego Norberta Guzowskiego – bezrobotnego, drobnego pijaczka.

– Taka łajza, żaden bandyta, a nawet nie złodziej. Najwyżej ukradł z półki tanie wino albo paczkę papierosów – relacjonuje policjant z Łodzi. – Ale za 15 tysięcy złotych zrobiłby wszystko – dodaje.

Gangsterzy pokazali mu dom i miejsce pracy ofiary, opowiedzieli o jej zwyczajach. Świeżo mianowany killer zaczaił się na biznesmena w krzakach pod jego blokiem z przygotowaną do strzału bronią. Jednak gdy z klatki schodowej jego „obiekt” wyszedł w towarzystwie drugiego mężczyzny, nie zdecydował się strzelić. Z kontraktu wywiązał się dopiero kilka dni później. Na pytanie przesłuchujących go policjantów, dlaczego nie wykorzystał pierwszej sposobności, odpowiedział: – Mogłem oczywiście zabić obu, ale kto by mi zapłacił za tego drugiego?                          

Newsweek, 6 sierpnia 2006 roku

                           O dwóch takich, co podłożyli bombę

11 listopada 1972 roku „Dziennik Ludowy” donosił na pierwszej stronie: „W toczącym się przed Sądem Wojewódzkim w Opolu procesie przeciwko przestępcom Jerzemu i Ryszardowi Kowalczykom zapadł wyrok, na mocy którego Jerzy Kowalczyk został skazany na karę śmierci. Ryszard Kowalczyk otrzymał łączną karę 25 lat pozbawienia wolności. Jak już informowaliśmy, obaj oskarżeni dokonali (…) wysadzenia auli Wyższej Szkoły Pedagogicznej”. Sąd uznał ich czyn za terrorystyczny. Dziś po 35 latach Stowarzyszenie Pamięci Narodowej domaga się rehabilitacji braci. Przygotowuje wniosek o przeprowadzenie rewizji nadzwyczajnej procesu. Kowalczykom nieszczególnie na tym zależy.

Jerzy: – To była moja polityczna walka i mój bunt. Niczego nie potrzebuję. Jeszcze ktoś to wykorzysta do swoich politycznych celów.

Ryszard: – Chcę rzetelnej oceny faktów. Tylko tyle.

Jerzy (rocznik 1942) żyje na bagnach w okolicach Rząśnika pod Wyszkowem. Pięć lat starszy Ryszard w przestronnym mieszkanku na peryferiach Opola. Jerzy – bezrobotny, ekolog z zamiłowania – chodzi w zniszczonym roboczym ubraniu. Ryszard – naukowiec na emeryturze – w eleganckiej koszuli i spodniach w kant. Jerzy jest emocjonalny, ale wyluzowany. Ryszard spokojny, analityczny. Zupełnie różni. Tak jak różnie potoczyły się ich drogi po 6 października 1971 r., kiedy opolska aula WSP, zaminowana 120 kilogramami materiałów wybuchowych, wyleciała w powietrze.

Jerzy: – To ja wysadziłem tę aulę. Ryszard nie miał z tym nic wspólnego.

Ryszard: – Wiedziałem, że chce to zrobić. Ale kiedy już było po wszystkim, przez pół roku zapewniał mnie, że to nie on.

Długo przekonuję ich, żeby zechcieli się ze mną spotkać. Z każdym rozmawiam osobno. O tym, co ich łączy, co dzieli i dlaczego przez 35 lat nie podali sobie ręki. Oto ich opowieść – dialog, którego w rzeczywistości jeszcze nie było

O młodości

Dorastali w Rząśniku, dużej mazowieckiej wiosce. Matka zajmowała się prowadzeniem domu i opieką nad siedmiorgiem dzieci – sześcioma chłopakami i jedną dziewczyną. Ojciec – kowalstwem, dekarstwem i wszelkim rzemiosłem, z którego można było utrzymać rodzinę. Wszystko potrafił zrobić: wykopać studnię, zmontować rower.

Jerzy: – Rodzice byli wspaniałymi ludźmi. Patriotami.

Ryszard: – Kiedy chodziłem do szkoły z internatem, każdy przyjazd do domu był świętem, powrotem do utraconego raju. Matkę pamiętam jako osobę wyjątkowo ciepłą. Ojciec jak na owe czasy i warunki był człowiekiem wykształconym i światłym. Kochali nas i stworzyli w domu niesamowitą atmosferę.

U Kowalczyków spotykali się sąsiedzi i znajomi rodziny, wśród nich byli legioniści. Przy naftowej lampie opowiadali o Piłsudskim i wolnej Polsce. Klęli na kolektywizację, chodzili do kościoła i za nic mieli hasła o budowie socjalistycznej ojczyzny.

Ryszard: – Po wejściu na te ziemie Armii Czerwonej ojciec dorabiał zawiasy do ziemianek, w których mieszkali rosyjscy żołnierze. Jeden z nich, z czerwonymi od łez oczami, powiedział mu kiedyś: „U was będzie to samo co u nas. Bieda i głód”.

Jerzy: – Chłopów podejrzanych o współpracę z opozycją milicja woziła do aresztu w Pułtusku. Siedzieli w celach nadzy, po kolana w wodzie. Po tygodniu wychodzili stamtąd na wpół żywi.

Ryszard poszedł do renomowanego XIV-wiecznego liceum w Pułtusku. Ale potem zamiast na studia pojechał elektryfikować białostocką wieś. Bo kiedy słuchał w radiu Wolnej Ameryki, ktoś usłyszał i doniósł. Pozwolili mu skończyć szkołę. Był jednym z najwybitniejszych uczniów, ale z zabrudzonymi nieprawomyślnością papierami nie chciała go przyjąć żadna uczelnia. Po dwóch latach przyjechał do domu i matka podsunęła mu pod nos gazetę.

„Zobacz, dzieciaku, robią dodatkowe egzaminy w WSP w Opolu”. Zdał na Wydział Fizyki za pierwszym podejściem. Był zaliczany do najzdolniejszych studentów, jego praca magisterska została oceniona jako jedna z najlepszych w Polsce. Zaproponowano mu pracę na uczelni, został asystentem.

Jerzy poszedł do zawodówki, w której uczył się na kowala. Nie lubił szkoły, choć był zdolny. Nie umiał się podporządkować, często wchodził w konflikty z nauczycielami. Któregoś dnia zakradł się do szkolnej siedziby Związku Młodzieży Socjalistycznej. Powyciągał z szaf wszystkie papiery, stemple, wizytówki, wrzucił do pieca i spalił. Wylali go na zbity pysk.

Jerzy: – Całe życie płynąłem pod prąd.

Ryszard: – Jest niezwykle uzdolniony w każdym kierunku. Brakuje mu tylko wiedzy, która by ten talent podbudowała. To taki nieoszlifowany diament.

W 1964 roku załatwił bratu pracę na opolskiej uczelni. Był odpowiedzialny za sprzęt w laboratorium na Wydziale Fizyki. 

O wybuchu

Jerzy zamieszkał razem z bratem. Obaj bardzo przeżyli wydarzenia Grudnia 1970 roku na Wybrzeżu. Kiedy rok później szefem opolskiej milicji został przeniesiony ze Szczecina płk Julian Urantówka, który brał czynny udział w krwawym tłumieniu robotniczych wystąpień, krew w nich zawrzała. Już wcześniej rozmyślali o tym, aby w auli WSP przeprowadzić jakąś akcję pirotechniczną.

Ryszard: – To była szczególna aula. Tu odbywały się wszystkie uroczystości partyjne, stąd płynęły słowa potępienia dla polskich biskupów, którzy ośmielili się przebaczyć Niemcom, stąd piętnowano wszystkich niechętnych władzy. Co roku też w uczelnianej auli odbywały się uroczystości z okazji święta MO i SB. Chcieliśmy ośmieszyć te esbecko-milicyjne uroczystości. A w dodatku 6 października 1971 roku mieli świętować Urantówka i jego współpracownicy. Myśleliśmy o tym, żeby zamontować pod dachem petardę z sadzami albo farbą, która wybuchłaby w odpowiednim momencie.

Jerzy: – Skonstruowałem wykrywacz do metalu i zacząłem szukać materiałów wybuchowych w pobliskich lasach. Postanowiłem podłożyć bombę pod aulę. Ryszard nie był zachwycony moim pomysłem.

Ryszard miał już żonę i dwuletnią córeczkę: pulchniutką dziewczynkę, w której zakochał się bez pamięci. Miał swój dom.

Jerzy za bardzo w dziewczynach przebierał, może w ogóle nie szukał miłości? Ze starych zdjęć patrzy chłopak z burzą włosów i błyskiem w oku. Wygląda jak James Dean w „Buntowniku bez powodu”.

Ryszard: – Tego pomysłu z wysadzeniem auli nie uważałem za najlepszy. Odradzałem Jerzemu podłożenie ładunku. Mówił, że to jego decyzja. Czasami myślę, że mogłem go powstrzymać. Może gdybym zdecydowanie się przeciwstawił, gdybym tak naprawdę miał odmienne od niego zdanie… Ale przecież w gruncie rzeczy nie miałem.

Jerzy: – Nie miało dla mnie znaczenia, co pomyślą o tym ludzie. Chociaż chciałem, oczywiście, żeby odczytali ten krok właściwie. Nie miałem innej możliwości buntu przeciwko ustrojowi i władzy. Byłem za to gotów zapłacić każdą cenę.

W nocy z 5 na 6 października aula wyleciała w powietrze.Ryszard do końca nie był pewien, czy to Jerzy odpalił ładunek, choć wiedział, że brat podłożył go pod aulą. 120 kg materiału wybuchowego mogło rozwalić w drobny mak budynek uczelni, ale Jerzy rozmieścił ładunki tak, by wyleciała sama aula. Kiedy w nocy huknęło, wyjrzał przez okno i pomyślał nawet, że eksplodowała cysterna z tlenem na pobliskim dworcu PKP, bo z nieba leciał jakby srebrny pył. Przez pół roku, aż do zatrzymania, młodszy brat nie przyznał mu się, że to jego bomba obudziła miasto. „To nie ja” – upierał się. Wierzył mu? Nie, nie wierzył.

Przyszli po nich tego samego lutowego dnia. Jerzego zatrzymali rano. Ryszarda o godz. 22. Przesłuchiwali całymi dniami, które zamieniały się w tygodnie. Ryszardowi od siedzenia na krześle wytarły się trzy pary spodni.

Jerzy: – Być może Ryszard za wiele im wtedy powiedział.

Ryszard: – Jerzy mógł naprowadzić ich na nasz ślad. Może zrobiliśmy błąd, bo trzeba było zawrzeć przymierze i odmówić zeznań. Umówić się, nim nas zamknęli. Wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej.

A tak obaj się przyznali. 18 maja 1972 roku podczas wizji lokalnej Jerzy tłumaczył: „Istotą i zasadniczym celem mego działania było wytworzenie w społeczeństwie przekonania o istnieniu w Polsce jakiejś siły, opozycji walczącej z aktualnie istniejącym porządkiem politycznym”. Jerzy miał nadzieję, że „wysadzenie auli przed tą uroczystością zostanie jednoznacznie przez społeczeństwo odczytane jako demonstracja polityczna”. Proces był komunistyczną pokazówką. Zdaniem sądu Jerzy, zwykły technik, nie był w stanie sam wysadzić w powietrze auli WSP. To musiała być robota naukowca, takiego jak starszy brat Jerzego – Ryszard, znakomity fizyk ze stopniem doktora.

Jerzy: – On nie miał z tym nic wspólnego. Jego jedyna wina to ta, że wiedział o tym ładunku i na mnie nie doniósł. Wiem, że musiało mu być ciężko. Wiem, że w jakiś sposób zmarnowałem mu życie. Niczego nie wrócę.

Ryszard: – Nigdy nie miałem o to do Jerzego pretensji. Zawsze kochałem i kocham brata.

Władze komunistyczne oskarżyły Kowalczyków o zamach na życie funkcjonariuszy MO – choć żaden nie odniósł najmniejszych obrażeń (aby uniknąć ofiar, aulę Jerzy wysadził w nocy). Sąd potraktował ich jak terrorystów i wymierzył drakońskie kary. Jerzego mieli powiesić. Ryszard miał spędzić 25 lat w więzieniu.

O więzieniu

Ryszard, kiedy usłyszał wyrok, nie wierzył, że to możliwe. Jerzy tłumaczył sobie, że każdy musi kiedyś umrzeć. O latach spędzonych w więzieniu mówi im się najtrudniej. Ryszard dostał ksywę Docent i rozwiązywał klawiszom zadania z matematyki. Jerzy rysował współwięźniom portrety.

Ryszard: – 25 lat więzienia to gorsze niż wyrok śmierci. Chciałem umrzeć, ale z dnia na dzień odkładałem moment odebrania sobie życia. Najgorzej było rano, kiedy świadomość była świeża i pytanie, czy zrobić to dziś, wierciło w mózgu dziurę. Wieczorem byłem już tak wykończony tą męczarnią, że odkładałem decyzję do jutra.

Jerzy: – Moimi towarzyszami byli gwałciciele, zabójcy i złodzieje. Dziesięciu facetów na kilku metrach kwadratowych, w podłodze kilka dziur służących za kibel. Ani przez sekundę nie byłem sam. Chyba że uciekałem w myślach gdzieś daleko, do swojego świata.

Ryszard poprosił żonę, żeby do niego nie przyjeżdżała. Żeby nie czekała. Bardzo ją kochał, chciał, by ułożyła sobie życie, starczy, że on zmarnował swoje. Tak bardzo tęsknił za nią, za wolnością. Gdyby zaproponowano mu wtedy, że opuści celę, pod warunkiem że da sobie obciąć rękę i nogę, bez wahania podłożyłby je pod siekierę. Ba, sam by je sobie odrąbał.

Aby jeszcze bardziej ich pogrążyć, władze wsadziły braci jak najdalej od bliskich. Jerzy, który był związany z Mazowszem, odbywał karę w Strzelcach Opolskich. Ryszard, opolanin z wyboru – w Barczewie koło Olsztyna. Dwa lata spędził w celi z chorymi psychicznie więźniami. Ale zdobył ich sympatię. Nie liczył na amnestię, wiedział, że takich jak on amnestia nie obejmuje.

Ryszard: – Nie życzyłbym nikomu tego, co przeżyłem. To wciąż wraca w snach, nie mogę się obudzić i za wszelką cenę próbuję sobie udowodnić, że to tylko sen. Żeby nie oszaleć.

Jerzy: – Pocieszałem się, że wszyscy buntownicy źle kończyli.

O wolności

Zaraz po procesie w obronie skazanych zebrano ponad sześć tysięcy podpisów. W walkę o złagodzenie im kary włączyli się m.in. Jacek Kuroń, Jan Józef Lipski, Stanisław Lem i Wisława Szymborska. W styczniu 1973 r. karę śmierci orzeczoną wobec Jerzego Kowalczyka zamieniono na dożywocie. Potem nastała Solidarność i Sierpień 1980 roku; coraz silniejsza opozycja coraz głośniej zaczęła upominać się o braci. Potem przyszedł stan wojenny.

Ryszard: – W barczewskim kryminale znana była historia więźniów politycznych, których Niemcy trzymali jeszcze przed wyzwoleniem. Zanim wkroczyli Ruscy, wszystkich rozstrzelali. Myślałem, że to samo stanie się ze mną.

Ale generał był łaskawy – Ryszard wyszedł na przedterminowe zwolnienie w 1983 r., Jerzy dwa lata później. Jerzy wrócił w swoje rodzinne strony, w okolice Rząśnika. Osiadł na torfowiskach. Mieszka w barakowozie wśród ton złomu, który zwozi z okolicy. Jego najbliższymi przyjaciółmi są koty, ptaki i żaby. Przez 13 lat siedział w miejscu, w którym bez przerwy człowiek przeszkadza człowiekowi. Dziś szuka przestrzeni. Ryszard wrócił do Opola. Żona czekała. Córka też, choć widziała go zaledwie dwa razy.

Ryszard: – Gdybym nie miał rodziny, być może też zaszyłbym się w głuszy. Te lata w więzieniu zmieniają psychikę człowieka nie do poznania.

Jerzy: – Nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej. Nie przeszkadza mi, że czasem przez kilka tygodni nie widzę człowieka.

Ryszard przez wiele miesięcy szukał pracy. Dostał ją dzięki swojej byłej studentce, która kierowała pracownią komputerową w Zakładzie Elektronicznej Techniki Obliczeniowej w Opolu i załatwiła mu posadę programisty. Potem został asystentem u swojego starego nauczyciela akademickiego. Do spraw technicznych. Bo nie było wtedy mowy, aby człowiek z taką przeszłością uczył młodzież.

Ryszard: – Ludzie mi pomagali. Nikt nie napluł mi w twarz.

Jerzy: – Przychodziły do mnie dzieci osób, które zeznawały przeciwko nam na procesie. Przepraszały za ojców.

Nowa Polska

Ryszard Kowalczyk uzyskał od prezydenta Lecha Wałęsy decyzję o zatarciu skazania. Wrócił do pracy naukowo-dydaktycznej. Zaczął pracę ze studentami w Zakładzie Fizyki Instytutu Matematyki, Fizyki i Chemii Politechniki Opolskiej.

Jerzy o nic nie prosił.

Szansa na rehabilitację pojawiła się w 2001 roku. Lech Kaczyński w ostatnim dniu kierowania Ministerstwem Sprawiedliwości wystąpił do Sądu Najwyższego z wnioskiem o kasację wyroku braci Kowalczyków. Ale wniosek został źle napisany. W uzasadnieniu stało, że „zasadniczym motywem wysadzenia auli Wyższej Szkoły Pedagogicznej były skłonności oskarżonych do destrukcji i fascynacja pirotechniką, a także niechęć czy też niemożność zaakceptowania obowiązujących norm współżycia społecznego”. Tak sformułowany wniosek musiał zostać odrzucony. Dziś Lech Kaczyński podkreśla, że nigdy nie miał wątpliwości co do patriotycznych pobudek braci Kowalczyków i został wprowadzony w błąd przez urzędnika, który podsunął mu do podpisu nieszczęśliwy dokument.

Wiesław Ukleja ze Stowarzyszenia Pamięci Narodowej, które przygotowuje wniosek o rewizję nadzwyczajną procesu Kowalczyków, ma nadzieję, że tym razem się uda. Że to, co zrobili przed 35 laty bracia, wreszcie oficjalnie zostanie uznane za przejaw patriotyzmu, a nie zbrodnię.

Ryszard: – Ludzie sami ocenią, jak poznają fakty. Dlatego zdecydowałem się o tym opowiedzieć.

Jerzy: – Mojego życia w żaden sposób to nie zmieni. Ja znalazłem już spokój.

W okolicy swojego barakowozu posadził ponad 70 tysięcy drzew. Rozebrał dom rodziców, przywiózł na torfowiska i próbuje teraz poskładać. Skonstruował maszynę, za pomocą której przerabia bagna w jeziora. Czasami zatrudnia się do prac u pobliskich rolników, żeby zarobić na żarcie dla kotów. Sam żyje głównie „manną”, czyli pulpą gotowaną z ziaren różnych zbóż. I tak naprawdę chyba wciąż kontestuje.

Jerzy: – Nie o taką Polskę walczyłem. Przeszliśmy spod administracji sowieckiej pod administrację jankeską, a Solidarność wykorzystano tylko po to, żeby wypędzić komunę. Nie godzę się z tym, co widzę dokoła. 35 lat temu zbuntowałem się przeciw oszustwom, obłudzie i kłamstwom władzy. Teraz robię to samo, choć bomb już nie będę podkładał. Wybrałem odosobnienie.

Ryszard: – To nie jest Polska, jakiej oczekiwałem. Zbyt wielu darmozjadów, którzy nie zawsze zapracowali na swoją kromkę chleba. Do tego bezrobocie. Wiele rzeczy mi się nie podoba. Ale żyję z ludźmi, w społeczeństwie. Tak wybrałem.

Ryszard wierzy w Boga. Kilka razy doświadczył jego istnienia. Nie chce o tym mówić. Jerzy wierzy we wszechświat. Co noc siada na kamieniach i patrzy w niebo. Chciałby wiedzieć, co jest dalej. Poza naszą galaktyką pewnie jest inna, równie wielka. I jakaś cywilizacja, może bardziej rozwinięta. Może gdzieś tam istnieje jego idealny świat. Gdzie wszyscy są zdrowi, najedzeni. Nikt nie kłamie, nie manipuluje.

O przeszłości

Ryszard mówi, że jest deterministą. Nigdy nie rozdziera szat, nie myśli, co by było, gdyby… Ma ścisły umysł, a on mu podpowiada, że nie można cofnąć czasu. Jerzy też się nad przeszłością nie rozczula.

Jerzy: – Nie żałuję. Chociaż dzisiaj poczekałbym na bardziej sprzyjające wiatry.

Ryszard: – Gra warta była świeczki. Małe rzeczy budują zawsze coś większego. Ale jeśli wezmę pod uwagę cierpienia moich bliskich, nie wiem, czy było warto.

Nie umieją dziś powiedzieć, dlaczego przez 35 lat nie znaleźli czasu, żeby ze sobą porozmawiać. 6 października 1971 roku zmienił ich życie na zawsze. I już nigdy potem nie było tak samo. Jest w nich jakiś wzajemny żal.

Ryszard: – Chciałbym pojechać do brata.

Jerzy: – Jestem gotów na to spotkanie

Polska The Times, 22 czerwca 2008 roku

                                                   Rozpłynęły się jak we mgle

Matka Mateusza wykręca palce u rąk, aż boli patrzeć. Drobniutka, zapadnięte policzki, niebieska bluza narzucona na plecy. Za cztery tygodnie minie rok, jak jej Matuszek zniknął. Dokładnie 26 maja 2007 roku w Dzień Matki wyszedł na podwórko z kolegami i nie wrócił. – Straciłam wiarę w Boga – mówi twardo. – Bo jeśli to miała być kara, to dlaczego aż tak okrutna? – pyta. Co winne 10-letnie dziecko?Ustawili w pokoju Mateusza ołtarzyk: jego zdjęcia z pierwszej komunii, ukochane zabawki, karta wędkarska. Mąż co wieczór zapala na nim świeczkę i modli się o szczęśliwy powrót syna. Ona stoi z boku i patrzy. Już nie potrafi się modlić.

Mateusz  Żukowski jest kolejnym dzieckiem, które przepadło bez śladu. Basia Majchrzak z Jastrzębia-Zdroju 22 lutego 2000 roku, jak co rano, pożegnała się z mamą, włożyła tornister na plecy i wyszła do szkoły, ale nigdy do niej nie dotarła. Rok wcześniej Sylwia Iszczyłowicz wracała do domu ze spotkania oazowego, znaleźli się świadkowie, którzy jeszcze o 17.00 wiedzieli dziewczynkę na ul. Wolności w Zabrzu, przy której mieszkała. Kilka minut później rozpłynęła się w powietrzu. Andżelika Rutkowska z Koła, Karolina Siwek z Połańca, Kamil Kowalczuk z Gdańska – prawie dwustu nieletnich w ciągu ostatnich piętnastu lat przepadło bez wieści. Wprawdzie „trwale zaginieni”, jak określa ich policjanci, stanowią zaledwie (a może aż) dziesięć procent wszystkich dzieciaków i nastolatków, którzy giną w Polsce (co roku  1,7 tys. dzieci do 13 roku życia), bo większość odnajduje się lub umiera w wyniku nieszczęśliwych wypadków i przestępstw, ale nikt nie rozwiązał ich tajemnicy, a co gorsza – nikt tak naprawdę ich nie szuka.

Od pięciu lat 25 maja jest „Dniem Zaginionego Dziecka”, a głównym celem pomysłodawców tej akcji jest usprawnienie systemu poszukiwań i uświadomienie społeczeństwu, że co roku na świecie znika bez wieści sto tysięcy dzieci, a szansa na odnalezienia każdego z nich maleje z każdym rokiem.

– Najważniejsze są pierwsze trzy dni poszukiwań – mówi jeden z policjantów pracujący w sekcji poszukiwań. Te pierwsze dni zawsze wyglądają podobnie. Zaginięcia dzieci traktowane są jako tzw. zaginięcia kategorii pierwszej (w tej grupie są jeszcze osoby upośledzone umysłowo, osoby starsze i potencjalni samobójcy). Policja mobilizuje więc wszystkie swoje siły, w poszukiwania włączają się ratownicy z wyszkolonymi psami, sąsiedzi, znajomi rodziny, zupełnie obcy ludzie, bo nic tak nie działa na wyobraźnię, jak krzywda, która może przydarzyć się bezbronnemu dziecku. Tylko, że dzisiaj, w sytuacji, kiedy swobodnie przekraczamy granice, a paszport malca traktowany jest jako pozwolenie rodziców na opuszczenie przez nie kraju, taka „lokalna” mobilizacja, choć konieczna, nie wystarcza.

9 kwietnia, Gerry i Kate McCannowie, rodzice czteroletniej Madeleine, która 3 maja 2007 roku zniknęła z pokoju hotelowego w portugalskim kurorcie Praia de Luz, przedstawili w Parlamencie Europejskim nowy projekt systemu informującego o zaginionych dzieciach wszystkie kraje Europy. O ich Madeleine służby na granicy portugalsko-hiszpańskiej zostały poinformowane 12 godzin po zdarzeniu, a wtedy zdaniem rodziców, ich mała córeczka mogła być już poza granicami Hiszpanii. Obecny plan, wzorowany na amerykańskim systemie „Amber Alert” zakłada, że już po kilkudziesięciu minutach od zgłoszenia uprowadzenia taka informacja trafi do policji i służb granicznych wszystkich krajów Unii, a rysopis dziecka natychmiast opublikują media.

Pierwsze chwile po zniknięciu

Zdjęcia Mateusza Żukowskiego pojawiły się jedynie w lokalnej prasie: drobny, jak matka, rudowłosy, na nosie tysiące piegów. Żukowscy mieszkają w malutkim Ujazdowie, w woj. lubelskim, kilkaset mieszkańców, sąsiad zna sąsiada, na poszukiwania Mateusza ruszyła więc cała wieś, nawet szkolne dzieciaki przeczesywały zarośla w poszukiwaniu Mateusza.

– Jeszcze rano złożył mi życzenia z okazji Dnia Matki – łka Marzenia Żukowska. Są prostymi, ubogimi ludźmi. Ona pracuje jako pokojówka, mąż Andrzej, od kilku lat jest na rencie, oprócz Mateusza mają jeszcze czwórkę małych dzieci.

Ten Dzień Matki będzie pamiętać do kończ życia: mąż pojechał na ryby. Mateusz miał jechać z ojcem, ale rozmyślił się i został w domu. Po południu poszedł z kolegami na podwórko. Kiedy nie wrócił do godz. 21.00, zaniepokojona zaczęła go szukać. Koledzy mówili, że odprowadzili Mateusza po dom, potem, że „ właściwie rozstali się w parku”. Rozsuwała dłońmi każdy krzak. Może spadł z drzewa? Może potknął się, złamał nogę i leży gdzieś w trawie? Pognała na dziką plażę nad Wieprzem, tuż obok parku. Ubrania Mateusza leżały rzucone w pokrzywach. Nurkowie trzy razy przeczesywali dno rzeki. Nie znaleźli ciała.

– Nie utopił się – mówi Marzena Żukowska. – Kiedy stałam nad tymi ubrankami, ciągnęło mi wzrok w stronę łąki, nie rzeki – opowiada.

Mateusz panicznie bał się wody. Kiedy jeździł z ojcem na ryby, wchodził do jeziora po kostki. Żukowski śmiał się nawet z syna, że taki strachliwy. Nigdy sam nie rozebrał by się i nie wszedł do rwącej rzeki. No i kto kładzie ubrania w pokrzywach, żeby zaraz po wyjściu z wody, poparzyć ręce i nogi?

– Nie wiem, co się stało – Żukowska zawiesza głos. Była u starosty, wojewody lubelskiego, spotkała się z wicewojewodą. Wybłagała urzędników o sonar, który sprowadzili z Lublina, sprzęt do poszukiwań z Bydgoszczy. Żadnych śladów. Kiedy zawiodła technika, pytała o los syna wróżbitów (wszystkie matki zaginionych dzieci szukają u nich ratunku). Wróżka z Kolonii Turkowice (podobno rozmawia z Matką Boską) powiedziała jej, że syn żyje. Inna, z Urzędowa, że leży zakopany gdzieś koło domu. Przeszukali każdy pustostan w gminie, każdy zakamarek, stodołę, ale nie znaleźli Mateusza. Jasnowidz z Zawalowa jest pewien, że Mateusza sprzedano „przy wódce” i wywieziono w Polskę. Krzysztof Jackowski z Człuchowa, wskazał na mapie miejsce, gdzie leży ciało Mateusza. Płetwonurkowie niczego nie znaleźli. Nauczyła się słuchać tych wszystkich słów, z których każde może zabić, z kamienną twarzą. Tylko drżenia rąk nie potrafi opanować i serce za każdym razem wali jej, jak młot.

– Gdybym tego nie przeżyła, pomyślałabym, że żadna matka nie przejdzie przez takie piekło – Marzena Żukowska spuszcza wzrok. – Że wcześniej serce jej pęknie z bólu – głos jej się łamie.

Małgorzata Majchrzak, mama zaginionej przed dziewięciu laty Basi przez ten pierwszy rok łykała proszki od bólu głowy, piła hektolitry kawy i wypalała dwie paczki papierosów dziennie. Nie jadła, nie spała, schudła ponad pięć kilo.

– Odbierałam tysiące telefonów, odwiedziłam kilka wróżek, przyjmowałam prywatnych detektywów – wylicza dzisiaj. Nic się dla niej innego nie liczyło, tylko Basia. Ocknęła się, kiedy zauważyła, że zostawiła samym sobie trójkę pozostałych dzieci. Nie dość, że tęskniły za zaginioną siostrą, to jeszcze ona, matka, je opuściła. Dziewięcioletnia siostra Basi przestała mówić, jej straszy brat stał się agresywny.

 – Poszliśmy wszyscy na terapię do psychologa – opowiada.

Marzenę Żukowską psycholog zapytał: „Chce pani stracić je wszystkie? Pozostałą czwórkę także?” Wtedy się przebudziła.

– Dzieci, które zostają nadają rodzicom, sens życia – mówi psycholog Anna Dziurka, która z ramienia ITAKI –  Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych, pomaga rodzinom zaginionych dzieci. – Jeśli ginie jedyne dziecko i nie ma w życiu tych ludzi, żadnej motywacji, żeby żyć dalej z każdym kolejnym miesiącem pogłębia się u nich depresja – opowiada. Dopóki działamy, mimo stresu i zmęczenia, utrzymujemy psychiczną równowagę. Żyjemy jak w transie, dni zlewają się w jedną całość, a my wciąż znajdujemy kolejne miejsce, w które warto pójść, wynajdujemy ludzi, z którymi warto porozmawiać. Potem mobilizacja i stres wciąż są wysokie, ale my nie możemy niczego już zrobić.  – Jesteśmy bezsilni i to zabija najbardziej – ciągnie psycholog.

Pytania bez odpowiedzi

Z każdym miesiącem telefon dzwoni coraz rzadziej, detektywi bezradnie rozkładają ręce, a policjanci nie szukają dziecka już tak intensywnie. Eliminują poszczególne hipotezy, tak jak to było w przypadku Basi Majchrzak, która nie uciekła z domu i nie uległa nieszczęśliwemu wypadkowi. Chowają teczkę do szafy i czekają na nowy trop, albo próbują dopasować zaginięcie do innej niewyjaśnionej takiej sprawy. Poszukiwania trwają do czasu, aż dziecko skończyłoby 23 lata, potem przez następne piętnaście jego zdjęcie jest w policyjnej bazie danych. Po 15 latach znika także stąd. Ale dziecko nie mogło przecież zginąć tak po prostu. Co mogło się stać? Pojawiają się hipotezy, których do tej pory nie udało się udowodnić, i może nigdy nie uda: że zostało porwane, wywiezione za granicę, oddane do adopcji, sprzedane na „narządy”, albo ktoś wykorzystał (lub wciąż wykorzystuje) je seksualnie.

– Nie mamy wątpliwości, że kwitnie handel dziećmi, ale nie dysponujemy twardymi danymi – mówi Katarzyna Fenik z Fundacji Dzieci Niczyje – Może dlatego, że tym procederem zajmują się zorganizowane grupy przestępcze, a one nie zostawiają śladów ani świadków – dodaje. Jeden z policjantów pracujący kiedyś w sekcji poszukiwań nie wierzy w prawie dwieście dzieciaków, które nagle przepadły bez wieści. – Mówiło się i o uprowadzeniach do agencji towarzyskich w Holandii i handlu narządami – tłumaczy. Jakiś czas temu policjanci znaleźli w jednym z podwarszawskich burdeli 13-letnią Białorusinkę. Dlaczego więc polskie dzieci nie miałyby być wywożone za granicę?

Małgorzata Majchrzak, jak wszystkie matki zaginionych dzieci, setki razy słyszała, że jej córkę zgwałcono, wywieziono, sprzedano do domu publicznego.

– Przestałam już płakać, kiedy to słyszę – mówi. Z czasem zaczęła zadawać sobie pytania: „Czy zrobiła wszystko, co mogła zrobić?” albo czy czasem, gdzieś tam wcześniej nie popełniła jakiegoś błędu, czegoś nie przeoczyła.

Zofia Siwek, matka Karoliny, wciąż prześwietla w pamięci każdy dzień przed zaginięciem córki: co powiedziała, z kim się spotkała, czy aby nie dała im jakiś znaku. Karolina zniknęła 4 czerwca, dziewięć lat temu, miała 14 lat. Przyszła po szkole, zostawiła książki i wyszła z domu, tak jak stała, w spodniach i ciemnej, dżinsowej kurtce. Wypytywali koleżanki, kolegów, nauczycieli. Nikt niczego podejrzanego nie zauważył. Zaczęli się obwiniać: może im coś umknęło? Coś przeoczyli w codziennej gonitwie?

– W szóstej klasie miała świadectwo z czerwonym paskiem, w siódmej było już gorzej – Zofia Siwek pracuje w szkolnym sekretariacie, mąż pracował w elektrowni Połaniec. Mają piątkę dzieci. Karolina wagarowała, słabiej się uczyła. „Córuniu, co się dzieje?” – pytała. „Och, mamuś, przestań, wszystko nadrobię” – machała tylko ręką.

– Nie miała żadnego powodu, żeby uciekać z domu – mówi matka. I wylicza, jak każda z nich: byli u jasnowidza, w programie „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”, sprawdzili każdy sygnał, każda wskazówkę, którą otrzymali od ludzi.

– To było takie dobre dziecko. Takie pilne. Cały dzień siedziała przy książce. Albo słuchała muzyki. Nie wiem sama….. – głos jej się łamie.

Ożywia się nagle, bo jest nowa szansa. Rysownicy stworzyli nowy portret Karoliny, postarzyli ją o dziewieć lat i teraz wygląda na zdjęciach tak jak mogłaby wyglądać dzisiaj. Zdjęcie można oglądać na internetowych stronach fundacji ITAKA, jedynej organizacji w Polsce zajmującej się poszukiwaniem osób zaginionych.

Świat szuka zaginionych

W USA zaginionymi dziećmi i ich poszukiwaniem zajmuje się specjalna organizacja Narodowe Centrum do Spraw Zaginionych i Wykorzystywanych Dzieci. (NCMEC). Założyli je w 1984 r. zdesperowani Johna i Reve Walshow, których syn Adam zaginął w 1981 r. To zniknięcie nie mogło być przypadkiem, bo przez trzy lata w równie tajemniczych okolicznościach zaginęło 28 innych dzieci. Sprawę nagłośniły media, a w Stanach Zjednoczonych rozpoczęła się dyskusja o tym, jak nieporadnie szuka się zaginionych dzieci. Nacisk społeczny zmobilizował do działań Kongres, który od lat dofinansowuje Centrum.

Dziś jego partnerami jest 360 organizacji, które poszukują dzieci chwytając się niekonwencjonalnych metod. Zdjęcia zaginionych umieszczane są np. na kartonach mleka, drukowane na pocztówkach, zawieszane na ścianach największej w USA sieci hipermarketów Wal-Mart. W maju 2005 roku pojawi się nawet 39-centowy znaczek pocztowy poświęconych zaginięciom. Samą internetowa strona Centrum notuje 2,8 miliona wejść dziennie.

W wielkiej Brytanii – podobnie jak w USA i 15 innych krajach – działa strona Missing Kids Website (zaginione dzieci), na której są zdjęcia i informacje o zaginionych. Łącznie zgromadzono na niej dane 3 tys. dzieci. W Niemczech kilkanaście lat temu Monika Bruhns z Kisdorfu założyła inicjatywę „Vermisste Kinder” („Zaginione dzieci”). Rodzice mogą dzwonić na bezpłatną infolinię, uzyskując pomoc i instrukcję w tym, jak szukać dzieci, ale też prewencyjne podpowiedzi w sytuacji, kiedy podejrzewają, że dziecko może uciec z domu. To właśnie z inicjatywy Moniki Bruhns 25 maja został ustanowiony „Dniem Zaginionych Dzieci”, a jej entuzjazm i zapał przyniósł już namacalne efekty. Organizacji udało się wyjaśnić 41 przypadków tajemniczych zniknięć. Dwójkę niemieckich dzieci odnaleziono w USA, inne w Istanbule, Serbii, Hiszpanii czy na południu Francji. Na niemiecką stronę www.vermisste-kinder.de, na której umieszcza się uaktualnione komputerowo portrety zaginionych,  wchodzi dziennie kilka tysięcy osób.

Polskiej fundacji ITAKI (www.zaginieni.pl) nie stać na taki program komputerowy, dysponuje nim tylko policja, a do ITAKI wciąż zgłaszają się ci, którzy nie stracili nadziei. Ta nadzieja odżywa z każdą kolejną informacją o zaginionych dziecku, bo wtedy istnieje szansa, że dziennikarze wrócą także do historii ich dzieci albo wtedy, gdy na świecie cudem odnajdzie się poszukiwany przez lata chłopiec czy dziewczynka.

Kiedy wraca nadzieja

Małgosia Majchrzak wie wszystko o Austriaczce Natascha Kampusach, która w wieku 10 lat została porwana przez Wolfganga Priklopia. Przeczytała o kobiecie każdy artykuł jaki ukazał się w gazecie, bo przecież jej historia może być historią Basi. Porywacz uprowadził Nataschę z ulicy, kiedy wracała ze szkoły. Przez osiem lat przetrzymywał w ciemnej, dźwiękoszczelnej celi. Na początku września 2006 roku Natascha wykorzystała moment nieuwagi Priklopia, wybiegała na podwórko, i nieskładnie opowiedziała jednemu z sąsiadów kim jest i poprosiła o pomoc. Dopiero po kilku tygodniach w jednym z wywiadów zdecydowała się opowiadzieć, jak przez osiem lat wyglądało jej życie. Spędzali z porywaczem dużo czasu podczas posiłków i prac domowych, czasami mogła czytać i oglądać telewizję. „Nie był moim panem, chociaż chciał być. Byłam równie silna. Mówiąc obrazowo nosił mnie na rękach, a jednocześnie kopał” – mówiła. Wolfgang Priklopil był podczas śledztwa jednym z podejrzanych. Przyjaciółka porwanej dziewczynki, rozpoznała jego białego vana, który stał w pobliżu miejsca uprowadzenia, ale policja nie dysponowała wystarczającą liczbą dowodów aby zatrzymać mężczyznę. Priklopil, kiedy zorientował się, że Natascha uciekła, rzucił się pod pociąg. Dziś dwudziestoletnia kobieta wraca do normalnego życia. Chce zdać maturę, iść na studia, nadrobić stracony czas.

Jeden z kwietniowych numerów „The Times” donosi o dziesięciolatce z Yorkshire, która odnalazła się po 24-dniowej nieobecności. Shannon nie potrafi na razie powiedzieć, co robiła przez prawie miesiąc bez opieki rodziców, ale wraca do zdrowia, a jej rodzina nie odstępuje dziecka na krok błogosławiąc cudowne jego ocalenia. Dziennikarz „The Limes” rozmawiał także z dwiema dziewczętami, 19-letnią Lisą Hoodless i Charlene Lunnon, które jako dziesięciolatki zostały porwane przez pedofila Alana Hopkinsona. Zwyrodnialec przez cztery dni przetrzymywał je we własnym mieszkaniu, wiązał rajstopami i wielokrotnie gwałcił. Dzisiaj mówią, że te traumatyczne przeżycia, umocniły je. Próbują żyć, jak inne nastolatki, chodzą do szkoły, nawiązały normalne relacje z mężczyznami. Charlene wspomina, że gdy oglądała wiadomości o wielkiej akcji poszukiwawczej z 1999 roku widziała porażkę na twarzy swojego ojca. Ta mina powiedziała jej, że tato przestał wierzyć, myślał, że nie żyje.

„Nigdy nie przestawaj szukać zaginionych dzieci, bo te maluchy czasami wracają” – miały powiedzieć Lisa i Charlene.

U Małgosi Majchrzak była ostatnio dziennikarka z jednego z pism kobiecych. Pokazała jej ołtarzyk poświęcony córce (taki ołtarzyk jest w domu każdego zaginionego dziecka): zdjęcia Basi, jej ukochane zabawki, książki, pamiętnik. W gazecie opublikowane także fotografię, na której Basia została postarzana przez komputerowców. Zadzwoniła Polka z Niemiec. Podobno wiedziała jej małą (wciąż tak o niej mówi „mała”, a przecież Basia ma dzisiaj 20 lat!) w jednym z niemieckich banków. Zadzwonił mężczyzna z Poznania. Jest w stanie przysiąc, że widział kobietę taką jak ze zdjęcia w jednym z miejskich tramwajów. Więc znów pojawiła się nadzieja.

– Ciężko tak żyć w przepaści między życiem i śmiercią– przyznaje Małgorzata Majchrzak i patrzy na zdjęcia swojej dorosłej córki. Nie przypuszczała nawet, że będzie tak do niej podobna. Wszyscy mówili: „Baśka, to cały tata”. – Nie, wcale nie łatwo – Majchrzakowej po raz pierwszy w czasie rozmowy drży głos.

Łatwiej chyba wiedzieć, że dziecko nie żyje, a potem przeżyć żałobę, niż żyć w niepewności. Bo trudno zacząć nowe życie, nie rozliczając się ze starym.

Marzena Żukowska nie wyrzuciła z domu żadnego ubrania Mateusza. Wszystko leży tak, jak rok temu, 26 maja: ksiązki, zdjęcia, zabawki. Nawet dziurawe skarpety wyprała i ułożyła w szafie. – Pogodziłabym się ze śmiercią. Bo wtedy miałabym przynajmniej pewność, że Mateusz jest spokojny, bezpieczny. Tak nie wiem nic – wzrusza bezradnie ramionami. I czeka.

Psycholog Anna Dziurka z ITAKI mówi, że z rodzicami dzieci zaginionych, trzeba po prostu być. Akceptować ich emocje i wspierać w każdej decyzji. Są rozdarci, jednego dnia wierzą, drugiego tracą nadzieje. Z czasem coraz niechętniej opowiadają o swoim bólu.

Nauczyć się żyć od nowa

Ewę Iszczyłowicz znają chyba nie tylko Ślązacy, bo przez lata cała Polska śledziła z zapartym tchem i zaciśniętymi kciukami jest desperackie poszukiwania córki. Przez pierwsze dni każdy śląski taksówkarz miał przy sobie wydrukowany na kolorowym papierze portret Sylwii Iszczyłowicz, takie portrety wisiały na murach i słupach ogłoszeniowych w większości śląskich miast. W listopadzie 1999 roku z zajezdni nie wyjechał żaden autobus ani tramwaj, jeśli nie było w nim przyklejonego do szyby zdjęcia Sylwii. Ewa Iszczyłowicz była w programie „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”, o Sylwii opowiadał Michał Fajbusiewicz. Nie było jej dwa lata, a ona wciąż wierzyła, że któregoś dnia zapuka do drzwi domu i opowie, co się stało. Cuda się przecież zdarzają.

– Nie potrafię się już śmiać, ani cieszyć. Nie potrafię odpoczywać. To życie w ciągłym napięciu, oczekiwaniu, w ciągłej niepewności – mówiła pięć lat temu. – Córka jest obecna we wszystkim co robię, nie ma dnia, żebym o niej nie myślała. Przeszłam przez to i postanowiłam żyć dalej. Wychowuję dwóch synów. Jestem im potrzebna. Nie mogę się rozklejać, płakać. Muszę być twarda – tłumaczyła.

Jakiś czas temu Ewa Iszczyłowicz zmieniła adres zamieszkania i numer telefonu. Nie chce rozmawiać z dziennikarzami. Rzecznik prasowy zabrzańskiej policji, informuje, że „pani Iszczyłowicz jest wdzięczna wszystkich, którzy angażowali i angażują się w poszukiwania jej córki. Ale ona nie chce już opowiadać o swoim bólu. Rozdrapywać ran na nowo.”

Wciąż czeka na Sylwię, ale musi nauczyć się żyć bez niej.

Newsweek, 5 czerwca 2005 roku

                                                                                Ścigani przez mafię

Gangsterzy wiedzą, gdzie mieszka, jakim samochodem jeździ, jakie robi interesy, wreszcie – z kim pije wódkę. Jarosław Sokołowski, ps. Masa, ma powody do strachu. Stanowi specjalną kategorię zwierzyny, na którą poluje mafia: jest świadkiem koronnym. Zdrajcą. Kapusiem. Takim mafia nie przebacza. Już pięć lat temu wyznaczyła za jego głowę milion dolarów nagrody.

„Masa” objęty został specjalnym programem ochrony. Ma do dyspozycji kilku wyszkolonych policjantów, gotowych osłaniać go i przetransportować w inne miejsce. Ale nie zmieniono mu tożsamości; w papierach wciąż jest Jarosławem Sokołowskim, gangsterem mafii pruszkowskiej.

W ubiegłym tygodniu „Życie Warszawy” napisało, że gang wytropił „Masę”. Policja pozyskała tę informację dzięki podsłuchowi.

– Do głowy mi nie przyszło, że będą mnie ścigać z taką zaciętością – mówi „Masa”. I przyznaje, że on, twardy facet, kawał kozaka, boi się. Najbardziej o rodzinę.

– To nie tak miało być – mówi podniesionym głosem. – Gdy decydowałem się, żeby zostać świadkiem koronnym, prokuratorzy zapewniali, że zarząd „Pruszkowa” pójdzie siedzieć na minimum 15 lat.

Stało się inaczej. Mirosław Danielak, ps. Malizna, dostał 7 lat i 3 miesiące więzienia. Jego współpracownicy: „Parasol”, „Bolo”, „Kajtek” po 7 lat, a „Wańka” 6,5. Wyjdą wkrótce.

– Więc teraz małolaty z gangów próbują mnie dopaść. Chcą zapunktować u „starych”, zanim ci znajdą się na wolności – tłumaczy Sokołowski.

Skąd dowiedzieli się, gdzie mieszka? Może był nieostrożny? Robił jakieś podejrzane interesy?

 – Bzdura -zaprzecza. – Ten przeciek musiał wyjść od policji.

Policjantów, którzy go chronią, jest pewien. „Świetni gliniarze” – twierdzi. Nie mogliby puścić pary z gęby. Ale córkę do szkoły dowozi codziennie 30 km, kilka razy kontrolowała go drogówka. Więc ktoś – celowo albo przypadkiem – chlapnął, komu nie trzeba.

„Masa” jest numerem jeden na gangsterskiej liście ludzi do odstrzału. Wsypał blisko tysiąc przestępców w całej Polsce, jeździ po całym kraju na największe procesy przeciw przestępczości zorganizowanej. I zeznaje. Dlatego mafia wydała na niego wyrok. Ale nie tylko na niego – także na pozostałych 70 świadków koronnych i tych, którzy sypali, a utracili status świadka koronnego bądź go nie uzyskali. Albo jako współoskarżeni lub świadkowie zeznawali przeciwko bandytom.

Z kilkoma spotkaliśmy się, rozmawialiśmy. Wszyscy sprawiają wrażenie zaszczutych. Rozbiegane oczy, drżące ręce, niespokojne ruchy. Ich opowieści są podobne, tak jak podobne jest ich życie: nigdy za długo w jednym miejscu, z miasta do miasta, z jednego do drugiego wynajmowanego mieszkania. Praca – tylko na czarno. Płatności – tylko w gotówce. Lekarz – wyłącznie prywatny. Nie bywać w miejscach publicznych. Nie włazić policji w oczy – wielu z nich nie rozliczyło się jeszcze ze swej bandyckiej przeszłości przed sądem.

Mówią: najgorsze są te krople potu na czole, gdy masz wrażenie, że ktoś długo wpatruje się w twoje okna. I ściśnięcie serca: kim jest ten człowiek, który rzucając spojrzenie spod oka, niby obojętnie mija cię na ulicy? Skąd znasz tę twarz? I głuchy telefon: pomyłka, a może… Ktoś puka do drzwi – o Jezu! Czy uda się przetrwać jeszcze jeden dzień?

Sebastiana – prosił, aby zmienić mu nawet imię – szukają i byli koledzy, i policja. Umawiamy się na spotkanie przez pośredników, w jednym z miast zachodniej Polski. Jest przerażony. Zanim zgodzi się porozmawiać, sprawdzi moją tożsamość, zadzwoni do moich szefów, aby upewnić się, że nie jestem „kimś z miasta” ani agentem policji. Kiedy będę już w drodze do wyznaczonego miejsca, też zadzwoni kilkakrotnie: gdzie jestem, czym jadę, w co jestem ubrana.Będę czekać na niego ponad kwadrans, potem mi powie, że obserwował, czy nie przywlokłam „ogona”. Wreszcie się pojawi: wysoki i szczupły, prawie kościsty. Dżinsy i znoszony T-shirt. Robi wszystko, żeby nie rzucać się w oczy. Zmęczony, ale wciąż czujny. Ucieka od pięciu lat.

– Na początku myślałem, że się uratuję. Teraz wiem, że i tak mnie dopadną – rzuca krótkimi zdaniami. Dla niego „Masa” to chodzący trup: – Nikt i nic nie jest mu w stanie pomóc. Namierzyli „Masę”, najważniejszego świadka koronnego w Polsce… Nawet jego… Sebastian nerwowo wykręca palce. Znalazł się w pułapce. Niczego już nie da się zmienić. Prócz strachu nieustannie czuje żal do losu – że taki dla niego pokrętny. Do kumpli – bo na niego polują. Policji – że nie chciała pomóc. A najbardziej do siebie – że dał się w to wszystko wrobić.

Urodził się na północy Polski. O ojcu mówi: „Dobrze, że skurwysyn zmarł”. O matce: „Lubiła alkohol”. Biegał po podwórku, kopał piłkę jak inni chłopcy, ale wyróżniał się odwagą. Miał 10 lat, kiedy chciał kijem bejsbolowym pobić taksówkarza, bo ten naubliżał jego matce. Miał naście lat, gdy zauważył go człowiek (nazywa go „Grubym”) starszy od niego o dwie dekady, szanowany obywatel miasta.

– Kierował dobrze zorganizowaną grupą przestępczą. Przerzucali papierosy przez Polskę i „stukali” samochody dla ubezpieczenia – Sebastian mówi prawie szeptem. Twierdzi, że mieli „swoich” ludzi w bankach, komisach samochodowych, PZU i w policji. Był odpowiedzialny za kontakty z policją.

– Jednym z kochanków mojej matki był gliniarz. Dzięki niemu poznałem innych – mówi. Twierdzi, że w jego mieście cały wydział do walki z przestępczością gospodarczą był w kieszeni gangsterów. Dostawali więc cynki, kiedy „robić wypadek” i jacy celnicy są na granicy. – Miałem 17 lat, zarabiałem po 40 tys. miesięcznie, jeździłem wypasionymi furami i miałem wszystkie dziwki w okolicy.

Tylko przez pierwsze pół roku drżał przed wpadką. Potem przyzwyczaił się. Czego lub kogo miał się bać? W Boga nie wierzy.Prócz kontaktowania się z „psami” konwojował tiry z lewymi papierosami. Robota jak robota: trzeba zrobić przelew do banku tytułem należności za towar, potem zadzwonić, żeby sprawdzić, kto ma służbę na granicy, dalej wyjazd po tira. Wszystko było poukładane. Do czasu, kiedy ich grupą zajęło się Centralne Biuro Śledcze. Na szczęście (lub nieszczęście) od zaprzyjaźnionego gliniarza dowiedział się, że planują zatrzymanie całej grupy. – Zawiadomiłem kumpli o wpadce i sam zwiałem.

Ale funkcjonariusze CBŚ zaczęli po kolei ich wyłapywać. Sebastian nie miał ochoty spędzić paru lat za kratkami. Do głowy mu przyszło, że mógłby zostać koronnym. – Poszedłem do takiego ważnego policjanta – uśmiecha się nad swoją naiwnością. – Spisywał na kartce to, o czym mógłbym zeznać. Obiecał, że przekaże moją propozycję prokuratorowi. Nigdy tego nie zrobił. Zamiast informacji, kiedy ma się zgłosić do prokuratora, dostał cynk od zaprzyjaźnionego dzielnicowego, że ma wiać z miasta. „Gliny ci nie pomogą, a byli kumple odstrzelą. Spierdalaj w Polskę” – poradził. 

– A „Gruby” dowiedział się, że chciałem go sypać. Dawał za moją głowę 20 tys. złotych – mówi Sebastian.

Jego szef siedział za kratkami, a wynajęci zabójcy kazali najpierw płacić sobie za życie. Dał im dziesięć tysięcy, potem pięć, potem kolejne trzy. Kiedy nie miał już pieniędzy, znalazł w drzwiach mieszkania kartkę: „Chcę ci pomóc. Przyjdź o 10 rano pod fontannę”. Tam na niego czekali. Dwa strzały. Dostał w rękę i nogę. Jakoś uciekł. Nie powie, kto wyciągał mu kule. Bał się już wcześniej, ale dopiero teraz przekonał się, czym jest zwierzęcy strach przed śmiercią.

Proces przeciw grupie „Grubego” trwa, oskarżeni odpowiadają już z wolnej stopy. Sebastian ma sygnały, że wyrok na jego głowę jest aktualny. Czasem się zastanawia, że byłoby lepiej, gdyby dał się złapać, coś by odsiedział, a potem mógłby żyć jak człowiek. A może nigdy? Po wpadce był dla swoich kompanów pierwszym podejrzanym: to on miał kontakty z glinami, jemu udało się skutecznie ukrywać, kiedy innych zaraz złapali. Pewnie więc i tak chcieliby go odstrzelić.

Był w potrzasku. „Masa” mówi to samo. Kiedy w ramach walki o wpływy gangsterzy z „Pruszkowa” zabili jego przyjaciela Andrzeja Kolikowskiego, ps. Pershing, wiedział już, że jest następny. Ale został aresztowany i za wymuszanie haraczy trafił do Zakładu Karnego w Wadowicach – to była policyjna gra, która miała z jednej strony uchronić go przed śmiercią, a z drugiej – skłonić do współpracy. Tam dostał cynk, że ludzie z mafii chcą porwać mu dziecko albo zabić żonę. Z zemsty, że nie udało im się go dopaść.

– Miałem dwa wyjścia: albo złapać za pistolet i wypowiedzieć im wojnę, albo iść na układ z policją. Wybrałem to drugie. Ze względu na dzieci.

„Masa” już oswoił swój strach. Wykonując zawód gangstera, ryzyko miał wkalkulowane w koszty. Bał się, kiedy „chodził na robotę”, że w końcu trafi go policja. Potem, kiedy był już policyjną wtyczką, bał się swoich kolegów. Po latach strach nie ściskał mu gardła, nie powodował trzęsawki. Wóz albo przewóz, proste. Ale strachu o swoich najbliższych, a zwłaszcza o dzieci, opanować się nie da.

Instytucja świadka koronnego istnieje w Polsce od 1998 roku i to m.in. dzięki niej udało się rozbić w ciągu ostatnich siedmiu lat największe grupy przestępcze w Polsce. Świadek koronny w zamian za nietykalność musi opowiedzieć śledczym o wszystkich przestępstwach, jakich dokonała grupa i w których brał udział. Musi wsypać byłych kolegów i potwierdzić przed sądem to, co zeznał prowadzącym go funkcjonariuszom. „Masa” poszedł na wszystko. I jest świadom konsekwencji.

Ludzie mają różne motywacje, kiedy decydują się na współpracę z organami ścigania. Ale zazwyczaj wierzą, że uda im się zniknąć. Włodzimierz Celejewski ze Śląska, będąc koronnym, założył nowy gang. Myślał, że uda się wykiwać i policję, i kolegów. Rafał Chwieda, ps. Czarny, chciał się zemścić na kumplach, którzy opuścili go w potrzebie, nie pomogli, nie dali pieniędzy. Wiesław Czemer, ps. Kastor – chłop wielki jak dąb, barczysty, z szyją zlewającą się z tułowiem, zaufany człowiek Janusza Treli, ps. Krakowiak, i jeden z pierwszych świadków koronnych w Polsce – twierdzi, że pragnął zerwać z przeszłością, zacząć uczciwe życie. Ale czy dziś, po latach ucieczki przed gangsterami, powtórzyliby swą decyzję?

Wielu chciało zostać świadkami koronnymi, ale nie wyszło. Na jednego zatwierdzonego przypada kilku chętnych. Postępowanie kandydackie, bo tak nazywają je prokuratorzy, jest tajne. Prokurator rozmawia ze skruszonym gangsterem, ocenia, na ile będzie przydatny w śledztwie, a potem może wystąpić o przyznanie statusu świadka koronnego lub nie. A jego wniosek może jeszcze odrzucić prokurator apelacyjny lub sąd.

– Niszczymy wtedy dokumentację. Nigdzie nie odnotowujemy, że taki człowiek u nas był – mówi prokurator Marek Pasionek z Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach, zajmujący się walką z przestępczością zorganizowaną. Ale przyznaje, że choć wszystko odbywa się w największej tajemnicy, życie jest życiem i mało prawdopodobne, aby przestępcy nie dowiedzieli się, że ich kolega zaczął sypać. I wtedy resztę życia taki niedoszły koronny spędza, uciekając przed byłymi kompanami.

Kiedy sześć lat temu pod Gliwicami spotkałam się z Mirkiem Wiszczańskim, członkiem grupy przestępczej Grzegorza Polikowskiego, ps. Pokid, z Gliwic, okien jego domu pilnowali zaufani koledzy, a nasza rozmowa odbywała się w pokoju oświetlanym przez migocący płomyk świecy. Wiszczański starał się o status koronnego, ale w trakcie postępowania sprawdzającego okazało się, że brał udział w zamachu, podczas którego zginął człowiek, a zabójstwo wyklucza taką możliwość.

Mężczyzna płakał jak dziecko, trząsł się z przerażenia. – Nikogo nie zabiłem, pomóżcie mi, proszę, przekonajcie prokuratora, błagam – powtarzał mi w kółko. Czuł się wystawiony. Kontaktowaliśmy się jeszcze parę razy, ale pewnego dnia zniknął. Czy jeszcze żyje?

Stefan Nowak – rocznik 1948, żonaty, ojciec dwójki dzieci – był zaprzyjaźniony z szefami tego, co zostało z grupy wołomińskiej: Marianem Klepackim, ps. Klepak, i Ludwikiem Adamskim, ps. Lutek. To oni polecili mu jechać na Śląsk i „rozkręcić biznes”. Nowak w 1999 r. odkupił za bezcen dwie upadające firmy i pod ich szyldem zajął się „działalnością gospodarczą”, a konkretnie handlem węglem. Firmy przynosiły ogromne zyski, bo Nowak nie płacił swoim kontrahentom, a kasę odprowadzał mafii. Ale kiedy „Klepak” i „Lutek” zginęli, interesy przejęli młodzi, m.in. syn „Klepaka”. A im było wciąż mało, myśleli, że ich oszukuje. Dlatego porwali go i przez dwa tygodnie więzili na zapleczu warszawskiej knajpy. Dopiero kiedy przyrzekł, że będzie odprowadzał więcej niż milion rocznie, wypuścili.

– Miał na karku mafię i śląskich kontrahentów, był im winien pieniądze. Nie wytrzymał ciśnienia – ocenia prokurator Pasionek.

W 2001 roku sam zgłosił się na policję. I choć dalej poci się ze strachu, nie skarży się i nie narzeka. Wie, że inaczej już by nie żył. Już czwarty rok Nowak siedzi w celi i czeka, aż na podstawie aktu oskarżenia, który powstał głównie na podstawie jego zeznań, skażą ludzi z „Wołomina”. I na wyrok w swojej sprawie. Ze względów bezpieczeństwa przenoszą go z aresztu do aresztu, a dyrektorzy placówek dostają informacje, że to człowiek „szczególnie narażony na nieszczęśliwe wypadki lub samobójstwa”. Chronią go, ale gwarancji życia nikt mu dać nie może.

Włodzimierza Celejewskiego (tego, co stracił status świadka koronnego, bo będąc nim założył gang) „Krakowiak” za donoszenie chciał zastrzelić na spacerniaku aresztu w Katowicach. Wyrok miał wykonać Zbigniew Łabudek, egzekutor grupy i jeden z najbezwzględniejszych zabójców w Polsce. Kiedy informacja o planowanym zamachu dotarła do śledczych, nie wierzyli, że można zabić więźnia podczas spaceru. Aby to sprawdzić, wdrapali się na dach budynku stojącego przy areszcie. Spacerniak widać stamtąd jak na dłoni.

– A informacja o tym, że człowiek, który sypnął, przyjeżdża do zakładu karnego, roznosi się wśród skazanych lotem błyskawicy – mówi policjant zajmujący się walką z przestępczością zorganizowaną. Więc ci, co kapowali na kolegów i siedzą, też boją się w nocy zasnąć. Dlatego Sebastian, wciąż poszukiwany listem gończym, nie chce zgłosić się na policję. – W areszcie nie przeżyję 24 godzin. Na wolności mam większe szanse – twierdzi.

Pracuje na czarno i próbuje normalnie żyć. Mówiąc „normalnie”, robi palcami cudzysłów. Cztery lata temu poznał dziewczynę, mają syna.

 – Już mam dość. Na każde pukanie do drzwi truchleję. Kocham ją, ale jeśli zdecyduje się odejść, zrozumiem – głos się łamie.

Bo co to za życie? Ma prawo jazdy, ale nie jeździ. Boi się kontroli drogowej. Kiedy widzi policjanta, schyla się i sznuruje but. Nie chodzi do kina, rzadko jeździ miejskimi środkami komunikacji. – Wciąż się za siebie oglądam. „Gruby” nie popuści. Gliniarze też nie.

Ma dziwne przekonanie, że zginie dokładnie o 22.22. 

– Ta godzina mnie prześladuje – mówi ochrypłym głosem. Bo ile razy patrzy na zegarek, jest 22.22. – To jakiś impuls, przeczucie, przymus – tłumaczy. Kiedy „musi” popatrzeć na cyferblat, już dostaje gęsiej skórki, bo wie, jaką godzinę na nim odczyta. Dużo pije. Bo kiedy jest pijany, wszystko mu jedno.

„Masa” do ciągłej ucieczki zdążył się przyzwyczaić. Całej jego rodzinie życie ściganego zwierzęcia weszło w krew. Nawet dzieci wiedzą już, że wracając do domu, trzeba wybierać różne drogi. Ale stara się normalnie żyć, jest mu łatwiej niż Sebastianowi. Prowadzi firmy, dzieciaki się uczą.

– Utrzymuję kontakt z kilkoma przyjaciółmi z tamtego okresu, ale nie wiedzą, gdzie jestem – mówi. – Ci, którzy są dziś w moim otoczeniu, znają mnie jako biznesmena Sokołowskiego. Jestem uczciwym człowiekiem – podkreśla. Tak przywykł do roli, którą gra od pięciu lat, że gdyby teraz, mówi, przestał jeździć po sądach i zeznawać przeciwko „tym wszystkim bandziorom”, czegoś by mu w życiu brakowało.

Ale kiedyś przestanie zeznawać. Wtedy dostanie nową tożsamość, nową twarz i nowy dom gdzieś na końcu świata. Jeśli dożyje.

Polska The Times, 9 listopada 2007 roku

                                         W imieniu Rzeczypospolitej

„W imieniu Rzeczypospolitej…” Słowa rozpoczynające sentencję wyroku rozbrzmiewają na sali. Ludzie stoją wpatrzeni w usta sędziego. Czasem towarzyszy im trzask fleszy, mruczenie kamer. Ktoś zakryje twarz dłońmi, ktoś uśmiechnie się zadowolony. Jedni zaczną klaskać, inni krzyczeć: „hańba!”. Potem w wieczornym dzienniku któryś z polityków, przywołując na twarz wyraz zatroskania, powie coś o kolejnej porażce prawa, sugerując jaka decyzja powinna zapaść, żeby było sprawiedliwie. A jak ta decyzja zapada? Zapytaliśmy o to sędziów, którzy prowadzili głośne sprawy ostatnich lat i których decyzje podzieliły Polaków.

Sędzia Anna Ptaszek, Sąd Okręgowy w Warszawie, wydział VIII karny – umorzyła postępowanie wobec bezdomnego Huberta H. oskarżonego o lżenie prezydenta. Teraz będzie musiała orzec, czy to matka Michałka utopionego w 2001 roku w Wiśle przez dwóch mężczyzn jest współwinna jego śmierci.

Sędzia Marek Celej, z tego samego sądu i wydziału. Był w składzie orzekającym o winie Lwa Rywina. Jako jedyny napisał zdanie odrębne w kwestii wyroku – chciał uznania go winnym płatnej protekcji, nie oszustwa i kary w zawieszeniu.

Sędzia Jakub Zieliński, Sąd Okręgowy w Poznaniu. Orzekał w sprawie matki i jej konkubenta, którzy zatłukli 14-miesięczną  Klaudię. Wyrok zapadł za pobicie ze skutkiem śmiertelnym, a nie za zabójstwo, jak oczekiwano.

Sędzia Jarosław Papis, Sąd Okręgowy w Łodzi. Wydawał wyrok na „łowców skór”, sanitariuszy i lekarzy pogotowia  ratunkowego w Łodzi. Brew mu nie drgnęła, gdy zasądzał dożywocie i 25 lat więzienia wobec oskarżonych sanitariuszy. Oraz „skandalicznie niskie” (5 i 6 lat) zdaniem wielu wyroki dla jeżdżących z nimi w karetkach lekarzy.

Sędzia Ewa Krukowska, wiceprezes Sądu Okręgowego w Gliwicach. Sądziła w pierwszym procesie zomowców z Wujka.  Uniewinniającego wyroku z 1997 roku do dziś wielu jej nie zapomniało.

– Tak, to bardzo ciężka, wyczerpująca emocjonalnie praca – mówi. Misja raczej. Trzeba siły, wiedzy, moralnego kręgosłupa i  mądrości życiowej aby rozstrzygać niezawiśle. Tak jak w przyrzeczeniu – w zgodzie z prawem i sumieniem.

Jak wspominają swoją asesurę? Jakie targają nimi dylematy? Czy w ogóle je mają? Czego się boją? Dlaczego wciąż zakładają togę z taką samą uwagą i baczeniem?

Zakon o bezwzględnych regułach        

Pamięta ten dzień, kiedy wkraczał niczym gladiator na arenę do sali sądowej by rozpatrzeć swą pierwszą samodzielną sprawę. On, Jarosław Papis, asesor łódzkiego Sądu Rejonowego, ukrywający pod togą nerwy i zdeprymowanie. Kradzież z włamaniem. Kilka komórek zostało ograbionych, skradziono dwa rowery, trochę narzędzi majsterkowiczów i tak zwane zestawy owocowo-kompotowe.

– Jedyną osobą z doświadczeniem w prawie był oskarżony, recydywista złodziej – śmieje się dzisiaj Papis. Bo oprócz sędziego żółtodzioba na sali był jeszcze oskarżający prokurator (też asesor, też w swojej pierwszej sprawie) i protokolantka zatrudniona parę dni temu. Za to w ławach publiczności rozsiedli się doświadczeni sędziowie. Obserwowali.

– Nieszczególnie mi to pomagało – sędzia Papis znów uśmiecha się, jakby z rozrzewnieniem.

Zanim tu stanął, on – człowiek z ulicy, bez jednego w rodzinie prawnika – przeszedł długą drogę. Studia, egzaminy, terminowanie, dziesiątki sprawdzianów charakteru i wiedzy. Pod okiem mistrzów, każdy z nich miał swoich patronów w zawodzie. Pamięta jak sędzia Stanisław Zimoch przechadzał się po sali z podwiniętymi rękami i swoim głębokim głosem perorował: Sprawa taka i taka, jest pan przewodniczącym składu sędziowskiego. I co pan robi, panie kolego? I co pan robi?

To nie tylko paragrafy i procedury, choć na początku one sprawiają najwięcej trudności. To także zasady, ważne jak punkty Dekalogu: komu władza, temu odpowiedzialność; liczą się dowody, nie intuicja; trzeba strzec godności zawodu i czystości sumienia. Prawda, niezawisłość, apolityczność. Tego nie wolno robić, tamtego nie wypada…Liczy się nawet to, jaką wybierze żonę. Nie daj Boże sprzątaczkę, to by godziło w sędziowską godność.

– Być sędzią to tak, jakby wstąpić do elitarnego zakonu. Członkowstwo daje wielką władzę nad innymi ludźmi. Ale też łatwo w nim o potępienie i wykluczenie, gdyż reguły są surowe. Wręcz okrutne. Wystarczy spowodować wypadek drogowy i już cię nie ma – mówi i robi taką minę, jakby żałował każdego wypowiedzianego słowa. Bo reguła tego zakonu zakłada też śluby milczenia. Sędzia nie powinien wypowiadać się na temat prawa inaczej niż w kontekście wydawanych wyroków, nie zdradzać tajemnic, nie komentować. Ale czasem milczeć się nie da.

Sędzia Marek Celej, o śmiejących się oczach z asesora w pełnoprawnego sędziego miał się przeistoczyć w 1987 roku. To był czas, kiedy obowiązywała jeszcze ustawa o szczególnej odpowiedzialności karnej wprowadzona przez komunistyczne władze, aby zastraszyć ludzi, upokorzyć. Jemu przyszło wtedy sądzić młodego robotnika – porządny facet, jedyny żywiciel rodziny – który dopuścił się haniebnego czynu zniszczenia mienia państwowego, poprzez wypisanie na tramwaju słowo „strajk”.

– Zamiast wsadzić go do aresztu i sądzić w trybie przyśpieszonym, przeniosłem ją do tzw.  normalnego trybu, żeby miał szansę się jakoś bronić – wspomina Celej. Za karę został przeniesiony z Warszawy do sądu w Nowym Dworze Mazowieckim na zesłanie. Do egzaminu na sędziego mógł przystąpić dopiero po jakimś czasie. Mówi, że warto było.

Ewa Krukowska, w tym samym czasie wała się, czy nie odejść z zawodu. Stał przed nią człowiek – górnik, nieposzlakowana opinia, przepracował ciężko 30 lat pod ziemią – a ona, zgodnie z obowiązującym wtedy prawem miała go zamknąć na rok za kraty. Za to, że w tamtych czasach biedy i niedoboru upędził sobie bańkę bimbru. A tu na żadne „zawiasy”, warunkowe umorzenie ustawa o szczególnej odpowiedzialności nie pozwalała.

– Mąż mi wtedy powiedział tak: Ewa, jeśli odejdą tacy jak ty, zostaną ludzie, którzy nie mają żadnych skrupułów ani sumienia. Te słowa towarzyszą mi i dziś – podejrzanie szklą się jej oczy. Mówi, że coraz częściej zaczyna czuć się jak wtedy. Bo choć w interesie demokratycznego państwa powinno być to, aby wzmacniać niezawisłość i autorytet sędziego – tak nie jest.

Opowiada, jak po zawaleniu się katowickiej Hali Targowej siedzieli z kolegami przybici nieszczęściem i rozmawiali. Jednemu z nich przypomniało się, że jakiś czas temu orzekał w sprawie – Targi kontra ubezpieczyciel. Szło o popękany z powodu nie odśnieżania dach i tego, czy Targom należy się ubezpieczenie.

– Ten sędzia z własnej inicjatywy zadzwonił do prokuratora, przesłał faksem wyrok z uzasadnieniem, chciał pomóc – opowiada sędzia Krukowska. Tego samego dnia dowiedział się z mediów, że wydał korupcyjny wyrok, to on jest winien wszystkiemu. I mówili tak nie dziennikarze.

Prokurator, który nie chciał podpisać się pod wnioskiem o uchylenie immunitetu tego sędziego został odwołany. Nagonka.

– I jak wydawać wyroki w imieniu Rzeczypospolitej w takiej atmosferze? – pyta sędzia Krukowska.

Marek Celej mówi wprost: zawód sędziowski przeżywa dramat. I nie chodzi o to, że są najsłabiej opłacani wśród prawników, bo choć jedni uciekną w adwokaty – idealiści zostaną.  Poradzą sobie z funkcjonowaniem wśród niestabilnego prawa, przy którym ciągle ktoś coś majstruje. Puszczą między uszami retorykę polityków.

Gorsza jest ta nieufność wśród ludzi, ten wykreowany obraz sądów opieszałych, leniwych. A przecież za 18 miesięcy, kiedy asesorzy nie będą mogli założyć togi i wydać wyroku, będzie jeszcze gorzej. Chociaż…W obecnym stanie prawnym asesor to kandydat na sędziego mianowany na okres próbny przez ministra sprawiedliwości. Jeśli w Polsce jest około 10 tysięcy sędziów, którzy rozpatrują 10 milionów spraw rocznie, to asesorów mających takie same uprawnienia  jak sędziowie jest 1507, przez ich ręce przechodzi rocznie 3 milony spraw. Trybunał analizował przepisy o asesorach z powodu dwóch skarg konstytucyjnych, jakie do niego wpłynęły. Jedna dotyczyła tymczasowego aresztowania, o którym zdecydował asesor. Druga decyzji prokuratury rejonowej, która umorzyła śledztwo w sprawie przestępstw gospodarczych na szkodę skarżącej spółki. Spółka złożyła zażalenie do sądu rejonowego. Asesor wydał postanowienie o nieuwzględnieniu zażalenia.

– Wielu z tych młodych ludzi jest zbyt surowych – uważa sędzia Celej. – Brakuje im doświadczenia. Presja też robi swoje, zwłaszcza teraz.

Uniewinnienie – wyraz odwagi

– Sędziowie obawiają się wydawać wyroki uniewinniające, większość spraw kończy się skazaniem – przyznaje sędzia Jakub Zieliński. Wysoki, postawny, przystojny. Ma dopiero 35 lat i godność w sobie.

Opowiada: Niedawno kolega wydał uniewinniający wyrok. W jednej z gazet pokazało się zdjęcie tego sędziego przed jego własnym domem. I komentarz: Sędzia nie chciał komentować swojego błędnego wyroku.

Jednak on sam nie ma problemów z uniewinnianiem, kiedy są poważne wątpliwości co do winy oskarżonego.

– Choć granica między wątpliwościami a pewnością bywa krucha – sędzia Zieliński patrzy w ścianę i wysila pamięć. Sprawa o zabójstwo – mężczyzna zginął od ran zadanych w głowę. Świadek (brat ofiary) zeznał, że widział jak oskarżony bił go łopatą. Na drugim przesłuchaniu, że to był drewniany kołek. A on pomagał oskarżonemu ukrywać ciało. Wreszcie wycofał się ze wszystkiego – nie był przy tym, niczego nie widział. Oskarżony (konsekwentnie nie przyznawał się do winy) przesiedział w areszcie pięć lat. Sprawa przeszła przez trzy instancje. Wreszcie został uniewinniony. Wyrok dostał świadek za to, że pomagał ukryć zwłoki. Niewykluczone, że także zabił, ale tego udowodnić już się nie udało.

Profesjonalizm nakazuje, aby już o tym nie myśleć. Odbył się proces, zapadł wyrok, gdybanie niczego nie da. Choć wątpliwości zostają gdzieś tam, z tyłu głowy. Nawet przy błahej sprawie – jak ta dziewczynka z rowerkiem.

Miała siedem lat, rower był pierwszy w życiu, nowiutki, kolorowy. Zniknął. Jak ona rozpaczała. Wytypowano sprawcę – mężczyzna miał już na koncie podobne kradzieże. Miał sposobność, byli świadkowie. Jak pokrzywdzona – bardzo, bardzo młodzi. Z dziećmi-świadkami jest zawsze problem ich wiarygodności, łatwo je zasugerować, potrafią potem z zaangażowaniem opowiadać o rzeczach, których na oczy nie widziały. A tych nie przesłuchano jak trzeba, z udziałem psychologa. Wydał wyrok uniewinniający, choć wciąż widzi łzy w oczach tej małej.

Profesjonalizm i kompetencja. Niezawisłość – także od siebie. Sędziego od człowieka.

Sędzia Ewa Krukowska gdyby mogła, nie wzięłaby tej sprawy – wszyscy wiedzieli, że będą z nią straszne problemy.

– Ale byłam przewodniczącą wydziału, a komu władza… I tak dalej – powiada.

 W ławie oskarżonych członkowie oddziału specjalnego ZOMO, na miejscach publiczności zapłakane rodziny zabitych. Wciąż ma w pamięci tę matkę, chudą, wręcz zasuszoną, nie opuściła żadnej sprawy, choć przyjeżdżała z daleka. I dziś czuje jej wzrok na sobie. Przed gmachem sądu natomiast trwał festiwal – kamery, płomienne przemówienia, stand-upy. Ona miała wydać wyrok. Wyłączyć emocje – ocenić materiał dowodowy. A przecież jej syn… Mógł być po jednej, i po drugiej stronie. Ubrany w mundur stanąć przed sądem lub w górniczych „arbajtach” paść tam za murem. Jako matka nigdy by tego nie darowała.

Jako sędzia… Nie sposób było dowieść, że oskarżony X strzelając z takiej a takiej broni spowodował śmierć konkretnej ofiary.

11 zomowców zostaje uniewinnionych, wobec pozostałych 11 postępowanie umorzono z braku dowodów. Na sali krzyczano „hańba” i „zdrada”, publiczność wyszła przed uzasadnieniem.

– Wydałam jedyny możliwy wyrok – mówi Krukowska. Jako sędzia nigdy nie miała wątpliwości. Jako obywatel?

– Sama nie wiem – przyznaje.

W sprawie Wujka toczy się dziś trzecia sprawa. Porażka wymiaru sprawiedliwości? Tak, bo nie udało się dojść, jak było naprawdę. I zwycięstwo, bo sąd przyznaje się do tej bezradności. Nie wydaje wyroków na zamówienie. Presja? Polityczna wrzawa? Trudno. Na szczęście dziś już nie dzwonią.

Sędzia Anna Ptaszek (41 lat, zadbana, jak marzenie szczupła) mówi, że z prawnego punktu widzenia sprawa bezdomnego Huberta H. oskarżonego o znieważenie prezydenta Kaczyńskiego wcale nie była skomplikowana. Oskarżony mówił te wszystkie wulgarne wyrazy, ich adresat był jasno określony. Ale czy słowa nietrzeźwego człowieka mogą realnie godzić w autorytet głowy państwa, osłabiać prezydencką władzę?

Nie – orzekł sąd i umorzył postępowanie.

Dziś sędzia Ptaszek dzieli się refleksją: Chyba bardziej szkodliwy dla wizerunku Lecha Kaczyńskiego był rozgłos, jaki ta sprawa zyskała. Na sali tłum dziennikarzy, kamery, flesze, zamieszanie. Grupa sympatyków bezdomnego trzymających transparenty z hasłami walki o wolność. Polityczny happening.

– Gdybym uległa presji, gdyby to, co się działo wokół tej sprawy miało wpływ na jej prowadzenie… – zawiesza głos. Czy mogła by być dalej sędzią, gdyby tak się zdarzyło?

Dlaczego sędzia Celej napisał zdanie odrębne przy wyroku na Lwa Rywina? Tak dyktowało mu sędziowskie sumienie.

Intuicja wrogiem sprawiedliwości.

Teraz przed sędzią Ptaszek wyrok w „procesie Michałka”, jak prasa nazwała sprawę okrutnego zabójstwa 4-letniego chłopca sprzed sześciu lat. Sąd skazał już na 25 lat pozbawiania wolności Roberta K i na 15 jego kompana Daniela S., którzy wrzucili do rzeki chłopca. Ale wciąż nie wyjaśniona jest rola matki dziecka. Czy tak, jak mówił podczas wizji lokalnej Robert K., kazała zamordować syna? Czy też, jak zeznał później – o niczym nie wiedziała, a pomówił ją, bo „policjanci kazali”. Kobieta w pierwszym procesie uznana została za winną i skazana na 25 lat więzienia, ale wyrok upadł w apelacji.

W drugim procesie kobietę uniewinniono, lecz Sąd Najwyższy zwrócił sprawę do ponownego rozpatrzenia. Nie przyznaje się do winy. Odpowiada z wolnej stopy, grozi jej dożywocie.

– Szczupła, spokojna, siedzi na sali ze spuszczoną – mówi sędzia Ptaszek. To jeden z najtrudniejszych procesów, jakie prowadzi – brak „twardych” dowodów, jedynie poszlaki, niczym w słynnej sprawie Gorgonowej. Ale będzie musiała orzec, kiedy Robert K. kłamał – czy wówczas, gdy oskarżał matkę, czy kiedy jej bronił. Czy oskarżona była dobrą, troskliwą matką, jak twierdzą jedni świadkowie, czy też, jak chcą inni, podła suka zaniedbywała niechcianego syna.

– Człowiek, nawet sędzia, zawsze staje po stronie ofiary – mówi. Tyle, że na sali sądowej do końca nie ma pewności, czy to oskarżony nie jest także ofiarą – niesłusznego oskarżenia. Każda ze stron woła:  „Dlaczego nie słuchacie mojego głosu? To ja mówię prawdę”.

Czasami, kiedy czyta w domu akta sprawy pyta samą siebie: „Ciekawe, jaki wyrok wyda sąd”? Sąd, nie ona.Bo dobry sędzia patrzy na sprawę z lotu ptaka. Jest ponad własne emocje, a intuicji – tego, jak mówi, wyrazu pychy – się wystrzega.

– Intuicję budujemy na tym, co widzimy: jak się człowiek ubiera, jak zachowuje. Nawet jeśli miałaby nas zawieść tylko raz, to o ten raz za dużo. Bo, co to znaczy, że coś przeczuwamy? Nic nie znaczy – mówi.

Szatan w filmie Taylora Edwina „Adwokat diabla” mówił: Pycha to mój ulubiony grzech. Sędzia nie może poczuć się Bogiem.

Znajomi, którzy wiedzą, jaką ma dziś przed sobą sprawę, mówią w ramach pocieszenia: Dobrze, że nie masz dzieci. Irytuje się: a gdyby miała? To co, bardziej współczuła by matce, która straciła syna, czy może bardziej by jej nienawidziła podejrzewając, że jest w niej wina? Sędzia pracuje rozumem.

– Ale tak, zwłaszcza w sprawach, gdzie ofiarami są dzieci to trudne – sędzia Jakub Zieliński jest ojcem dwóch synów. Starszy 9, młodszy ma półtora roku. Zdjęcia z sekcji zwłok pobitej na śmierć 14-miesięcznej Klaudii śniły się Zielińskiemu po nocach. Małe, zmaltretowane ciało.

Dlaczego więc zarzut zabójstwa nie ostał się przed sądem?

– W świetle zgromadzonego materiału dowodowego (sędzia dorzuca jeszcze parę paragrafów, oni wszyscy tak po prawniczemu mówią) nie ulegało wątpliwości, że oskarżony nie planował zabić. Bijąc dziecko, rozładowywał swą frustrację. Uderzył jeden raz za dużo.

Czy 13 lat za taki czyn dla sprawcy, a 5 dla matki, która się przyglądała to dużo, czy mało? – pyta.

Sondaże i fora internetowe mówią jasno – Polacy chcą, by zaostrzyć kary. Aby ktoś, kto zabije, nigdy nie wyszedł z więzienia. Albo przynajmniej długo, długo siedział. Co najmniej 25 lat.

Sędzia Jakub Zieliński patrzy z powątpiewaniem.

 – Wówczas na sali rozpraw wystarczyłby komputer. Po co sędzia? – konstatuje.

Zabójstwo i zabójstwo. W każdym jest krew, jest śmierć – tragedia. Sędzia Krukowska opowie o takiej sprawie: kobieta oskarżona o to, że zadając 9 ciosów nożem pozbawiła życia swego męża. Ona była taka bardzo pozytywna, z tych, co pracują, zajmują się domem, podstawiają pod nos obiady. Ofiara też w sumie porządny człowiek. Tyle, że pił, a potem bił. Dotkliwie. Miała za sobą próby samobójcze. Tego dnia, tak to w tych historiach bywa, przyszła z pracy, obiad gotowała, on wziął się za butelkę, potem oblał ją wrzącą zupą.

Pod ręką był nóż. Przed sądem stała taka godna. Bez cienia histerii, bez łez.

Wyrok zapad na pierwszej rozprawie: przekroczenie granic obrony koniecznej. Sąd odstąpił od wymierzenia kary.

Spytała: To mogę iść do dzieci?

– Brzydką, złą, godną najwyższej pogardy – sędzia Jarosław Papis mówi to szczerze. Pytany o „łowców skór” wymownie zakrywa usta dłonią – wyrok jeszcze nie jest prawomocny, więc obowiązuje go podwójny ślub milczenia. Ale gdyby poszukać w pamięci każdy z nich miał niejedną taką sprawę.

Pamięta tamtego oskarżonego – butny, pełen pychy, szedł w zaparte, choć dowody były niepodważalne. A zabójstwo nad wyraz okrutne – takie ze szczególnym dręczeniem ofiary, dźganiem nożem, przypalaniem przyrodzenia. Za nic, za parę złotych. Zasądzili wtedy dożywocie, w apelacji zmniejszono karę do 25 lat więzienia. Widać wyrok był zbyt surowy, widać coś ważnego przegapili. Ale to dobrze, że jest ta instancja wyżej. Na tym polega sprawiedliwość.

– Oskarżony nie może być moim wrogiem – mówi Ewa Krukowska, choć przyznaje, że i ona ma w teczkach pamięci podobne sprawy, kiedy godzinami siedziała i myślała: jak, no jak można zrobić coś takiego.

Zginął  15-letni chłopiec, oprawcy zadali mu  59 ciosów nożem. Żył jeszcze, dusili go drutem. Jak wściekłe bestie. To byli jego koledzy, czegoś im nie chciał pożyczyć, a oni się wściekli. Jeden miał 18, drugi 15 lat.

– Starszemu groziło dożywocie. Zbrodnia straszna, wymaga odpowiedniej kary. Ale właśnie ten starszy to była taka sierota życiowa. Z nędzy, bicia, chodził żebrać o kawałek chleba. Wystraszony, zawsze blisko ściany – miał ksywę Kaloryfer – opowiada.

Czuła ból rodziców ofiary, żal, że interesuje się sprawcą, a nie tylko ofiarą. Ale sędzia tak musi – jest nie tylko sędzią, także prokuratorem, adwokatem i śledczym w jednej osobie. Musi, jak chce prawo „wyjaśnić wszystkie okoliczności istotne dla sprawy”. Zapadł wyrok: dla obu po 25 lat więzienia.

Uzasadniała wyrok: kara, choć surowa, zawiera element nadziei dla skazanych. Nadziei, której nie ma już dla Michała.

– Sędzia musi być głuchy na szemranie salonów i pomruki ulicy – mówi sędzia Krukowska. Wyrokuje zgodnie z prawem i głosem sumienia. To wypadkowa między przepisami, doświadczeniem, rozumem.

Nim przywdziała sędziowską togę pracowała jako kurator w terenie. Tak samo sędzia Celej. Napatrzyli się na patologię, na biedę, na tych, którzy od urodzenia mają przechlapane. Wiedzą: zwykle życie jest nie czarno-białe, lecz szare.

Kiedy sędzia Celej sądził zabójców matki Michała Listkiewicza – zepsutych, złych narkomanów – w zasadzie nikt nie miał wątpliwości jaki zapadnie wyrok. Ofiara, wspaniała kobieta, pomagała ludziom. Zabójcy tę dobroć podle wykorzystali. Krwawa, ohydna zbrodnia. Więc dożywocie, bez pudła.

– Pytałem samego siebie, jaki sens miałaby taka kara – mówi Celej.

Na przykład oskarżona – wulgarna, agresywna, wychowana przez ulicę. Miała 16 lat, gdy urodziła dziecko, ale przez nikogo nie była kochana. Nikt jej nie nauczył, jak być dobrym człowiekiem.

–  Orzekłem po 25 lat więzienia. Żeby zostawić im światełko. Żeby mieli po co żyć – mówi Celej.

Wydał wyrok, jeśli ktoś chce, niech go ocenia.

Nie ma małych spraw

W sądach na co dzień toczą się nie te wielkie, głośne sprawy, gdzie stawką jest życie i śmierć, a z boku zerka polityka. W kolejce na swoją kolej czekają skromnie pobicia, włamania, spory majątkowe, drobne kradzieże, konflikty rodzinne, groźby, zastraszenia. Każdy sędzia ma ich kilkadziesiąt na stanie, asesorzy nawet po dwieście.

A każda dotyczy konkretnych, żywych ludzi.

Sąd gliwicki współpracuje z sądem w New Castle w Wielkiej Brytanii – spotykają się, porównują obowiązujące tu i tam rozwiązania. Brytyjscy sędziowie są bardzo zdziwieni, że ich polscy koledzy zajmują się absolutnie wszystkim – włamaniem do komórki i defraudacją milionów. U nich 95 procent wszystkich spraw, zarówno karnych jak i rodzinnych rozstrzygają tak zwane sądy pokoju, gdzie orzekają jakby nasi ławnicy – szacowne osoby wybrane spośród lokalnej społeczności. W jednej sprawie wymierzą grzywnę, w innej pomediują. Sędzia jest od rzeczy wymagających dużej wiedzy i doświadczenia.

Sędzia Ewa Krukowska nie ukrywa, że dozwoloną także przez polskie prawo mediacją w sprawach karnych zainteresowała się z przyczyn pragmatycznych: w przypadku przestępstw o mniejszym ciężarze gatunkowym (zagrożonych karą do pięciu lat więzienia) zamiast wyznaczać kolejne rozprawy można sprawcy z ofiarą pozwolić się dogadać pod okiem mediatora. Wszystko toczy się poza procedurami, strony same muszą ugodę wypracować, a sąd ją potem tylko akceptuje.

Sprawę można umorzyć. Szybko, sprawnie, wszyscy są zadowoleni.

Ale nie tylko to sprawia, że stała się  gorącą zwolenniczką takiego rozwiązania.

– Prawo jest po to, aby nie dopuścić, aby komuś działa się krzywda – mówi. A główną zasadą mediacji jest zadośćuczynienie. Inaczej niż na sali sądowej, gdzie pokrzywdzony często jest wciąż traktowany jako „źródło dowodowe”, a jeśli chce rekompensaty musi zakładać odrębną sprawę. Pieniądze? Niekoniecznie. Częściej ludziom zależy na tym, żeby ten ktoś zrozumiał, jak złą rzecz zrobił. Pokajał się, przeprosił, popracował społecznie. By już nigdy nikomu tego nie zrobił.

–  Sprawcy często nie rozumieją, że jak trzasną szybę i skradną radio z auta, to cierpi cała rodzina, bo musi się zadłużyć żeby pokryć straty. Że dzieciak, któremu grożąc nożem wyrwie się komórkę nie śpi po nocach, płacze – sędzia Krukowska mówi z żarem.

Ile to razy na sali sądowej słyszała te słowa: Żałuję i proszę o łagodny wyrok. A kiedy pytała, czego jeden z drugim żałuje odpowiadali: że siedzę. A przecież kara – tak, szybka i nieuchronna – ma także wychować. Jest pewna, że dzięki mediacjom ludzie mogą stać się lepsi, a prawo jest takie bardziej obywatelskie. Uczy bowiem, jak ze sobą rozmawiać. Czy nie od tego jest prawo?

W imieniu prawa

– Każdy z nas ma w sobie prócz wiedzy dystans i pokorę – mówi sędzia Papis znany z tego, że nie wyda wyroku, jeśli nie ma orła nad głową. Potrafi go nosić z sobą z sali do sali, jeśli orzeka w terenie. Mówi, że orzeł go chroni, kiedy wyrokuje w imieniu Rzeczypospolitej.

– Nie jesteśmy sądem bożym – Anna Ptaszek patrzy w oczy z natężeniem, jakby niepewna, czy rozumem. – Jesteśmy tylko ludźmi, którzy orzekają zgodnie z prawem, dowodami i sumieniem. I nigdy nie będą pewni skutków swoich decyzji.

To będzie już ostatnia historia o sędziach i wyrokach w imieniu prawa. A także o tym, jak względne są dyskusje o sprawiedliwości.Porządna  rodzina, ojciec i matka na stanowiskach, córka wzorowa uczennica, a przy tym ładna i inteligentna. Rodzice trzymali ją krótką ręką: szkoła, dom, żadnych imprez, niewłaściwych znajomych. Kiedy pewnego dnia wrócili do domu zastali jedynaczkę w łóżku z najgorszych, szkolnych łobuziakiem. Córka, że ją kolega zgwałcił. On sam przyznaje się do winy. Oboje przed sądem powtarzają pod przysięgą swoje zeznania. Chłopak dostaje wyrok trzech lat pozbawienia wolności. Prosto z Sali idzie siedzieć. Nie kończy nawet szkoły. Dziewczyna zaczyna studia na drugim końcu Polski, odcina się od rodziny.

Po wyjściu z więzienia gwałciciel jedzie do swojej ofiary, biorą ślub. Bo żadnego gwałtu nie było, tylko wielka miłość, która kazała bronić chłopakowi swojej dziewczyny przed gniewem rodziców.

I kto tu zawinił: młodzi, sędzia czy prawo?

Współautor: Mira Suchodolska

Newsweek, 24 kwietnia 2005 roku

                                                                                            W służbie zbrodni

Trudno oddać to słowami… Ów dziwny niepokój, jaki udzielał mi się w czasie rozmów ze świadkami. Dręczące napięcie, jakie towarzyszyło szybkim spojrzeniom za siebie. Momenty nagłej ciszy, jaka zapadała po niektórych pytaniach. I to poczucie, jakby do płuc wdzierał się gęsty kurz, który dusi oddech, sprawia, że każdy ruch robi się trudny, a nogi słabe i miękkie w kolanach. Udzielił mi się nastrój moich rozmówców. Ich lęk.                                        

  – Możemy rozmawiać, ale nie wolno pani robić żadnych notatek – zastrzegał  jeden.                                                                                                                           

Inny: – To nie rozmowa na telefon, spotkajmy się w jakimś ustronnym miejscu. 

Kolejny: – Odgrzebywanie tych spraw jest wciąż niebezpieczne.                                     

  – Wielu świadków boi się, bo są przekonani, że „to wszystko” wciąż trwa – mówi prokurator Andrzej Witkowski z Instytutu Pamięci Narodowej, który sprawami zbrodni popełnionych przez funkcjonariuszy SB zajmuje się od 15 lat.   

 „To wszystko” dotyczy morderstw. Nie tych pospolitych, kryminalnych, ale dziwnych, dotąd niewyjaśnionych, o niewiarygodnych motywach. Łączą je sprawcy – nieznani. Ofiary – duchowni i ludzie bezpośrednio lub pośrednio związani z opozycją. Sposób prowadzenia śledztwa – byle jaki: sprawy umarzano, spychano na boczny tor, odkładano na półki. Czas ich dokonania – lata osiemdziesiąte. Na liście ofiar zabójstw, ale też pobić i podpaleń, sporządzonej w 1991 roku przez sejmową komisję śledczą Jana Rokity, widnieją 103 osoby. Liczba osób zamieszanych w te sprawy – domniemanych sprawców, prokuratorów – wynosi 170. Ale te listy są wciąż otwarte.                                        

Mimo że o popełnienie tych zagadkowych morderstw podejrzewano PRL-owskie służby bezpieczeństwa, z większością spraw nic nie zrobiono. Kto za tym stał? Komu zależy na tym, by prawda nigdy nie ujrzała światła dziennego? Jak dowiedział się „Newsweek”, w Instytucie Pamięci Narodowej trwa właśnie bezprecedensowe śledztwo w sprawie tajnej grupy przestępczej, działającej w ramach osławionych departamentów IV i III MSW. To swoiste komando śmierci miało w sposób zaplanowany, z rozkazu swoich dowódców likwidować niewygodnych ludzi. Nie były to więc samowolne wybryki nadgorliwych funkcjonariuszy – jak usiłowano wmówić społeczeństwu przy okazji toruńskiego procesu zabójców ks. Popiełuszki. Była to zorganizowana akcja, prowadzona pod kontrolą najwyższych władz. Prokuratorzy IPN zamierzają rozpracować tę grupę – ustalić nazwiska, struktury, metody i zebrać twarde dowody jej zbrodniczej działalności. A na koniec – doprowadzić winnych pod sąd.

Zebranie dowodów nie będzie łatwe. Funkcjonariusze do zadań specjalnych działali w sposób tajny, nawet we własnych strukturach. Sami mówili o charakterze swojej pracy: „konspiracja w konspiracji”. Nie sporządzali raportów, a jeśli robili jakieś notatki, były one niszczone przez szefów zaraz po przeczytaniu.                                                                                                                    

– Ale nie można powiedzieć, że dowodów zupełnie brak. Gdyby tak było, nie prowadzilibyśmy tej sprawy – stwierdza prokurator Andrzej Witkowski, prowadzący śledztwo w sprawie „działania zorganizowanej grupy przestępczej w strukturach MSW”. Dowody, którymi Instytut już dysponuje, to zeznania byłych funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, analiza akt postępowań w sprawach zagadkowych zgonów, część zachowanych dokumentów wewnętrznych MSW. Ale to jeszcze zbyt mało, aby postawić zarzuty. Jest jednak szansa, że ten stan się zmieni. Od miesiąca prokuratorzy lubelskiego oddziału IPN badają dwie kolejne zbrodnie, których nie obejmuje nawet lista Rokity: zabójstwo Małgorzaty Targowskiej-Grabińskiej, tłumaczki z Warszawy, i Anieli Piesiewicz, matki senatora Krzysztofa Piesiewicza. W obu tych sprawach mordercy popełnili błędy. W przypadku Grabińskiej najpewniej pomylili ofiarę – zginęła nie ta kobieta, którą chcieli zabić.                                     

Aleksander Grabiński – niewysoki, szpakowaty biznesmen z Warszawy – wygląda jak wykuty z kamienia. Tylko oczy mu płoną.                     – Leżała na podłodze z poderżniętym gardłem, w kałuży krwi – relacjonuje beznamiętnie. Opowiada o swojej żonie, Małgorzacie Targowskiej-Grabińskiej. Była ładną, 33-letnią kobietą. Wesoła, towarzyska, pełna energii, na półki księgarń w całym kraju trafiła właśnie piąta przetłumaczona przez nią książka – „Igła” Kena Folleta. Mieszkali w pięknym i przytulnym mieszkaniu na Saskiej Kępie, świetnie powodziło im się finansowo, podróżowali po świecie. Kiedy w tamten majowy dzień znalazł ją martwą, myślał, że i jego życie się skończyło. Składał je mozolnie przez dwadzieścia kolejnych lat.                                                                                                             – Nie mogłem się pogodzić, wciąż nie mogę, że mordercy Małgosi bezkarnie chodzą na wolności – mówi mężczyzna. Nigdy nie miał wątpliwości: to nie rabunek ani motyw seksualny był powodem, dla którego zginęła, a oficerowie prowadzący dochodzenie robili wszystko, by zepchnąć je na ślepy tor. Dopiero ostatnie tygodnie przywróciły mu nadzieję, że tajemnica śmierci jego żony zostanie wyjaśniona, a winni ukarani.

Był 9 maja 1985 roku. Aleksander Grabiński od rana miał w pracy urwanie głowy. Do firmy, w której pracował, jednej z nielicznych zachodnich firm działających wówczas w Polsce, przyjechała właśnie delegacja ze Szwajcarii. Kiedy więc zadzwoniła do niego żona z informacją, że wreszcie przyszedł ktoś ze spółdzielni, aby pomalować kraty w oknach, nie miał czasu na dłuższe pogawędki.

– Małgosia oddała słuchawkę temu człowiekowi – wspomina. – Mówił coś o lakierach, ale szybko skończyłem rozmowę – tłumaczy.

Grabiński zapamiętał, że mężczyzna wyrażał się w sposób inteligentny, rzeczowy. Nie jak typowy „pan Zenek”, fachowiec od malowania krat i przepychania zlewów.

– Dziś jestem pewny, że ten człowiek przyszedł do naszego domu w konkretnym celu: zamordować moją żonę – opowiada Grabiński.

Kiedy wrócił do domu, już nie żyła.

– Zginęła dokładnie tak, jak bohaterka książki, którą właśnie przetłumaczyła

– mówi jeden z policjantów, który 20 lat temu pracował w komisariacie policji Praga Południe, gdzie prowadzono tę sprawę. Sprawca poderżnął Grabińskiej gardło w sposób, w jaki szpieg o pseudonimie Igła uśmiercił panią Garden na pierwszych stronach powieści Kena Folleta.

Przez kilka dni technicy kryminalistyki zbierali w mieszkaniu ślady i dowody, znaleźli między innymi świeże odciski palców, których właściciela nigdy nie ustalono. Nie udało się także znaleźć fachowca od krat. Zatrzymano za to Aleksandra Grabińskiego. Przez dwa dni biciem usiłowano go skłonić, by przyznał się do zamordowania żony. Jednak Grabiński miał alibi, w dodatku nie było żadnych dowodów jego winy; musieli go wypuścić.

Śledztwo prowadził Jacek Ziółkowski, wówczas milicjant, obecnie radny Warszawy z ramienia SLD. Twierdzi dziś, że brał pod uwagę wiele różnych hipotez, ale najprawdopodobniejszy wydawał się wówczas motyw rabunkowy, którym miałby kierować się sprawca. Szczegółów nie pamięta.

– Bzdura, z mieszkania nic nie zginęło – Grabiński ironicznie się uśmiecha. Można się więc było spodziewać, że prowadzone tym tropem śledztwo zakończy się fiaskiem. I rzeczywiście, sprawa została umorzona z powodu niewykrycia sprawcy już po roku. Aleksander Grabiński odwołał się od tej decyzji, ale w 1987 roku prokuratura wyższego szczebla ją podtrzymała. Akta sprawy trafiły wtedy do Prokuratury Okręgowej w Warszawie, skąd – jak twierdzi Maciej Kujawski, jej rzecznik – odesłano je do archiwum Urzędu Spraw Wewnętrznych Komendy Stołecznej Policji. Ale w archiwum akt nie ma. Zniknęły. Nie wiadomo, kiedy i w jakich okolicznościach.

– Zaraz po zabójstwie żony zacząłem podejrzewać, że za jej śmiercią kryje się coś więcej niż atak przypadkowego mordercy – mówi Grabiński. – Że sprawa ma charakter polityczny, a co gorsza, sprawcy pomylili ofiarę. Skojarzyłem bowiem, że mogło im chodzić o synową mecenasa Grabińskiego, o którym wtedy było głośno – opowiada.

W tej samej dzielnicy, dosłownie trzy przecznice od domu Grabińskich, mieszkała inna Małgorzata Grabińska. Synowa słynnego adwokata opozycyjnego. Andrzej Grabiński bronił w procesach księży oskarżonych o działanie na szkodę socjalistycznego państwa, występował w sądach po stronie strajkujących: w Stoczni Szczecińskiej, w Ursusie, w Instytucie Badań Jądrowych. Był oskarżycielem posiłkowym w procesie zabójców

  1. Jerzego Popiełuszki – funkcjonariuszy SB Grzegorza Piotrowskiego, Adama Pietruszki, Leszka Pękali i Waldemara Chmielewskiego. Proces zakończył się w lutym 1985 roku wyrokiem skazującym oskarżonych odpowiednio na 25, 25, 15 i 14 lat.

– Mecenas stał się wrogiem systemu, znienawidzonym przez ludzi, których oskarżał – ocenia były funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa, proszący o anonimowość. I dodaje, że ludzie ze specgrupy mogli bać się uderzyć bezpośrednio w niego, bo wtedy stałoby się oczywiste, kto za tym stoi. Być może postanowili więc go ukarać, zabijając bliską mu osobę.

Tyle że „właściwa” Małgorzata Grabińska kilka tygodni wcześniej wymeldowała się ze swojego mieszkania. Na Saskiej Kępie 9 maja mieszkała więc tylko jedna Grabińska.

– Nie ma żadnych dowodów na to, że chodziło o moją synową, ale takiej ewentualności oczywiście wykluczyć nie można – mówi dziś mecenas Andrzej Grabiński.

Uderzyć w bliskich, by upokorzyć, zniszczyć, zastraszyć wrogich partii ludzi, to był stały element walki z opozycją. Potwierdza to choćby przypadek Barbary Sadowskiej, opozycyjnej poetki, która udzielała się m.in. w Prymasowskim Komitecie Opieki nad Osobami Pozbawionymi Wolności. W maju 1983 roku milicjanci pobili śmiertelnie jej syna, Grzegorza Przemyka. Śledztwo w tej sprawie było prowadzone w taki sposób, aby uchronić sprawców przed odpowiedzialnością. Na pewnym etapie prowadził je Jacek Ziółkowski, ten sam, który szukał zabójców Małgorzaty Targowskiej-Grabińskiej, a dziś występuje w roli świadka w prowadzonym przez IPN śledztwie.

– Ja chciałem wykryć wówczas prawdziwych morderców Przemyka, dlatego przełożeni odsunęli mnie od tej sprawy – zapewnia.

– Tak samo zależało mi na znalezieniu zabójcy Grabińskiej – mówi i dodaje, że nie wierzy, aby ta sprawa miała kontekst polityczny. Tak samo jak nie wierzy w istnienie komanda śmierci.

W jego istnienie wolałby także nie wierzyć senator Krzysztof Piesiewicz, prawnik, w czasach komuny działacz i adwokat opozycji. I kolega mecenasa Grabińskiego. Razem z nim oskarżał zabójców księdza Jerzego Popiełuszki.

– Nie mam żadnych dowodów na to, że zabójstwo mojej matki to sprawa polityczna – mówi dzisiaj senator Piesiewicz.

Ale jest rozdygotany. Bo choć pewności nie ma, pewne skojarzenia wydają się oczywiste. Aniela Piesiewicz została skrępowana sznurem dokładnie tak, jak ks. Popiełuszko: pętla na szyi, pętla na nogach, obie połączone sznurkiem biegnącym wzdłuż pleców.

Trudno mu mówić o tej tragedii. Matka była dla niego kimś naprawdę ważnym i wyjątkowym. Opowiada: jako jedna z pierwszych kobiet studiowała w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego, potem ukończyła historię. Całe życie poświęciła wychowaniu dwóch synów i działalności społecznej.

– Wspaniała kobieta, niesamowita osobowość – charakteryzuje matkę senator Piesiewicz. Patrzy przed siebie i zaczyna: To był 22 lipca 1989 roku.

22 lipca – rocznica ogłoszenia manifestu PKWN, święto Polski Ludowej. Zdaniem prokuratora Jacka Nowakowskiego, szefa lubelskiego IPN, w historii owych zagadkowych zabójstw ważne są daty. Wydaje się, że mordercy wybierali je nieprzypadkowo: 9 maja, kiedy zginęła Grabińska – Dzień Zwycięstwa; Krzysztof Jasiński, opozycyjny działacz, zginął 10 listopada, w przeddzień Święta Niepodległości.

Ale wtedy, w lipcu 1989 roku, Krzysztof Piesiewicz nie myślał o święcie. Wieczorami przychodził do matki, żeby podać jej lekarstwa. Jednak tego dnia przejechał obok jej mieszkania przy ul. Długiej i nawet nie wstąpił.

– Nie wiem dlaczego – mówi.

Następnego przedpołudnia znalazł ją martwą. Z jej mieszkania – tak samo jak z domu Grabińskich – nie zginęło nic wartościowego. Tuż przy drzwiach wejściowych „ktoś” postawił ogromną maczetę. Gdyby, jak zwykle, odwiedził ją tamtego wieczora, pewnie też by zginął. Więc myśli sobie dzisiaj, że to matka w jakiś niewytłumaczalny sposób go ostrzegła, nie pozwoliła zatrzymać samochodu przed swoim domem.

Uderza go także inna rzecz – Aniela Piesiewicz była 82-letnią, schorowaną kobietą. Aby ją zabić, wystarczyłoby silniej pchnąć. A mordercy zadali sobie trud wiązania skomplikowanych węzłów. Więc może chcieli dać mu znak. Albo związali matkę i czekali na niego.

Także sprawę zabójstwa Anieli Piesiewicz umorzono po roku z powodu niewykrycia sprawcy.

– Nie chcę, nigdy nie chciałem, żeby to było zabójstwo polityczne. Bo gdyby chodziło o zwykłe morderstwo, czułbym się pewniej – wyrzuca z siebie senator Piesiewicz. Tłumaczy, że boi się spraw, w których nie wiadomo, jaki będzie koniec. A w tej nic nie wiadomo. Kilka dni temu zadzwonił do niego prokurator z IPN-u, prosił o spotkanie. Spotka się, ale czy Instytut Pamięci Narodowej jest w stanie odpowiedzieć na pytanie: kto zabił i dlaczego?

Trudno nie podzielać wątpliwości senatora Krzysztofa Piesiewicza. Historia ostatnich kilkunastu lat pokazuje, że nawet w wolnej i demokratycznej Polsce dochodzenia w sprawie tajemniczych „wypadków” osób związanych z antykomunistyczną opozycją rzadko kończyły się sukcesem. Prokurator Witkowski z IPN przypomina sobie, że prócz zabójców księdza Popiełuszki ukarani zostali oprawcy Janusza Krupskiego, działacza opozycji.

W 1984 roku został uprowadzony ze spotkania w Pałacu Kultury i wywieziony do lasu. Tam funkcjonariusze SB oblali go żrącą substancją i puścili wolno. Udało się także doprowadzić przed sąd esbeków, którzy podpalili samochód kardynała Henryka Gulbinowicza.

Dlaczego tylko tylu? Kto stoi za śmiercią ks. Stanisława Kowalczyka, który 17 kwietnia 1983 roku na prostym odcinku drogi w miejscowości Wydarłowo w Wielkopolsce wjechał samochodem w drzewo? Piotra Bartoszcze, działacza Solidarności Rolników Indywidualnych, który w nocy z 6 na 7 lutego 1984 roku zginął w tajemniczych okolicznościach zabity przez nieznanego sprawcę?

Albo Krzysztofa Jasińskiego, opozycjonisty, którego ciało znaleziono na bocznicy kolejowej w 1984 roku w Elblągu? Miał rozległe obrażenia wewnętrzne.

A także ks. Stefana Niedzielaka, zabitego w swoim domu w styczniu 1989 roku? Wcześniej odbierał telefony z pogróżkami. W przeddzień zabójstwa miał powiedzieć jednemu z księży: „Oni mnie zamordują”. Następnego dnia ktoś skręcił mu kark, a policjanci i prokuratorzy na miejscu zdarzenia sugerowali, że duchowny spadł z fotela i złamał kręgosłup. Dopiero sekcja zwłok wykazała, że to było zabójstwo, w dodatku fachowo wykonane.

Z mieszkania ks. Niedzielaka nie zabrano pieniędzy ani srebra, ale tandetny komplet sztućców z białego metalu. Sprawę oczywiście umorzono, jak zwykle – z powodu niewykrycia sprawców.

Po raz pierwszy wyjaśnianiem tych makabrycznych zbrodni zajęła się w 1991 r. Komisja Nadzwyczajna do Zbadania Działalności Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w PRL, powołana przez Sejm X kadencji. Przewodniczył jej Jan Rokita. Powstała, bo po procesie toruńskim i zeznaniach morderców ks. Popiełuszki stało się jasne, że nie tylko Piotrowski, Chmielewski, Pietruszka i Pękala mają krew na rękach. Prace komisji dotyczyły więc m.in. niewyjaśnionych zabójstw, a także pobić i podpaleń, których ofiarami padły 103 osoby.

Komisja sporządziła wówczas także listę nazwisk stu funkcjonariuszy MSW i siedemdziesięciu prokuratorów, którzy jej zdaniem mogli popełnić przestępstwa w trakcie wykonywania swojej pracy, oraz zgromadziła dokumenty mogące świadczyć o ich winie.

Kiedy komisja Rokity kończyła prace, skierowała do specjalnego Zespołu do spraw Nadzoru Szczególnego wnioski i zarzuty dotyczące poszczególnych niedokończonych dochodzeń w sprawach niewyjaśnionych śmierci, porwań, podpaleń. W aktach większości z nich, tak samo jak w przypadku zabójstwa Małgorzaty Grabińskiej i matki senatora Piesiewicza, powtarzały się te same sformułowania: „Nie można ustalić sprawcy oraz okoliczności zdarzenia, brak przesłanek, aby podjąć śledztwo na nowo, brak możliwości jednoznacznej oceny okoliczności śmierci”.

Sprawami odesłanymi przez komisję Rokity ponownie zajęły się lokalne prokuratury. Większość z nich jednak umorzono, w niektórych wszczęto na nowo postępowanie, ale finał przed sądem znalazły nieliczne.

– Myślę, że nie zajęto się nimi tak jak należy przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, nie sprzyjał temu klimat polityczny, po drugie, to trudne i zawiłe sprawy – mówi poseł Rokita.

Wiele na temat owego „klimatu” miałby do powiedzenia prokurator Andrzej Witkowski z IPN. Na początku lat 90. prowadził śledztwo zmierzające do wykrycia i ukarania osób, które dały rozkaz zabicia ks. Jerzego Popiełuszki, m.in. generałów Władysława Ciastonia i Zenona Płatka. Ale już w grudniu 1991 roku sprawę mu odebrano.

– Mówiłem, że materiał zgromadzony przeciwko Ciastoniowi i Płatkowi jest niewystarczający. Miałem konkretne plany, aby postawić zarzuty wobec osób stojących wyżej niż oni – opowiada Witkowski. Powiedziano mu, że sprawa osób stojących „wyżej” zostanie wyodrębniona do osobnego postępowania. Ciastoń i Płatek nigdy nie ponieśli kary. Wyżsi dowódcy też nie.

Także milicjanci i prokuratorzy wymienieni przez komisję Rokity jako ci, których praca prowadziła do ukrycia, a nie wyjaśnienia prawdy, mają się całkiem dobrze.

– Wśród wymienionych 170 osób były te, które utrudniały prowadzenie śledztw, ukręcały im łeb, tuszowały. Ale i takie, które podejrzewaliśmy o dokonanie zabójstw – opowiada Rokita.

Komisja domagała się wytoczenia spraw karnych w stosunku do 41 prokuratorów, a wobec kolejnych 29 – postępowań dyscyplinarnych z myślą o pozbawieniu ich możliwości wykonywania zawodu. Spośród prokuratorów, którymi miały zająć się sądy, do dziś w prokuraturze pracuje ponad trzydziestu. W stosunku do pozostałych uznano, że postawienie zarzutów byłoby zasadne, ale jest niemożliwe w związku z przedawnieniem.

O tym, jak potoczyły się losy pracowników SB i MSW oskarżanych w „raporcie Rokity”, nie ma żadnych danych. Najprawdopodobniej większość z nich przeszła na emeryturę, wielu pracuje w firmach detektywistycznych i ochroniarskich.

Wciąż mają wpływy i znajomych na stanowiskach. To dlatego osoby, z którymi rozmawialiśmy o tajemniczych zabójstwach Małgorzaty Grabińskiej i Anieli Piesiewicz, tak się bały. Często słyszeliśmy: Powiedziałbym więcej, ale ci ludzie, którzy wtedy zabijali, wciąż są na wolności. Mam rodzinę, żonę, dzieci, wnuków. Proszę wybaczyć.

Jeden z naszych rozmówców powiedział wprost: Peerelowskie służby specjalne mają się świetnie. I wciąż doskonale sobie radzą. A to zwykli mordercy.

W 2002 roku „raport Rokity” trafił w ręce śledczych z Instytutu Pamięci Narodowej. Po zapoznaniu się z nim IPN podjął prace nad wykryciem owej tajemniczej specgrupy. Dr Jan Żaryn i prokurator Witkowski opowiadają o jej strukturach. Przy departamencie IV, zajmującym się sprawami Kościoła, istniała grupa D, nazywana później wydziałem VI. Podobny wydział istniał także w departamencie III, odpowiedzialnym za rozpracowywanie opozycji. Miały one podejmować działania dezinformacyjne i dezintegracyjne wobec przeciwników politycznych. Polegały one m.in. na zakładaniu podsłuchów w ich mieszkaniach, oczernianiu, skłócaniu ludzi ze środowisk opozycyjnych. Ale nie tylko.

– W tym wydziale byli ludzie do tzw. zadań specjalnych – twierdzi Żaryn. – Zakres działań tej grupy od samego początku, czyli od 1972 roku, kiedy została powołana, aż do 1985 roku, kiedy oficjalnie ją rozwiązano, nie pozostawiał wątpliwości, do jakich celów ją stworzono. Zresztą grupa ta, ale już pod inną nazwą, działała najprawdopodobniej jeszcze co najmniej do 1989 roku – wyjaśnia.

Andrzej Witkowski potwierdza: oprócz działań dezintegracyjnych i dezinformacyjnych grupa D podejmowała działania specjalne, m.in. zabójstwa, porwania i wszelkie rozwiązania siłowe.

W „pracę” grupy specjalnej angażowane były także służby techniczne i biuro B, czyli „obserwacja”. Jeśli ludzie z komanda śmierci wyruszali w teren, często pomagali im koledzy z Wojewódzkich Urzędów Spraw Wewnętrznych.

– Bo w każdym z takich urzędów istniał odpowiednik grupy D, który nosił nazwę sekcji D – mówi prokurator Witkowski.

Dochodzenie toczy się po cichu, powoli i z mozołem: w 2002 r. oddelegowano do niego zaledwie jednego prokuratora, Andrzeja Witkowskiego, w lutym tego roku dołączył do niego prokurator Jacek Nowakowski. Przekopują się przez sterty archiwalnych akt i na nowo przesłuchują świadków. Jest to tym trudniejsze, że ludzie zasłaniają się niepamięcią, niektórzy świadkowie już nie żyją, a część akt zaginęła. – Nie opieramy się tylko na przypadkach badanych wcześniej przez komisję Rokity – mówi Witkowski. Do tamtych spraw dołączyły nowe, na przykład księdza Stefana Niedzielaka, zamordowanego w 1989 roku. A teraz Grabińskiej i Piesiewiczowej.

Czy to członkowie zorganizowanej grupy przestępczej działającej legalnie w strukturach państwa zabili tłumaczkę Małgorzatę Targowską-Grabińską? Czy to oni założyli pętlę na szyję 82-letniej matki senatora Krzysztofa Piesiewicza?

W tych sprawach więcej jest pytań niż odpowiedzi. W gąszczu poszlak i podejrzeń wciąż trudno dostrzec twarde dowody. Ale nareszcie są ludzie, prokuratorzy z IPN, którzy naprawdę chcą rozwikłać jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic PRL – sprawę komanda śmierci.

Dziś od śledczych Instytutu zależy nie tylko zwykła sprawiedliwość i nie tylko przywrócenie narodowej pamięci. Ale przede wszystkim odbudowanie naszego zaufania do Rzeczypospolitej. Bo nie odzyskamy go, jeśli funkcjonariusze państwa, którzy byli zbrodniarzami, nadal będą chodzić wśród nas po ulicach.

  1. Polska The Times, 14 września 2008 roku
  2.                           
  3.                                                                          Żona swojego męża

Siedzi na krześle w bluzce z dekoltem i spódnicy tuż przed kolana. Niewysoka, blada, z włosami związanymi w kucyk. Rzeczowo, spokojnie odpowiada na pytania dziennikarzy: „Tak, mąż gwałcił córkę”. „Tam, w tym pokoiku malutkim” – otwiera drzwi i pokazuje do kamery. Tak, wiedziała o tym. Kiedy to się działo, na górze oglądała telewizję. Mąż tak kazał. Jak wracał do ich pokoju, czasami ją nawet przytulał.

 – Nic pani nie zrobiła? – dociekają dziennikarze.

– A co ja mogłam zrobić? Groził, że jak sprawa wyjdzie na jaw, zabije mnie i córkę – odpowiada po raz setny, jakby znudzona odpowiadaniem na te same pytania.

Powinna płakać, ale nie płacze. Chociaż ręce załamywać, schować twarz w dłoniach. Ale siedzi prosto. Głos jej nie zadrży. Teresa B. – matka gwałconej przez ojca Alicji – w ostatnich dniach stała się bohaterką mediów. Trudno o spokojne sam na sam z nią.

– Kto o tym wiedział? – pytam, gdy wreszcie zostajemy same.

– Ja wiedziałam, chłopak córki, chyba teściowa, brat męża mógł wiedzieć. Ludzie się mogli domyślać – wylicza.

 – Przecież chodzi o pani córkę, a dziecko to rzecz święta – mówię, hamując emocje.

– Bałam się. Byłam bezwolna. Bóg mi świadkiem, nic nie mogłam zrobić – wyrzuca z siebie jednym tchem.

 – Żadna matka tego pani nie wybaczy.

 – Wiem – patrzy w okno.

Medialny spektakl

 Za oknem trzy wozy transmisyjne i tłum dziennikarzy. Media okrzyknęły Krzysztofa B. „polskim Josefem Fritzlem”, bo jak tamten gwałcił i więził swoją córkę. No, z tym więżeniem to nie całkiem tak było, ale hasło „Fritzl nr 2” sprzedaje się lepiej niż Krzysztof B., mechanik.

Każda szanująca się redakcja przysłała do Grodziska pod Siemiatyczami przynajmniej jednego dziennikarza. TVN 24 nadaje na gorąco. Radiowcy ślą relacje z miejsca. Prasowi dyktują teksty przez telefon. Jedni dziennikarze siedzą tu od poniedziałku, inni od wtorku, od 6 rano. Dzielą się informacjami, porządkują fakty.
Ale one są ogólnie znane: 21-letnia Alicja powiedziała prokuratorowi, że ojciec zgwałcił ją po raz pierwszy, kiedy była 15-latką. I potem gwałcił systematycznie przez sześć kolejnych lat. Urodziła mu dwójkę dzieci, które oddała do adopcji zaraz po urodzeniu. Milczała, bo bała się o życie, ale teraz zdecydowała się mówić.

Każdy chce z Alicją porozmawiać, ale policjanci zawieźli ją do psychologa, więc trzeba czekać. A tu czas goni, redakcje ponaglają. Chcą „mięsistych relacji”, żeby „była matka, córka i ludzie ze wsi”. Jeśli trzeba zapłacić za informację albo wywiad, brukowce chętnie zapłacą. Tysiąc, pięć tysięcy, może być nawet dziesięć. Byle wyciągnąć jak najwięcej z tragedii. O Grodzisku i Krzysztofie B. („Polish Fritzl number two”) piszą już przecież „Daily Telegraph”, „The Sun”, „Sydney Morning Herald””, mówią BBC i CNN. Premier Donald Tusk jest „wstrząśnięty dramatem”, nawet wspomina o chemicznej kastracji pedofilów.

 – On jej nie więził przez cały czas, jak Josef Fritzl swoją córkę. Przetrzymywał przez kilka dni, a potem wypuszczał – próbuje uspokajać podinspektor Jacek Dobrzyński, rzecznik podlaskiej policji. Ale dzień wcześniej sam opowiadał o gehennie dziewczyny i piekle, jakie Krzysztof B. zgotował swojej rodzinie. Więc machina ruszyła i nic jej już nie zatrzyma. Trzeba wywieźć rodzinę w odludne miejsce, bo tu nie mają już życia. Jutro przyjadą kolejne wozy transmisyjne, a dziennikarze zarezerwowali już pokoje w pobliskim hotelu.

– Ponoć się przyznał – rzuca któryś z radiowców i wszyscy chwytają za telefony, żeby dzwonić do redakcji.

Ojca-gwałciciela, Krzysztofa B., zatrzymano w Siedlcach. Chciał uciec za granicę. Prokurator Adam Kozub, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Białymstoku, po kolei wylicza zarzuty, jakie mu postawiono: wielokrotnego zgwałcenia córki, pozbawienia wolności, rozboju z użyciem siekiery, zmuszania do określonych czynności, gróźb karalnych. Krzysztof B. nie przyznaje się do winy, choć nie zaprzecza, że sypiał z własną córką. Za jej zgodą. Szok.

Kochany pamiętniku

Matka, Teresa B., nigdy nie słyszała o sprawie Austriaka Josefa Fritzla. Nie ma nawet telewizora, radia nie słucha, a gazet nie kupuje, bo jej nie stać, więc zdjęć męża zakutego w kajdanki też nie widziała. Chodzi po drewnianej podłodze swego niewielkiego domu, niewiele ponad 30 metrów kwadratowych, i sama czuje się jak w więzieniu.

 – Kochałam go kiedyś – mówi o mężu. Szarmancki, wygadany, zapewniał, że niczego jej w życiu nie zabraknie. A ona? Zahukana dziewucha ze wsi. Mieszkała z rodzicami w malutkich Pasikurowicach pod Wrocławiem. Skończyła tylko szkołę podstawową, bo nie miała rodzeństwa, a ktoś musiał zostać na gospodarce.

 – Roboty było tyle, że nawet na zabawy nie chodziłam – wzrusza ramionami. Zero emocji, martwa twarz.

Nie miała marzeń. Jej świat to były świnie w chlewie i żyto na polu za stodołą. No i pewnego dnia kuzyn przyprowadził do domu Krzysztofa. Razem pracowali, a Krzysztof szukał żony. Na zdjęciu ślubnym oczy jej się śmieją jak małej dziewczynce. Ma suknię do ziemi, wianek z białych kwiatów na głowie i welon opadający na ramiona. Krzysztof stoi chmurny, w ciemnym garniturze. Ale kiedy dwa lata później urodziła Alicję, po prostu nosił ją na rękach.

 – Nie chciał syna, tylko właśnie córkę – opowiada. Jednak początkowo nie zauważyła, żeby jakoś szczególnie kochał Alicję, inaczej niż ojcowie kochają dzieci. Dopiero kiedy Ali urosły piersi i pupa, zaczął córkę faworyzować. Młodszego syna Janka nigdy nie brał na kolana, nie przytulał. Alicję klepnął w pośladek, czasami przytulił jakoś dziwnie, nie po ojcowemu. Obsypywał prezentami. Ta wieża, co stoi na kredensie, to od niego.

– Mówiłam mu, że to nastolatka i nie powinien jej obmacywać. A on, że to jego córka i nikomu jej nie odda – opowiada.

Pierwszy raz zgwałcił Alicję zaraz po tym, jak skończyła 15 lat. Była dorosła. I jego.

– Domyślałam się – przyznaje Teresa B. – Te spojrzenia, poklepywanie, która matka by się nie domyśliła. No i córka pisała pamiętnik. Coś mnie podkusiło i któregoś dnia przeczytałam, ona wszystko tam opisała – opowiada.
Pobiegła do męża z awanturą. Pobił ją. Zagroził, że jak komuś powiedzą, zabije jedną i drugą. Małego Janka też. Potem już nie rozmawiały o tym z córką, nawet, kiedy gotowały razem obiad albo szły nazakupy. Ani słowa o seksie. O tym, że to potworne i złe jednego dnia spać z córką, drugiego z żoną. – Tak widać musiało być i już – mówi dziś Teresa. Sześć długich lat. Szmat czasu. Ale człowiek do wszystkiego się przyzwyczai. Bywała szczęśliwa. Na przykład wtedy, gdy Krzysztof zabrał ją i dzieci na koncert Golec-Orkiestra albo na wycieczkę w Góry Stołowe. Czuła, jakby znów byli normalną rodziną, taką bez grzechu. Ludzie im nawet tego szczęścia zazdrościli, bo Krzysztof jak mieszkali jeszcze w podwrocławskich Pasikurowicach, prowadził zakład blacharsko-lakierniczy, ona zajmowała się dziećmi. Alicja z Jankiem chodzili do szkoły i nieźle im się wiodło. Pojechali wtedy nawet na koncert Ingrid do wrocławskiej hali sportowej. Ale potem, po 19 latach po ślubie, popadli w długi, sprzedali, co mogli, i wyjechali na drugi koniec Polski, na Podlasie.

 – Mąż tak chciał, bo to jego rodzinne strony – tłumaczy Teresa.

Ala utyła i schudła

W Pasikurowicach nikt się o tę ich wyprowadzkę nie dopytywał. Przecież każdy może mieszkać, gdzie chce. Widać Krzysztof dostał na Podlasiu lepszą robotę albo spadek po ojcach. Niech każdy pilnuje swojego nosa. „To całkiem normalna rodzina”, mówią dziś w Pasikurowicach. Ale zaraz próbują sobie coś przypomnieć, bo przecież w gazetach piszą o tych okropieństwach, więc pewnie coś musieli przeoczyć.

 – A – rzuca jedna z kobiet spotkanych na drodze. – O Ali się mówiło, że jest maltretowana przez ojca. – Tak, tak – przytakuje druga.

Z nikim wcześniej o tym nie rozmawiały. Teraz mówią, bo wiadomo: „polski Fritzl”.

Nauczyciele coś podejrzewali? Paulina Gawron chodziła z Alą do gimnazjum i pamięta. Opowiada: „Mówiło się, że ojciec ją bije. Często przychodziła tak ubrana, żeby nie było widać sińców. Nie chciała się przebierać na wychowaniu fizycznym. Ponoć nauczyciele interweniowali. Ale cała rodzina B. zamknęła się w domu”.

 – Nic nie wiedzieliśmy. Nic nie wskazywało na to, że Ala jest ofiarą przemocy – stanowczo zaprzecza Arletta Zołoteńka, wicedyrektorka gimnazjum w Siedlcu. – To była grzeczna, spokojna dziewczynka. Miała kłopoty z matematyką, dlatego wychowawczyni odwiedzała w domu jej rodziców. Ale nic niepokojącego nie zauważyła.
Alicja nie wychodziła na podwórko. Nie spotykała się z nikim. W wiosce miała jedną przyjaciółkę. Ta nic o gwałtach nie słyszała. Nie wiedziała nawet, że Ala była w ciąży.

– Ale ojciec Ali traktował ją i matkę przedmiotowo – mówi młoda kobieta, starannie dobierając słowa. – Sama widziałam – dorzuca jeszcze.

– Co? – dopytuję

Zawstydzanie dziewczynki przy obcych mężczyznach docinkami o seksualnym podtekście. Ponoć – zachęcanie innych mężczyzn, by obmacywali córkę – dodaje.

Ludzie widzieli też, jak Krzysztof B. traktuje syna Janka. Jak go szturcha albo za karę wsadza do bagażnika i wywozi gdzieś w pola. Kiedy wracali, wyciągał malca i pytał: „Co, teraz grzeczny będziesz?”. Czemu nie interweniowali? Wielka rzecz. Czasami trzeba dzieciaka trzepnąć po uchu, żeby zrozumiał. Alicję widywali, jak chodziła z mamą do sklepu albo z bratem do kościoła.

W 2005 roku Ala przytyła. Jedni podejrzewali, że jest w ciąży, inni – że je za dużo ziemniaków. Ala schudła i zaraz wyjechali do Grodziska.

Moja wielka wina

Teresa B. w pewnym momencie zauważyła, że Ala nie tyje, tylko rośnie jej brzuch. Jej mąż też się zorientował. Był zły. Aborcja nie wchodziła w grę, bo są katolikami, więc Ala musiała urodzić to dziecko. Uzgodnili, że zostawi je w szpitalu.

– Ja też nie chciałam, żeby wychowywało się w naszym domu – przyznaje Teresa B. Dzieci byłyby świadectwem, namacalnym i żywym. A bez nich można było udawać przed sobą i światem, że jest normalnie. Miało być. W Wigilię przygotowywała kolację: karpia, pierogi, kapustę z grzybami. Modlili się i dzielili opłatkiem.

– Ale on nigdy do końca nie był zadowolony. Zjadał i szedł oglądać telewizję – mówi.

W Wigilię nie chodził do pokoju Ali. Nigdy nie powiedziała mężowi: „dość”? Nie walnęła pięścią w stół? Nie chciała go pchnąć nożem? Raz zrobiła awanturę i zagroziła rozwodem. Pobił ją.

„Mama współczuła mi, ale nic nie mogła zrobić. Ojciec był silniejszy – psychicznie i fizycznie. Miał nad nami całkowitą władzę” – opowiadała Alicja. Teresa nie wstydzi się swej słabości. Mówi: „Za wszystko go przepraszałam, zawsze to ja byłam winna. Za zimna zupa, moja wina. Rozrzucone buty w przedpokoju, moja wina. Zła ocena w szkole, moja wina. Siedziałam cicho. Nie chciałam awantur. Bałam się krzyku”. Dlaczego nie poszła gdzieś po ratunek, z kimś nie porozmawiała?

– Ojciec zmarł, kiedy miałam 17 lat, matka pięć lat temu, nie mam już nikogo – tłumaczy.

Teściowa? Nie chciała nic widzieć. Drugie dziecko Ala urodziła w Grodzisku. Ono też poszło do ludzi.

Cierpienia nie widać

W Grodzisku, jak w Pasikurowicach, ludzie zbijają się w grupki przy drodze i gadają. Ale tak z ręką na sercu: rodzinę znają od dwóch lat, a właściwie nie znają, bo ci „przyjezdni” nie szukali z nikim kontaktu.

– Janek, brat Alicji, przyszedł do nas do szkoły w październiku 2006 roku – mówi Teresa Kosińska, dyrektor szkoły podstawowej i gimnazjum w Grodzisku. Nie mógł się przystosować: bił się z kolegami na podwórku. Skierowali go do poradni psychologicznej. W zeszłym roku nie sprawiał już problemów.
– Otwarty, szczery, bardzo łatwo nawiązuje kontakty z innymi – ocenia dyrektor.

Matka się nim interesowała. Chodziła na wywiadówki. Nawet ta Ala była kiedyś w szkole u brata. Ojciec kilka razy dzwonił i dopytywał o syna. Janek ciepło wyrażał się o rodzicach. Chwalił się rowerem, który dostał od ojca. Jakieś dwa tygodnie temu doszły ich słuchy, że w domu na skraju wsi słychać jakieś awantury.

Ksiądz Marek był tylko jeden raz w domu pod lasem. Szczegółów nie będzie opowiadał, bo to tajemnica kolędy, ale „żadnych rzeczy, które mogłyby nasuwać jakieś podejrzenia a propos tych spraw”, nie zauważył. Alicję z matką widział w kościele raz, Janek chodził na mszę częściej.
– Byliśmy u nich półtora tygodnia temu – mówi Elżbieta Aleksiejuk, kierownik gminnego ośrodka pomocy społecznej. – Nic nie wzbudzało naszych podejrzeń – dodaje.

Dziwili się w „opiece”, że dorośli ludzie tak nagle podjęli decyzję o przeprowadzce i osiedli we wsi, w której nie ma pracy, ale Krzysztof B. jakoś sobie radził. Został spawaczem w pobliskiej firmie, potem przewoził ludziom towar busem, a ostatnio często wyjeżdżał do pracy za granicę. Zdaje się – do Belgii. – Pomagaliśmy tej rodzinie finansowo. Właśnie mieliśmy kupić Jankowi kilka rzeczy do szkoły, bo brakowało mu zeszytów i książek – mówi Aleksiejuk.

Krzysztof B. udawał, że niczego nie potrzebuje. Mówił, że sam utrzyma rodzinę. Aleksiejuk jeszcze raz podkreśla, że nie zauważyła tam patologii. Biedę tak, ale żadnych „zakazanych relacji”. Widywała też Teresę z córką na wsi. Chodziły na zakupy, czasami do biblioteki skorzystać z internetu. Nic nie wskazywało, że w tym domu dzieją się „takie rzeczy”.

Chłopi pod sklepem spożywczym naprzeciwko kościoła w ogóle w „te rzeczy” nie wierzą. Człowiek był pracowity i grzeczny, a córka dorosła. Już tu mieli w Grodzisku taką jedną, która męża oskarżyła o molestowanie dzieci.

– I co? Sprawę w sądzie przegrała, wyjechała z Grodziska, a chłop sam dzieciaki chowa, bo nie chciały iść z matką – opowiadają.

Widywali tę młodą Alicję. Ładna, wysoka, blondynka z włosami do ramion. I jakoś nie było widać, żeby cierpiała.

– Oni nie chcieli się tu z nikim przyjaźnić, a myśmy się do ich domu na siłę nie pchali – mówi jeden spod sklepu. – Dramatem im z oczu nie patrzyło – wzrusza obojętnie ramionami.

Coś wreszcie pękło

Teresa mówi, że po przeprowadzce do Grodziska było jeszcze gorzej. Wstydziła się chodzić po wsi. Bała się, że ludzie zobaczą to, co tak skrzętnie od lat ukrywała.

 – Mąż był coraz bardziej agresywny – opowiada.

Poczuł się tu jeszcze pewniej. Miał nieopodal siebie matkę i brata, mieszkają w pobliskich Rzewuszkach. Chciał mieć Alicję tylko dla siebie, zamykał ją w pokoju. Kiedy uciekała, jechał jej szukać i przyciągał do domu jak psa. Uciekała znowu. Znowu po nią jechał. Żeby zmądrzała, więził w pokoju bez klamki. Potem zabrał ją ze sobą do Belgii, gdzie pracował. I znów uciekła. Poznała mężczyznę. Chyba się nawet zakochała. Jacek K. ma 39 lat i dowiedział się, że jego Alę gwałci ojciec.
– Mąż szału dostał, jak odkrył, że Alicja się z tym mężczyzną spotyka – mówi Teresa B. Zwymyślał go i groził siekierą. „Nie zbliżaj się do mojej córki” – wrzeszczał. – On też się go przestraszył, mimo że jest dorosłym mężczyzną – Teresa B. mówi to z niejaką satysfakcją, że nie tylko ona milczała.

A teraz narzeczony Alicji nagle gdzieś się schował. W pracy mówią, że ma wolne, sąsiedzi, że poszedł do roboty. Pewnie nie chce odpowiadać na pytanie, dlaczego nic nie zrobił.

– Nikt niczego nie robił – mówi Teresa B. Więc dlaczego akurat teraz zdecydowała się pójść z córką na komisariat policji?

– Po tych sześciu latach coś w nas pękło – odpowiada.

Kiedy Alicja wchodziła do policyjnego radiowozu, który miał ją zawieźć do policyjnego psychologa, roześmiała się szeroko.

 – Dlaczego ona się śmieje? – pytali dziennikarze.

– Cieszyła się, że ma to już za sobą – domyśla się matka.

Współpraca Marcin Ryba

Newsweek, 25 kwietnia 2007 roku              

                                        Trasa śmierci

„Trasa śmierci” to siedemset kilometrów asfaltowej nitki łączącej wschodnią granicę Polski z Zachodem. E30, trzydziestka, K2 – od Koroszczyna po Świecko przecina Polskę na pół, poziomą wąską linią, puchnącą nieco tylko na krótkim odcinku autostrady A2 między Koninem a Poznaniem. Dzień i noc pędzą nią tysiące aut. Wśród nich królowie szos – ogromne tiry.

Ich kierowcy, współcześni nomadowie, spędzają życie w drodze. Oni są dla trasy, a ona dla nich. Światła reflektorów splatają się ze światłami latarni, z neonami przydrożnych barów, parkingów, benzynowych stacji. Te neony – nieliczne, rozproszone jak robaczki świętojańskie na początku trasy, łączą się w grupy pod Warszawą, by wybuchnąć prawdziwą feerią barw na samym jej końcu, pod niemiecką granicą. Night club na klubie, parking przy parkingu, „herzlich wilkomen”, „prigłaszajem”, „serdecznie zapraszamy”. To dla tirowców kręci się ten interes, gotuje bigos, leje benzyna, i dziewczyny rozkładają nogi.

Twardzi faceci, w czterdziestotonowych kolosach, po kilkadziesiąt godzin bez przerw. Niektórzy pijani, niektórzy naćpani, a wszyscy zmęczeni. Trzaski CB-radia opowiadają im świat. Ostrzega przed „psiaczkami” w niebieskich mundurach, przed blokadami „krokodyli” z drogowej inspekcji. Podczas „łapanek” wpadają tylko idioci. Trasa śmierci to ich dom. Średnio sześćset wypadków i kolizji rocznie. Stu pięćdziesięciu zabitych. Ponad tysiąc rannych. Najgorsza, najbardziej niebezpieczna trasa w Polsce.

700 km do Świecka

Gnamy z terminalu w Koroszczynie w kierunku Świecka. CB-radio trzeszczy.

– Jak tam dróżka na Warszawę, koledzy?

– Psiaczki przed Siedlcami, krokodylków nie widać, z suszarkami też nie stoją.

– Dzięki. Szerokości.

Dla Maksyma, Rosjanina, kierowcy czerwonej ciężarówki volvo, Europa nie zaczyna się w Koroszczynie. Tu droga wyboista i wąska. Obrazki za szybą podobne, jak u nich na Wschodzie: żadnych night clubów, panienek na poboczu jak na lekarstwo. Szaro i buro.

W ciągu ubiegłego roku przez terminal w Koroszczynie przejechały w obie strony 327422 ciężarówki. Większość wjeżdżających do Polski ciągnie dalej na zachód E-30. Jadą Rosjanie, Białorusini, Kazachowie. Niejeden od wyruszenia z domu ma już „w kołach” ładnych parę tysięcy kilometrów.

– Prawdziwe Eldorado zaczyna się za Warszawą – mruczy Maksym. – Tu nawet parkingów dobrych nie za wiele.

Pierwszy porządny postawili kilkanaście kilometrów przed Białą Podlaską, gdzie stajemy , by rozprostować kości. Dla pięćdziesięcioletniej Iriny: fioletowy płaszcz, wyblakłe tlenione włosy, nikłe ślady dawnej urody to stałe miejsce pracy. Proponuje wódkę albo seks.

– Co tańsze?

– Dogadamy się – wyszczerza zęby.

Przy butelce „Petrov” (na bazarku w Terespolu jedyne 10 zł) rozmawiamy o zjednoczonej Europie tirowców. Irina i Oksana (45 lat) dojeżdżają tu codziennie z kilkoma butelkami. Znają wszystkich kierowców. Szybko przysiada się do nas Alik, też Rosjanin: 48 lat, barczysty, wytatuowane ręce. Jutro przed południem musi być w Koninie, więc nie będzie marnował czasu. Stawia na stoliku koniak: – Wypijmy za wzajemne zrozumienie między narodami.

Oksana nie pije, bo boli ją żołądek, Irina – bo wciąż wierzy, że wpadnie któremuś z tirowców w oko. Alik wlewa w siebie drugą setkę. Zakąsza czekoladą; coraz bardziej rozmowny. Kierowcą jest od 28 lat, z czego 17 przesiedział w kryminale.

– Dwa trupy na drodze zrobiłem wozem, w więzieniu wlałem strażnikowi, no i za komuny trochę podkradałem – przyznaje. Na przegubie ręki ma wytatuowany napis: „ZŁO”.

Jego przeszłość to tylko plus, bo frajerów do szoferek nie biorą. Zdarza się, że wiezie ciężarówką towar za 25 milionów dolarów. Nikt go jeszcze nie okradł. Twardziel, potrafi jechać 76 godzin non stop. Michaił, 40-latek o posturze syberyjskiego niedźwiedzia, dołącza się do toastu i dumnie wypina pierś. Też ma się czym chwalić: walczył w Afganistanie, dostał trzy ordery. Z afgańskiej ziemi wróciło ich z oddziału trzech: Troicki żyje gdzieś w Rosji, Krutow wyjechał do Kanady, on ciągle w drodze.

– No, to jeszcze po sto gram – wznosi szklankę. Do czwartej rano każdy wypija po butelce 0,7 wódki. Sześć godzin pijanej drzemki i już prują E-30 w kierunku Świecka. Włączają CB-radio, wchodzą na 19 kanał. Jak wszyscy na tej trasie.

Oksana i Irina jadą do Brzeska. Wrócą na stację koło południa. Kolejni tirowcy staną na sikanie, może zachaczieją sieksa, a na pewno będą chcieli się napić.

– Policjanci zatrzymali kiedyś do kontroli ruskiego tira – opowiada Marcin Szyndler z KG Policji. Dmuchnął w alkomat – czysty. Zaczęli sprawdzać auto, ładunek, trochę to trwało. Patrzą po godzinie, a tu gość zaczyna się jakoś dziwnie zachowywać. Każą mu dmuchać jeszcze raz – prawie promil alkoholu. Po trzech godzinach zasłabł im w radiowozie; trzy promile. Wieźli go do szpitala na odtrucie. Opowiedział później, że tak się bawią: wypijają 1–2 szklanki oleju, na to wódę, i dawaj, nogą po gazie. Chodzi o to, żeby – nim alkohol się wchłonie – dojechać na przejście lub wyznaczony parking.

600 km do Świecka

Wśród policjantów wschodni odcinek E-30 uchodzi za znośnie bezpieczny. Janusz Cabaj z ruchu drogowego siedleckiej policji pokazuje ubiegłoroczne statystyki: siedem wypadków z udziałem ciężarówek. Zginęła jedna osoba. Czterdzieści kolizji. Niedawno złapali Białorusina. Zepchnął do rowu osobówkę. Kiedy podjechali, spał przyciskając do piersi pustą butelkę po „Luksusowej”.

Przegiął, ale jazda na lekkim rauszu to normalka. Jacek („na tirach” przejeździł 8 lat) opowiada, że przemierzając trasę w szoferce trzymał zgrzewkę piwa. I tak cedził – łyk po łyku, jak wodę. Zmienił pracę, bo zaczął mieć kłopoty z alkoholem.

– Faceci za kierownicami wielkich ciężarówek to zwykle prości, niewykształceni ludzie – tłumaczy Andrzej Markowski, wiceprzewodniczący Stowarzyszenia Psychologów Transportu w Polsce. Nie zawsze samotnicy, ale zwierzęta stadne, które tęsknią w długich trasach za rodzinami i towarzystwem innych ludzi. Zmęczeni, zestresowani, wyluzowują się jak umieją, w najprostszy dostępny im sposób. Stąd alkohol, panienki. A, jak podkreśla Andrzej Markowski, wiedza wśród kierowców o skutkach działania alkoholu jest zatrważająco niska. Za to wciąż żywy mit silnego mężczyzny siedzącego za kółkiem wielkiego kolosa rozsławiony w amerykańskich filmach drogi. Każdy z tirowców czuje się co najmniej jak Rubber Duck, bohater słynnego „Konwoju” Sama Peckinpaha.

Jedziemy w stronę Siedlec. W CB-radio idą drogowe kawały:

– Stoi przy drodze dziewczyna: krótka spódniczka, papieros, czeka na klienta. Przejeżdżający obok ksiądz otwiera okno samochodu: „Kochana, cóż ty robisz najlepszego! Nie tędy droga!” A ta zdziwiona: „To TIR-y tędy nie latają?”

– (śmiech) Dobry. Widzicie ten autobus przed nami, chyba najebany. Wyprzedza naszego na łuku.

– Koledzy, jak tam dróżka na Poznań.

– Z suszarką stoją przed Mińskiem.

30-letni Marcin, polski kierowca, od sześciu lat jeździ na tirach, ma pokaźny, „piwny” brzuszek – nie pamięta, kiedy zatrzymali go do kontroli i sprawdzali trzeźwość. – Informujemy się w CB-radio o psiakach – mówi, co już wiemy. – Jak ktoś ma nieświeży oddech zjeżdża na pobocze. Trudno wpaść. Odkąd jest inspekcja transportu drogowego, policjanci nas nie nękają. Różnica między jednymi i drugimi taka, że z policją rozmowa zaczyna się od 50 zł, w przypadku inspekcji stawka jest dwa razy większa

Za Siedlcami, a przed Kałuszynem są dwa większe parkingi: jeden zwany „betonką”, drugi: „pod pijaną górką”. Oba puste. Stąd do Mińska Mazowieckiego tylko 20 km. Tam zbiegają się dwie wschodnie trasy: E-30 i szosa z Ostrowi Mazowieckiej. Do kierowców z Białorusi i Rosji dołączają Litwini. Drogą płynie potok różnokolorowych kolosów. Łukiem omijają Warszawę. Prują dalej na Kutno, Koło, Konin i Poznań.

– Strasznie zawzięci – mówi Marcin. – Nie dają się wyprzedzić, nie ustępują. Jak tej zimy, w lutym, na drodze szklanka. Sunąłem 40., wyprzedzali mnie, jeden po drugim, na pełnym gazie. Chcieliśmy jednego przyblokować, stanęliśmy w cztery samochody, ale zaraz przyjechało kilka litewskich tirów. Kierowcy wyskoczyli do nas z kamieniami. Skurwysyny.

300 km do Świecka

Rosjanie, Białorusini i ci z Litwy ciągną konwojami: po kilku, jeden za drugim, w odstępie trzech metrów. Nie wciśnie się między nich osobówka. Polscy tirowcy też nie. Przed Koninem wpadamy na konwój tirów z Litwy, osiem aut. Włączamy kierunkowskaz, ale zbijają się jeszcze ciaśniej: zderzak przy zderzaku. Nie dać się rozdzielić. Szybciej, szybciej, czas to pieniądz. Za moment autostrada, będzie można jeszcze przyśpieszyć.

CB na 19 kanale:

– Cwaniaki już się szykują na przejście .

– Trzeba ich wyprzedzić na autostradzie i gnojom nosa utrzeć.

– Kurwa ich matiuszka. Oni tylko tacy mądrzy w gębie, ale szoferki żaden nie otworzy. Tę osobówkę zaraz wepchają do rowu. Dureń pcha się między ruskich!

Ta osobówka to my, mało nas nie zgnietli.

Autostrada A-2 to dwa pasy ruchu do Świecka, dwa na Terespol. Kilka stacji benzynowych i parkingów. Tiry suną tu niczym wielki, rozpędzony towarowy pociąg. Na małym rondzie przy rozjeździe na Nowy Tomyśl i Świecko korek na trzy kilometry. Jeden tir w rowie, drugi na poboczu: straż pożarna, pomoc drogowa, policja. Któryś baran nie wyhamował, nie wie, że autostrada się tu kończy?

120 km do Świecka

Lechosław Szmądrowski, żwawy jegomość po pięćdziesiątce, ma na podwórku w Zachodzku dźwig do podnoszenia tirów, ciągnik do wyciągania ich z rowów i nowiutką Skanię do holowania. Trzynaście lat w pomocy drogowej. CB-radio zamontował w przedpokoju swojego domu. Nikt z rodziny nie słucha muzycznych przebojów, wszyscy wsłuchują się w tirowców.

– Z CB-radia wszystkiego można się dowiedzieć – Anna, żona Szmądrowskiego pomaga mężowi w interesie. Zatyka ręką usta: – Świntuchy! O takich rzeczach rozmawiają… – parska. Opowiada: Tu już zachód, nie biedna ściana wschodnia. Dziewczyny nie stoją przy drodze, siedzą w taksówkach na stacjach benzynowych, w zajazdach i barach. Wchodzą na kanał 19 i przez CB-radio ogłaszają pod hasłem: „sex pogotowie”.

– Nowoczesność! A ci potem rozwodzą się nad tym, która, jaka, co woli i ile chce – kręci głową.

Tak jest od dwóch lat. Wcześniej „tirówki” przechadzały się w króciutkich spódniczkach po lesie wzdłuż krajowej dwójki. Oprócz Bułgarek, Ukrainek i Rosjanek – wykształcone Polki. Alfonsi dowozili je na E-30 z całej okolicy.

Ceny usług rosną wraz ze zbliżaniem się do granicy z Niemcami.  W okolicach Siedlec najtańsza z nich (seks oralny) to wydatek w granicach 30 złotych, ale już w okolicach Pniew czy Nowego Tomyśla – 60 zł. Za seks analny trzeba tu zapłacić około 120 złotych, na wschodzie o jedną trzecią mniej. Nikt nie bawi się w kolacje przy świecach. Dziewczyny wbiegają do szoferek, a po kilkunastu minutach wychodzą podciągając majtki.

Ale to ciekawostki, z których można się pośmiać, poopowiadać na towarzyskich spotkaniach. Liczy się informacja: kolizja, stłuczka, wypadek.

Zanim jeszcze Szmądrowski dostanie wezwanie, już dawno siedzi za kierownicą Skanii. A na CB-radio (drugie ma w szoferce) trwa dyskusja o kolizji na rondzie:

– Kurwa, znowu niby nasz wina. Wszystko na tirowców.

– Tylko że my całe życie na kółkach, a ci z osobówek raz na czas siadają za kierownicą i wydaje im się, że świat do nich należy.

– Pewno znowu jakiś naszemu wyjechał.

Szmądrowski w styczniu wyjeżdżał do siedemnastu wypadków. W lutym tak samo. Marzec zaczął się też obficie – nie było dnia bez wyjazdu. Ciężarówki holuje do Henia Duszczyka w Tomyślu. To najlepszy fachman od wielkich aut. Osobówki do warsztatu Tomka Szyczyńskiego w Pniewach. Z tych kraks nieźle żyją całe rodziny.

– Jeżdżą zbyt szybko, wyprzedzają „na trzeciego” – mówi o przyczynach kraks z udziałem tirów Marek Nawrocki, szef sekcji ruchu drogowego w Nowym Tomyślu. Jego podwładni obstawiają 36 kilometrów „trasy śmierci” od 99 do 135 kilometra i 22 kilometry autostrady. Prawda, że pijanych kierowców tirów łapią niewielu, w zeszłym roku zaledwie kilku. Z donosu albo przy okazji wypadku. Wszystko przez ten ich cholerny system wczesnego ostrzegania. Policjantom nie wolno korzystać z CB. Ale wiedzą swoje. Wszyscy wiedzą. Ludzie mają oczy.

Na 120 kilometrze myjnia – u Romana. Jedna z wielu przed granicą. Niemal wszyscy tirowcy, nim wyjadą z Polski, myją samochody. Niemieccy policjanci nie lubią brudasów, potrafią takiego zamęczyć kontrolami.

– Niektórzy kierowcy, kiedy wychodzą z szoferek, chwieją się na nogach. Od innych „tylko” czuć alkohol, że nos wykręca – Roman prosi, żeby nie podawać nazwiska. Jemu kłopoty niepotrzebne. On na klientów nie narzeka i niech tak zostanie.

90 km do Świeckiem

Trzciel. Tu trasę przejmują gliniarze z Komendy Powiatowej w Międzyrzeczu. Co poniedziałek urządzają na swoim odcinku akcję „Trzeźwość tir” . Podobnych akcji na trasie jest więcej. W lutym policjanci przeprowadzili na całych 700 kilometrach kolejną już, pod kryptonimem „Trasa E-30”. Przez 8 godzin, między 15:00 a 23:00 skontrolowali 3326 samochodów. Efekt: 28 nietrzeźwych kierowców, 684 mandaty karne, 17 zatrzymanych praw jazdy i 225 dowodów rejestracyjnych. Jaka część tych liczb dotyczy kierowców tirów, statystyki nie mówią. Ale doświadczenie podpowiada, że spora. Przy każdej takiej akcji policyjnej ruch na trasie maleje średnio o 30 procent.

Bliżej Świecka niemal co kilometr stoi porządna stacja benzynowa, night club (choćby ten pod wdzięczną nazwą „alibi driver’s club”). Są też całe miasteczka dla kierowców – Port 2000, Las Vegas, Nevada. W każdym supermarket, restauracja, w której można zjeść obiad już za 8 złotych, prysznice, sklepik z prezentami, kantor wymiany walut, motel. Do tego ogromny parking z miejscem dla 400-500 tirów, ochrona. Na każdym parkingu stoi średnio po 300 wozów: jedne przyjeżdżają, drugie ruszają w trasę. Jest się gdzie wyspać, zjeść, zabawić. I napić.

– Zdarzało nam się zatrzymać kierowców, którzy wypadali z szoferek – przyznaje podinspektor Mieczysław Popiel, szef tamtejszej sekcji ruchu drogowego. Ocenia, że proporcje rozkładają się równo: połowa pijanych i skacowanych to Polacy, połowa obcokrajowcy. – A ci trzeźwi czują się jak „królowie szos” – dorzuca, żeby nie zostawiać złudzeń.

Jadą i zmiatają z powierzchni wszystko, co napatoczy się pod koła. Z trasy E-30 – prócz myjni i mechaników – żyją też firmy pogrzebowe. – Odkąd do Unii weszliśmy, ruch coraz większy, to i wypadków więcej – mówi Romuald Kaptur, właściciel zakładu pogrzebowego z Nowego Tomyśla. Ale też na drodze nie ma praktycznie przejść dla pieszych. Jeśli są, to jedno od drugiego oddalone o kilka kilometrów.

Wiele wiosek – choćby Trzciel, Stary Folwark, Bójce – trasa E 30 przecina niczym wielka szrama na dwie części. Przedostanie się z jednego kawałka wsi do drugiego graniczy z cudem.

– Dzieciaki muszą przejść do szkoły, dorośli do kościoła, na zakupy do sklepów jakoś dojechać. Stoją na poboczu i oceniają szanse – opowiada jedna z mieszkanek Trzciela. Jak na loterii: uda się przejść lub przejechać przed tirem albo nie.

W tym roku tylko w Trzcielu odległość źle wymierzyło dwóch kierowców: 17 stycznia  pod kołami tira zginął kierowca skody – chciał przejechać z jednej strony E-30 na drugą. 11 lutego podobny los spotkał kierującego maluchem. Rok wcześniej w ten sam sposób w Brójcach zginęła czteroosobowa rodzina z Kieleckiego. Jechali na pogrzeb. Kilka miesięcy wcześniej, w tej samej miejscowości, kierowca tira zmiażdżył jadące prawidłowo przeciwległym pasem ruchu auto osobowe. Kierowca nie miał szans.

Im bliżej Świecka, tym nerwowość kierowców większa. I prędkość ich samochodów rośnie. Kilka kilometrów przed przejściem mówią już tylko o długości kolejki na granicy. I o obsłudze w pobliskich hotelach.

– A ta kelnereczka z Las Vegas to całkiem fajna.

– Mam jej telefon

– No i co, że fajna, jak nie twoja

– Może właśnie dlatego fajna.

30 km do Świecka

Stajemy na wielkim parkingu trzydzieści kilometrów przed Świeckiem. Tiry (Ile ich jest – 200 może 300?) ustawiają się rzędami: Litwini koło swoich, Rosjanie też, Polacy po drugiej stronie parkingu. Polaków jest najwięcej. Siedzą, jedzą, niemal każdy zapija piwem. Dwóch pociąga z flaszki Luksusową. Chwila oddechu przed dalszą trasą.

Marcin popija colę i mówi, że ruskim odpoczynek niepotrzebny. Jeżdżą na haju. Wojtek (15 lat zawodowo za kółkiem) potakuje. – Ale biorą i Polacy. Zwłaszcza ci, którzy jeżdżą do Hamburga – tłumaczy. – Tam trzeba szybko obracać, bo towar przybija do portu, trzeba go odebrać i jechać dalej. A za chwilę jechać po kolejny. Nie ma zmiłuj.

W zeszłym roku pracownicy Inspekcji Transportu Drogowego nałożyli na kierowców cztery tysiące mandatów za jazdę ponad wyznaczone godziny. Trzysta procent więcej niż rok wcześniej.

– Mój szef też woli dać mi kasę za mandat, niż płacić karę za opóźnienie w dostarczeniu towaru – wzrusza ramionami Wojtek. On raz w tygodniu wpada na dzień, dwa do domu zobaczyć żonę i córkę. Zmęczony, zniechęcony, bo ile tak można. Zarabia około 3 tysięcy miesięcznie. Mógłby, powiada, dwa razy tyle, ale wtedy okrągły miesiąc spędzałby w trasie.

Odbiorców w krajach Unii nie obchodzą kolejki na granicy ani stan polskich dróg. Więc kierowcy gnają na łeb na szyję, bez odpoczynku. Płacą mandaty, dają w łapę, oszukują na tachometrach. Przepisowa norma – 9 godzin jazdy, 11 odpoczynku to bzdura. Ale żeby prowadzić – jak na przykład Alik – 76 godzin bez odpoczynku, trzeba się wzmocnić.

Z badań (pierwszych takich w Polsce) przeprowadzonych przez pracowników Wyższej Szkoły Huministycznej w Pułtusku wynika, że ponad sześć procent badanych kierowców samochodów ciężarowych przyznało się do zażycia narkotyków w ostatnim tygodniu. Biorą, by zwiększyć odporność na zmęczenie i stres. Kupują „prochy” przed przejściami granicznymi, na przykład w Bezledach czy Świecku. Dilują alfonsi albo same prostytutki. Choć to możliwe, kierowców na narkotyki policja nie bada.

Niektórzy, jeśli żal im kasy na prawdziwe dragi, sięgają po leki zawierające substancje pobudzające – choćby efedrynę. Albo przyrządzają mikstury domowymi sposobami. Na przykład kawę zaparzaną na coca coli. Kop, że hej!

– Po takiej kawusi zdarzyło mi się, że na rozwidleniu przed Koninem straciłem świadomość. Ocknąłem się w Radlinie, kilkanaście kilometrów dalej. Wyskoczyłem z kabiny, obszedłem samochód – żadnych uszkodzeń. Nie wiem, jak mi się udało – opowiada Marcin.

Tak wzmocnieni na przygranicznych parkingach mogą startować na przejście graniczne do Świecka. A potem już dalej w świat. Ich przejazd znaczy szlak przydrożnych krzyży. Nad drogą unosi się woń wypalonych zniczy. Gniją wieńce i kwiaty zostawione przez bliskich i kolegów.

Współautor: Jerzy Danilewicz